23Maj

Łapa na szlaku – II Lubelski Dogterkking

20022_895828530465667_7899032615009161927_n

Dogtrekking – marsz lub bieg z psem z elementami imprez na orientację. Uczestnicy wraz z psami, przebywają wyznaczoną na mapie trasę, zbierając informacje z wybranych punktów kontrolnych. W zawodach liczy się zarówno czas pokonania trasy, jak również poprawność zebranych informacji.

Jak wiecie na Dogtrekking szykowałam się od dłuższego czasu. Jeszcze w zeszłe wakacje kupiłam Donnerowi sledy, a sobie pas maszera i rozpoczęliśmy regularne bieganie, właśnie z myślą o tej imprezie. Z I Lubelskiego Dogtrekkingu, wykluczyła nas babeszjoza, której leczenie właściwie zakończyło się przed zawodami, ale nie chciałam forsować ponoć osłabionego Donnera. Odpuściłam więc, ciesząc się, że nie pospieszyłam się za nadto z wpłatą.

dogtrekking20150516103054img3410_8e8e6_bg

II edycja również stała pod wielkim znakiem zapytania. Najpierw z powodu planowanego szkolenia w pracy, później swój start uzależniłam od pogody, bo mimo że II Lubelski Dogtrekking odbywał się dokładnie w połowie maja, pogoda bardziej przypominała przedwiośnie. Na szczęście akurat na zawody pogoda dopisała do tego stopnia, że udało się nawet trochę poopalać i maszerować w bluzce z krótkim rękawkiem. Nam był ciepło i przyjemnie, ale nie na tyle upalnie by ciepło doskwierało naszym psom.

W sobotę rano jakimś niewyobrażalnym sposobem w mojego malutkiego Yarisa zwanego Don-Mobilem, zapakowały się trzy osoby i trzy psy. Donner na honorowym miejscu w bagażniku nawet nie interesował się Rexem – owczarkiem z tylnej kanapy, a malutka Luna zajęła miejsce koło kierowcy. Opiekunowie psiaków, musieli się jakoś upchnąć między nimi. Na szczęście wyrozumiałe psiaki w swej łaskawości zrobiły miejsce swoim właścicielom. I wyruszyliśmy w nieznane. Serniki, bo tam odbywał się Dogtrekking wcale nie okazały się tak odległym miejscem jak wskazywało Goole Maps. Bez większego problemu trafiliśmy na parking i ruszyliśmy do parku, gdzie odbywała się impreza. Inni uczestnicy dopiero się schodzili, a my byliśmy dobre dwie godziny przed czasem. Odprawa weterynaryjna poszła niezwykle sprawnie, chociaż organizatorzy niepewnie popatrzyli na niedomykającą sie książeczkę zdrowia Donnera. „Pies jest zdrowy, jest tylko często badany” zapewniłam zdając sobie sprawę, że psia książeczka wygląda jakbym miała pod opieką ciężko chorego psa.

IMG_6190_resize

Nie chcąc stać w narastającym tłumie uczestników i ich psów mniej lub bardziej zadziornych odeszliśmy na bok, oczekując startu imprezy. Teraz już wiem, że jeśli odprawa weterynaryjna zaczyna się o 8:30, a start jest o 10, to wystarczy być około 9.30, a nie po 8. Na szczęście była piękna pogoda i śliczna okolica, więc samą przyjemnością było posiedzieć w parku nad rzeką. Psy mogły się wyciszyć i odpocząć po podróży oraz ostudzić emocje związane z tak dużą ilością psów w jednym miejscu.

Kiedy organizatorzy ogłosili, że za chwilę startujemy wszyscy zaczęli gromadzić się koło bramki startowej – bardzo wąskiej bramki startowej, tak na oko na dwóch uczestników koło siebie. My stanęliśmy na końcu nie chcąc pchać się w tłumy, zresztą nie liczyliśmy na pierwsze miejsca. Mimo systematycznych treningów 5km biegu jest moim maksimum po którym ledwo jestem w stanie dowlec się o własnych siłach do domu. Choć na pewno mogłaby być to jakaś metoda, wyprzedzić wszystkich (lub większość) na 3 pierwszych kilometrach, a potem iść sobie bezpiecznie swoim tempem. Ale naszym celem nie była wygrana, a sam udział. Nie wiedziałam jak to wygląda, na czym to polega, jak zachowa się Donner. Choć nie powiem, zazdrościłam zwycięzcom, ale na otarcie łez, dopisało nam w losowaniu szczęście i wygraliśmy upominki. Od tej pory 42 numer zostaje oficjalne uznany za mój szczęśliwy numer.

dogtrekking20150516103136img3427_28bbf_bg

Sama trasa była bardzo ciekawa, trochę za duża jej część prowadziła asfaltem i drogami, co w moim doświadczeniu z canicross dyskwalifikowało ją jako bezpieczną do biegu dla psa i moich kolan, ale do marszu była idealna (choć kolano i tak odczułam) szczególnie, że przed imprezą systematycznie niemal cały tydzień padało, więc na takiej trasie było sucho i przyjemnie. Ale po kolei!

