11Mar

Jest coraz lepiej, ale do niektórych dalej świat należy.

Wiosna to pora wzmożonych aktywności, na chwilę wracają wszystkie postanowienia noworoczne dotyczące wzięcia się za siebie, by zabłysnąć na plaży w nowym bikini bez zbędnych wałeczków. A więc w lasach, parkach, na ulicach i chodnikach pojawiają się tłumy amatorów wszelkich sportów i liczniejsze grupy spacerowiczów. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie ta nasze Polska mentalność, że mnie to się wszystko należy czy świat ma się dopasować do mnie. Wszak skoro już kupiliśmy sobie markowe ciuchy do aktywności wszelakiej i zmobilizowaliśmy się do wyjścia na powietrze, to otoczenie nie może nam utrudniać drogi do idealnej sylwetki!

Wiecie, do czego zmierzam? Tak, do odwiecznej walki „bijących życiówki” i psiarzy, ale również zwykłych ludzi, którzy zawłaszczają sobie drogi idąc całą szerokością, mimo że widzą, iż ktoś się zbliża. Powiedzcie sami, kto z was nie schodził z wąskiego chodnika, bo grupa osób szła parami / trójkami? Czy nie zdarzyło Wam się kluczyć między ludźmi, którzy szli każdą stroną ścieżki tworząc „ludzki slalom”? Czy rowerzysta prawie nie zatrzymał Wam się na plecach, lub miną z taka prędkością i w takiej odległości, że tylko przypadek uchronił Was od straty ręki?

Jako psiarz – świadomy psiarz, który jak może stara się nie utrudniać innym życia – ponarzekam na tą grupę bez psią, jednak należy być świadomym, że jedni i drudzy mają multum za uszami i tak typowo po polsku: psiarze uważają, że ich pies może sobie biegać luzem i zatrzymywać rowerzystę czy też biegacza, a gdy prosi się ich o zawołanie psa zapewne usłyszymy „to nic nie da bo on do mnie nie przychodzi”, albo kiedy skacze na biegnącą osobę dowiadujemy się „że on chce się tylko przywitać”, za to rowerzyści nie widzą nic złego w najechaniu od tyłu na pełnej prędkości i bez żadnego ostrzeżenia na spacerującego psiarza, by potem spektakularnie się wydrzeć, że przerażony pies, śmiał jeszcze oszczekać samozwańczego Armstrong, nie zważając na to, że ten prawie ich rozjechał, a psiarz i pies przeżyli tylko dzięki rzuceniu się na pobocze.

https://www.wikimedia.org/

Mieszkając w Lublinie czy w Grójcu na porządku dziennym było to, że wielcy maratończycy czy wspaniali kolaże jeżdżący bez majtek w przetartych na tyłku spodenkach (Jechałam za takimi dwoma delikwentami autem i ni jak nie mogłam ich wyprzedzić, więc koszmar wypiętych tyłków w przetartych spodniach będzie mnie prześladował do końca życia…) tak więc Ci kolarze, czy też maratończycy zawłaszczali sobie leśne ścieżki parkowe chodniki, gdyż „oni trenują”, a więc jakimś niepisanym prawem uważają, że mają pierwszeństwo wpadając nie tylko na psiarzy, ale i na rodziny z dziećmi, których pociechy nieopatrznie nie chciały iść w lesie przy prawej krawędzi dróżki, jak Pan Bóg przykazał, tylko ośmieliły się biegać środkiem lub na domiar złego bawić się patykami, które kolaż musiał ominąć. Brak życiówki, przez ten bestialski wybryk kilkuletniego szkraba przyprawiał mistrza sportów kołowych o napad szału i tylko dzięki zażytym wcześniej suplementom nie zamienił się w Hulka niszcząc wszystko na swojej drodze. Wielokrotnie w ostatniej chwili niemal rzucałyśmy się na nasze psy, kiedy rowerzysta najeżdżał na nas od tyłu bez jakiegokolwiek uprzedzenia, dania nam szansy przywołania psów z luźnej smyczy do nogi, czy nawet zachowania bezpiecznej odległości mijania się. Bardzo często musiałyśmy schodzić z chodnika, bo biegacz biegł centralne jego środkiem i nie zamierzał zbiec do jednej czy drugiej krawędzi. Pozwólcie, że jeszcze wspomnę o najgorszej historii, kiedy część psów była luzem, część na długich linkach (w miejscu, gdzie luzem być mogły – żeby nie było), kiedy zorientowałyśmy się, że nadjeżdża z zawrotną prędkością kolaż, psy dostały komendę „stój”, bo były za daleko by je łapać, moje udało się na lince szybko sholować na bezpieczną długość, będący luzem pies staną, a kolaż mimo to w niego wjechał, nawet nie próbując ominąć, czy zwolnić. Szczęście, że pies nieagresywny i tylko odskoczył, od klnącego pod nosem pedalisty. Więc bardzo szybko ja i moi znajomi nabyliśmy nawyk oglądania się co kilka metrów za siebie w obawie, czy nie zbliża się do nas z zawrotną prędkością rowerzysta, gotów zerwać smycz niczym taśmę na mecie, byle by tylko pobić swój rekord.

