Dobrý pes, czyli Donner w Czechach

Můj pes má sílu
jak se má k jídlu tak i k dílu
pelech má u kredence
vysoké je inteligence
jí jenom maso a kosti
kouše debilní hosti
jinak se chová vhodně
já ho miluji hodně

Nohavica – Muj pes

Ostatni dzień naszej majówki przeznaczyliśmy na wyjazd do Czech i Skalnego Miasta w Adrspach. W kasach zameldowaliśmy się punkt 8:00, chcąc uniknąć wycieczek. Pies jak to w Czechach, wszędzie jest mile widziany, tak i w Skalnym Mieście. Wymogiem było jedynie, by pies był na smyczy i w kagańcu, a na wejściu trzeba było mu kupić bilet. My do biletów dostaliśmy mini mapkę i przewodnik w broszurce, a Donner woreczek na psie odchody. Można? Można! Tylko brać przykład, a nie stawiać tabliczki „zakaz wstępu psom”. Nakaz chodzenia w kagańcu też jakoś mi nie przeszkodził (wprawdzie na poczatku zdejmowaliśmy go do zdjęć, ale później już nawet w kagańcu miał zdjęcia mimo, że wygląda wtedy jak hokeista), a Donner był jedynym psem, który miał nałożony kaganiec. Cóż… ja wyznaję zasadę, że skoro pozwalają mi gdzieś wejść z psem, ale proszą o to, by pies miał kaganiec, należy spełnić prośbę, by kiedyś przez jakąś losowa sytuację nie zabronili wstępu psom. No, ale wiem, że dla części opiekunów wzięcie psa na smycz jest już nie lada wyzwaniem i musieli niesamowicie się poświecić, by pies nie biegał luzem po Skalnym Mieście. Ale to cały czas wracamy do podstaw kultury i szacunku dla innych. Ja cieszę się, że Donner możez nami chodzić po Skalnym Mieście i mam nadzieję, że nie bedzie niktomu przeszkadzał, a są tacy, którzy uwarzają, że wszystko im się należy, a ich nie obowiązują żadne zasady.

SONY DSC

Skalne Miasto jak zwykle okazało się strzałem w dziesiątkę. Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy wokół jeziora, do którego Donner próbował mnie wciągnąć. I, pomimo że pokazywaliśmy mu, że są tabliczki z zakazem kąpieli i moczenia stóp, nie mógł się oprzeć, by nie spróbować wody z tego jeziora. I tak próbował, że niby przypadkiem zmoczył się cały. Na punkcie widokowym przy jeziorku, czekały nas pierwsze schody. Pies zaprawiony po wspinaczce na Szczelińcu dzielnie je pokonał nie dając po sobie poznać by stanowiły dla niego żaden problem. Dalsza trasa prowadziła pięknymi kanionami pomiędzy formami skalnymi. Podejściami po schodach, kładkach, aż do spływu łódką. Tam okazało się, że pies na łódkę nie pójdzie. Mówi się trudno. M. popłyną łódeczką, a my w międzyczasie weszliśmy na żółty szlak prowadzący do Teplickich Skał. To była wycieczka życia! Z drabiny na drabinę, za schodów na schody, kilkadziesiąt metrów w górę i w dół. Chłopak się nałaził po drabinach jak nigdy. Moim zaskoczeniem było to jak szybko się dostosowuje. Na początku omijał drabinki, próbując wchodzić bokiem po skałach, później wskakiwał na nie jak królik, by ostatecznie z pełną świadomością stawiać tylne łapy w ślad za przednimi. Kilka razy chciał zanadto przyspieszyć, nie trafił w schodek i nagle ta część psa tuż za przednimi łapami zaczęła należeć do niego i być kontrolowana! Przestała być tylko czymś, co się za nim ciągnie. Z wielką satysfakcją obserwowałam tylne łapki namacają schodki, jak pies nauczył się nagle zatrzymywać i zwalniać, kiedy pomylił kroki. Zaczął świadomie stawiać łapy. Niestety czas nas gonił, bo M. powinien powoli już dopływać łódką, więc zawróciliśmy z trasy i z powrotem po tych samym drabinkach doszliśmy do miejsca cumowania łodzi. Na żółtym szlaku znalazło się jedno podejście, które faktycznie mnie przeraziło. Wąska dosłownie na moją szerokość, pionowa drabinka o ażurkowych stopniach. O ile wejście na nią nie było problemem, o tyle samo zejście, dla mnie jako dla człowieka było dość ciężkie. Przynajmniej nie odważyłabym się schodzić przodem. A miałam jeszcze psa! Donner oczywiście pał się pierwszy, ale jakoś nie wydziałało mi się, by schodził głową w dół. Ostatecznie więc, ja poszłam pierwsza, schodząc tyłem jak po drabinie, a pies szedł drugi, co krok zatrzymując się łbem na moim ramieniu. Dobrze, że trzymałam się rękoma barierek, bo niechybnie spadlibyśmy obydwoje, ale daliśmy sobie radę. Czekając już na podpływającą do brzegu łódkę, usłyszeliśmy jeden z żartów przewodnika: „Proszę przygotować paszporty do kontroli, na pomoście są celnicy z psami” Donner jednak nie wczuł się w swoją rolę i na widok M. rozpłakał się z radości, po czym pognał dalej schodami w górę, nie pozwalając nam wymienić nawet kilku zdań.