Wystartowaliśmy w parku i ruszyliśmy skrajem lasu w kierunku Czerniejowa. Okolica była przepiękna. Po lewej stronie las, po prawej rozlewiska i łąki, w dole wije się rzeka – idealne miejsce na piknik i odpoczynek. Tu też był usytuowany pierwsze punkt kontrolny – odczytanie napisu pod obrazem w kapliczce. Do pierwszego punktu szliśmy jeszcze w miarę zwartą grupą, jednak szybko zaczęliśmy się rozwlekać. Przemaszerowaliśmy przez wioskę i wyszliśmy na pola i łąki. Regulamin zabraniał spuszczania psów ze smyczy (choć powinien też zabraniać używania flexi, szczególnie jak właściciel miał w nosie to, że pies zostaje 5 metrów za nim i prowokuje psy idące z tyłu) jednak w takim miejscu aż prosiło się puścić psiaka by mógł się wyhasać po soczystej, zielonej trawie, jeszcze wilgotnej od rosy. Szkoda, że nie ma takich terenów bliżej mojego miejsca zamieszkania – bylibyśmy na nich stałymi bywalcami. Jak okiem sięgnąć żywej duszy, tylko łąki, pola, zagajniczki z drzew i krzewów, jakieś rzeczki… ja rozłożyłabym się z książką, a Donner hasał by po trawie, skakał za motylami i polował na żaby. Ale trzeba było iść dalej! W końcu to były zawody i Donner zdawał się nie dostrzegać piękna otaczającej nasz przyrody rwąc na sledach do przodu, za tymi co są przed nami, żeby ich wyprzedzić – w końcu dla Donner nie ma nic gorszego niż iść za kimś. A że ja chciałam iść ze znajomymi, całą drogę siłowałam się z nim, bo Donner ciągnął do przodu – tak jak jest nauczony kiedy dostaje sledy, a ja stawiałam mu opór. W efekcie czego zanim dojechałam do domu, miałam tak straszne zakwasy jakbym nie przeszła 15km, 50 i to po górach. W końcu 15km to nie wiele więcej co spacer do o koła Zalewu czy Lasu.

11267722_698493023607045_242861785575330287_o

Kiedy wyszliśmy z malowniczej okolicy, gdzie był zlokalizowany drugi punkt kontrolny, wyszliśmy na drogę i spory czas szliśmy przez wioski. Mieszkańcy bardzo milo na witali, dzieci machały, robiono nam zdjęcia – czułam się jak uczestnik jakiejś ogólnopolskiej imprezy! Było to  niezwykle miłe. Po trzech kolejnych punktach kontrolnych zeszliśmy z drogi na tereny podmokłe. W końcu trasa ponownie stała się przyjemna do wędrówki, choć na pewno nie dla wszystkich butów. Znowu udało nam się zbić w większą gromadkę. Nie robiąc dłuższych postojów niż te na spisanie danych z punktów, najprawdopodobniej dogoniliśmy tych którzy wyprzedzili nas wcześniej, a potem odpoczywali. Korzystając z tego, wyprzedziliśmy ich i od ostatniego punktu kontrolnego prowadziliśmy końcowa grupkę – przynajmniej nie byliśmy ostatni i było sporo osób za nami. W jednym odcinku trasa z mapy ulęgła zmianie. Panie informujące nas o tym wskazały nową trasę „widzicie te młode sosenki z przyrostami” zapytały nas wskazując na jeden z zagajników w oddali (nie widziałam) „to za nimi w prawo„. Nie chcąc się kompromitować, ze jestem ślepa i nie wiem o którym zagajniku mówimy, przytaknęłam i ruszyłam przed siebie. Całe szczęście, że przed nami szło tędy wiele osób i zdążyli już lekko wydeptać dróżkę. Teraz Donner miał szansę się popisać. Puszczony tropem idealnie odnalazł przy których sosenkach szli nasi poprzednicy i gdzie należy skręcić. Szybko trafiliśmy spowrotem do Sernik i stamtąd już prosto na metę, gdzie czekało nas ognisko, ciasta i chleb ze smalcem, którym z radością posilił się Donner, gdyż jest miłośnikiem chleba, a smalec sprawia tylko, że chleb jest jeszcze lepszy. Cała trasa w bardzo spacerowym tempie zajęła nam nie cale 3,5h. Organizacja imprezy była bardzo dobra, na samej imprezie panowała świetna atmosfera. Osobiście zaskoczył mnie fakt, że przeważającą część psów stanowiły psy małe i średnie. Tych duży było na prawdę nie wiele. Z niecierpliwością czekamy na następną edycję i polecamy każdemu kto chce pospacerować z psem. Trasa 15km nie jest odcinkiem nie do przejścia. Za równo dla naszych ludzkich nóżek jak i psich łapek. Trasę przeszły naprawdę małe pieski, a w kategorii rodzinnej startowały dzieciaczki nie wiele większe od mojego Donnera. Trasa wydaje się długa, ale czym ona tak naprawdę różni się od porządnego 2-3 godzinnego spaceru. Koszt startu w imprezie jest praktycznie żaden – gdybyśmy chcieli zrobić sobie grilla ze znajomymi wydalibyśmy podobną kwotę na jedną osobę, a tu jeszcze wspomogliśmy Lubelską Straż Ochrony Zwierząt. Bardzo fajną akcją była możliwość startu z psami ze schroniska, dla tych którzy nie mają swojego pupila, lub ich pupil jest za młody, lub stan zdrowia nie pozwala mu na to.