Wcale nie lepiej jest z biegaczami, którzy dziwnym trafem mają nieznośną tendencję to wybierania tej ścieżki, po której idzie pisarz lub idzie gromadka ludzi, czy to w lesie, czy też w parku. Kiedy ani nawierzchnia, ani długość trasy, czy też jej niewątpliwe odczucia estetyczne nie są tak znacząco różne, by nie pchać się na kolizyjny kurs.

Społeczeństwo bez-psie zaraz zarzuci mi jednostronność, bo mam psa, a psy rzucają się na Bogu Ducha winnych ludzi. No nie, moi drodzy to nie do końca tak jest, że psy czyhają na rowerzystów i biegaczy. Zazwyczaj mają ich w nosie, a kiedy już do czegoś dochodzi, to są to przypadki nieodpowiedzialności opiekunów (nie bronię psów i pisarzy, bo doskonale wiem, że część z nas nie powinna opiekować się nawet Tamagotchi), ale równie w dużej mierze nierozwaga sportowców, którzy sami doprowadzili do sytuacji dla siebie niebezpiecznej np. znienacka najeżdżając od tyłu lub zbyt blisko na pełnej prędkości mijając się z czworonogiem, czy po prostu nie dania sygnału, że się zbliżają, by opiekun mógł zareagować. W czasach kiedy jeszcze biegałam bez psów, nie miałam problemu z tym, by widząc psa czy też psiarza w zależności od okoliczności zwolnić i przejść fragment szybkim marszem (kiedy pies był bez opiekuna i nie wiedziałam jak się zachowa), czy też zbiec ze środka drogi na bok, by zostawić sobie i psiarzowi przestrzeń byśmy spokojnie się minęli. Kiedy jeździmy z M. na wycieczki na rowerach, nie mamy problemu z tym, by zwolnić przy grupie dzieci, czy przy psiarzu. Tak samo, jak nie widzimy problemu, by odbić w inną ścieżkę, gdy na obranej przez nas trasie spaceruje ktoś z psem bez smyczy. Obecne, kiedy wszystkie nasze aktywności są z psami również nie mamy problemu z tym, by zejść innym z drogi, wiedząc, że nasze psy mogą być dla innych przerażające ze względu na rasę i gabaryty, a Donner potrafi oszczekać. I wcale nie czujemy się gorsi, upokorzeni, czy w jakikolwiek sposób nam to uwłacza. Nie! Chętnie ustąpimy drogi o ile inni dadzą nam na to szansę. Popatrzcie na grafikę w nagłówku. W tym przypadku to my byliśmy „sportowcami” szybko zbliżając się do tej grupy spacerowiczów, która, iż mimo że widziała nas wcześniej, nie zamierzała zostawić nam przejścia. Musieliśmy posiłkować się licznymi „przepraszam” i slalomem między nimi, i choć trochę zwątpiliśmy w tych ludzi, podczas wymijania kolejnej pary z zupełnie innej strony niż poprzedniej, nie mieliśmy do nich większych pretensji. Każdy rozszedł się w swoją stronę i nie wpłynęło to na nasz dalszy spacer, choć wystarczyłoby gdyby Pan w żółtej kurtce lub Pani w siwej, którzy widzieli nas zanim jeszcze się zbliżyliśmy, poinformowali resztę rodziny / znajomych, żeby zeszli na jedną stronę drogi.