SONY DSC

Dalsza część trasy dalej upływała nam pod znakiem chodów i drabinek. Kończąc wędrówkę, zaczęliśmy coraz liczniej spotykać innych turystów, by przeżyć szok, widząc kolejkę i tłumy pod kasami. Ponieważ dochodziło dopiero południe w planach mieliśmy jeszcze Teplickie Skały, ale ilość turystów skutecznie nas zniechęciła i postanowiliśmy zostawić je na kolejną wyprawę. Pojechaliśmy za to pozwiedzać czeskie miasteczka. Niestety okazało się, że są to niesamowicie biedne rojony. Przepiękne stare budynki popadające w ruinę i niemal wymarłe miasta. Wymarłe do tego stopnia, że nie było w nich nawet knajpy. O ile przy trasie na Skalne Miasta było ich całkiem sporo, o tyle w czeskim miasteczku ani jednej, nie licząc jakiegoś fastfoodu. Zawróciliśmy więc i pojechaliśmy za drogowskazami Dzielnego Wojaka Szwejka do Centrum Walzel. Maistremowej knajpy, ale przynajmniej klimatycznej, bo typowo czeskiej. Zamówiliśmy sobie po zupie (czosnkowej i wołowym rosole z klopsem z wątróbki) i goleń wołową oraz wariacje serów prażonych. Wprawdzie daleko było im do piwnic w Pradze, ale i tak nie było źle. Oczywiście wejście z psem nie było żadnym problemem, a ku mojemu zaskoczeniu równolegle do naszych piw pies dostał miskę wody, o którą nikt nie prosił. Było to niesamowicie miłe i pierwszy raz spotkałam się z inicjatywą, która by wyszła od kelnerów, bo zazwyczaj to my prosiliśmy o wodę podając miskę. A tu nie dość, że żadne z nas nie prosiło (nie dało miski) to pies ją dostał. W końcu też był gościem w kanjpie! Najedzeni wróciliśmy na kwaterę, by na spokojnie się spakować i wyleżeć wieczorem zakwasy czytając książki. I na tym skończyła się nasza Wielka Psia Majówka. We wtorek, skoro świt wstaliśmy i wyruszyliśmy w drogę powrotną, wrócić do szarej codzienności i planowania wesela.

Dziękuję Dingdong za podrzucenie piosenki, której fragment cytuję na wstępie!

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

O innych naszych wyprawach w góry przeczytacie poniżej:

(Visited 860 times, 2 visits today)
  • Magda Rieger

    Widać, że piesek zadowolony a to przecież najważniejsze. 🙂

    • Mam nadzieję, że był zadowolony, gdyby tylko coś było nie tak, lub pokazywał, że go to nie cieszy natychmiast byśmy zmienii trasy, na jakies wązozy i doliny, bo pod psa planujemy wakacje.

  • Co do stromych zejść po drabinkach – my nauczyliśmy Śledzie schodzić tyłem 🙂 To załatwiło sprawę 🙂

  • Tak bardzo rozumiem o czym mówisz. Staram się, pracuję, zakładam kaganiec gdzie trzeba, tłumaczę, schodzę z drogi… A pojawi się jakiś niekulturalny buc i połowie ludzkości zafunduje nienawiść do psów. Ale to widać w każdej grupie – rowerzystów, rodziców, kierowców, żeglarzy. Ja, moje, ja mam ochotę i prawo nadane przez się i spier* wszyscy inni.

    • Niestety, wcale mnie potem to nie dziwi, że wszędzie są zakazy dla psów, skoro właściciele nie potrafią się zachować.

  • Świetne miejsce, jak zawsze w sumie. Nie wiedziałam, że w Czechach psy są tak mile widziane. Dobrze wiedzieć, bo w sumie nie tak daleko. I nie dziwię się Donnerowi, bo sama bym ciągnęła do takiego ładnego jeziorka 😉
    PS. Popraw sobie może literówkę w tytule :p

    • Czechy, to psi raj normalnie, chyba najbardziej przyjazne psom państwo w jakim byłam. Dzięki – poprawione. 🙂

      • Dominika Skorupa

        polecamy też Chorwacje. Sprawdzona;)

        • Myślimy by tam się wybrać w podróż poślubną, ale chyba bez psa, bo boję się, że chorwackie upały mogą dać mu się we znaki… ale zobaczymy 😉

          • Dominika Skorupa

            My byliśmy na początku czerwca, temperatury były więc znośne. Poza tym moja Mel to moczytyłek, co chwilę chłodziła się w morzu:) w późniejszym terminie pewnie mniej chętnie spacerowałaby po miastach.