Jak na razie same plusy! Co nam się nie podobało, lub można by zmienić? Ciężko powiedzieć, bo wszystkie moje ale mają zarówno swoje plusy i minusy, w zależności jak na to spojrzeć, więc w sumie nie są do końca wadami imprezy. Raczej moim przemyśleniem, co mnie bardziej by odpowiadało:

IMG_6192_resize

-Duża część trasy po asfalcie – wolałabym po lasach i polach, chociaż dzięki temu uniknęłam przemoczenia nóg, a kategorii rodzinnej (dzieciom i rodzinie z wózkiem) – było zdecydowanie wygodniej. Jednak gdyby było bardzo gorąco, a asfalt rozgrzany, psie łapy mogły by ucierpieć, gdyby któremuś z gospodarzy uciekł bardziej zaciekły Burek, mógłby być spory kłopot. Kierowcy którzy nas mijali na drodze, chyba liczyli, że ktoś z uczestników wpadnie im pod koła, bo w kilku przypadkach miałam wrażenie, że celowo przyspieszyli przy psach, jadąc środkiem drogi. Cud, że nikogo nie strąbili.

-Posiłek regeneracyjny dla zwierzaków – oczywiście mogę nie przesadzać – pies przeżyje do powrotu i po wysiłku nie dobrze od razu go karmić, ale widziałam, że Donner dawno strawił śniadanie i jak zazwyczaj zdarza mu się odmówić zjedzenia kolacji, tak jak nigdy, ewidentnie był głodny i oczekiwał jedzenia. A oczywiście Pańcia nie wpadła na genialny pomysł wzięcia chrupek, bo przecież pies nie jada w dzień, a kolację to z łaski czasem. Mimo to jakaś mała saszetka lub puszka (woreczek chrupek) na pokrzepienie psich sił, byłby bardzo fajny. Na szczeście Donner nadrobił to moją porcją chleba ze smalcem, a inne psiaki kiełbaskami.

IMG_6261_resize

-Brakowało mi jeszcze na koniec wspólnego zdjęcia wszystkich uczestników, lub chociaż uczestników z danej kategorii. Może to i naiwne i takie ‚pielgrzymkowe’, ale pokazując komuś zdjęcia nie widać tych wszystkich uczestników. Nie widać rozmaitości psów. Zreszta byłaby fajna pamiętka.

Ogólnie nie mam, żadnych poważnych zastrzeżeń co do imprezy i organizacji. Z Dogtrekkingu wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa. Donner wrócił mniej zmęczony, ale również szczęśliwy. W przyszłej edycji chyba wyślę go na 25km, bo kto to widział, żeby przespać się godzinę po zawodach, czekając na wyniki, poczym w domu wyskoczyć z auta i poznosić zabawki do rzucania. Może nawet uda mi się wyciągnąć Pańcia M. Tylko do tego czasu na pewno nie sprawimy sobie drugiego psa, więc będziemy musieli startować w kategorii rodzinnej…

Podsumowując – Dogterkking to impreza dla wszystkich, którzy chcą spędzić kilka godzin na świeżym powietrzu. Nie potrzeba do niej jakiegoś wybitnego przygotowania. Nawet gdyby ktoś zaniemógł na trasie, organizatorzy dysponują samochodem, który zwiezie zmęczonych uczestników. Wybierzcie się, bo na prawdę warto! A może następnym razem, wystartuje team Lubelskich Owczarków? Kto wie.

DSC_6035

 

Podziękowania dla: Adopsy Sport Club za organizację imprezy oraz dla: Adriana JaworskaRadosław CzarneckiKasia Śpiewak, Renata Sadowska Sławek Mazur za piękne zdjęcia!
Ogółem: 407, dzisiaj: 1