Zatem dlaczego w ludziach bierze się to chore przeświadczenie, że świat należy do nich i to inni muszą się dostosować. Że są uprzywilejowani, bo coś trenują, mają psa, mają dzieci, czy większe auto – bo to zjawisko jest tak naprawdę w każdym aspekcie naszego życia. Twój trening, twój problemprzeszkadza Ci świat w trenowaniu… zmień miejsce treningów, albo świat. Mój pies mój problemnie lubi rowerzystów, to albo go odwrażliwiam na rowery, nie chodzę w miejsca, gdzie ludzie jeżdżą na rowerach, albo schodzę im z drogi. Mój pies nie ma prawa Ci przeszkadzać, Ty nie masz prawa wymuszać na mnie pierwszeństwa, czy stwarzać sytuacji niebezpiecznych. Powiem Wam szczerze, że naprawdę nie obrażam się, kiedy rowerzysta użyje dzwonka, by poinformować mnie, że nadjeżdża (dzwonek to takie coś na kierownicy, którym można obwieścić swoją obecność – nie jest bardziej wieśniacki niż bycie burakiem, który hamuje na cudzych plecach z pyskówką, że on trenuje i trzeba mu ustąpić przejazd). Nie obrażam się, kiedy ktoś powie „przepraszam”, nawet wtedy, kiedy po chamsku krzyknie „z drogi!”, przynajmniej komunikuje, że jedzie, a my mamy szansę uciec, bo często tak jak obecni kolaże nie montują dzwonków, tak mam wrażenie wymontowują też hamulce… Sama też zawsze, gdy nie mogę wyminąć kogoś w bezpiecznej odległości komunikuję swoje zbliżanie się słowami „przepraszam”, by ktoś wiedział, że ma za plecami psa i tego samego oczekuję od innych. Ale kiedy, ktoś wjeżdża mi w plecy i kiedy cudem, w ostatniej chwili złapię Donnera za szelki, bo mimo że jest na smyczy to „najechany”, a więc zaskoczony i przestraszony może spróbować zaatakować i słyszę jeszcze pełne pogardy „kurwa pilnuj kundla” to mam ochotę ściągnąć za fraki takiego rowerzystę, szczególnie kiedy jesteśmy w parku, gdzie nie ma wyznaczonych ścieżek rowerowych, czy na leśnej ścieżce, gdzie w żaden sposób nie jest uprzywilejowany, żeby miał prawo wymuszać na mnie pierwszeństwo, czy ustępowanie mu drogi, a jeszcze zachowuje się w tak chamski sposób, a naprawdę usłyszenie szybko zbliżającego się z tyłu pojedynczego roweru nie jest wcale łatwe…

Na szczęście w miejscu, w którym obecnie mieszkam, naprawdę sporadycznie spotykamy takie przypadki. Owszem zdarzają się grupy rowerzystów, które muszą jechać obok siebie, w szpalerze, zajmując całą szerokość drogi, ale kiedy jadą na wprost mnie i mam możliwość zareagowania to schodzę im z drogi. Korona z głowy mi nie spadnie. Kiedy widzę, że ktoś biegnie, również sprowadzam mu z drogi psy. W efekcie czego doszliśmy do przypadkowego porozumienia z wieloma często spotykanymi osobami trenującymi na naszych trasach spacerowych, że nawet się pozdrawiamy zwykłym „cześć, dzięki”, czy podniesieniem ręki i uśmiechem. Biegający w parku starszy pan, mimo że notorycznie wybiera ścieżkę, po której idziemy, zawsze mi dziękuje, kiedy zejdę mu z drogi by mógł spokojnie przebiec nie zwalniając. Fajnie, że biega, jest miły i choć na początku wykurzało mnie, że znowu wybrał kurs kolizyjny, obecnie nawet cieszę się, że go widzę i się mijamy. Młody chłopak biegający po lesie zawsze się z nami wita, zbiegając na jedną stronę drogi, kiedy my schodzimy mu na drugą. Pani chodząca na kijkach mijając się z nami, bierze kije do jednej ręki idąc kawałek bez nich (najprawdopodobniej mając złe doświadczenia z psami, które musiały kiedyś na nie tak zareagować) mimo to uśmiecha się do nas sympatycznie, kiedy ja proszę moje psy by szły noga. Wielokrotnie słyszymy też „dzięki” od pojedynczych przypadków rowerzystów, którym zeszliśmy z drogi, które było poprzedzone „uwaga!” – aby zakomunikować nadjechanie z tyłu, bądź po prostu zwolnili i mijając nas zachowali bezpieczny odstęp. I naprawdę nikt tutaj nie ma z tym problemu, że ktoś cos trenuje, a inny spaceruje z psami. A wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że wszyscy szanują przestrzeń innych. Ludzie odwołują luźno biegające psy, na widok kogoś z psem na smyczy. Matki z wózkami nie rzucają nam spojrzeń spod byka, a nawet potrafią się zatrzymać i pokazać dziecku pieski – z bezpiecznej odległości. Nikt nie ma pretensji do innej grupy. Miło spotkać osoby, które nie myślę tylko o sobie i swoim rekordzie, ale są świadomi obecności na świecie innych ludzi, i że czasem ich nieodpowiedzialne zachowanie może bezpośrednio przełożyć się na ich własne bezpieczeństwo.

Jaki jest wniosek z tego wpisu? Psiarze i normalni ludzie mogą żyć obok siebie w zgodzie, nie wchodząc sobie zbytnio w drogę. Wystarczy tylko troszkę empatii i podstawowa komunikacja. Chcesz mieć miły spacer lub udany trening? To najpierw sam nie bądź przeszkodą dla innych, a reszta jakoś się ułoży i będzie fajnie, tylko najpierw zacznij od siebie.

A Wy mieliście jakieś złe doświadczenia z „inną grupą”? A może wręcz przeciwnie, macie tak jak ja w ostatnim czasie same pozytywnie zaskakujące przypadki?

Ogółem: 219, dzisiaj: 5

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o