24Mar

Mój mąż zszedł na psy, czy to już aby na pewno psiarz?

Pojawienie się Elzy postawiło nasz dom do góry nogami. Kiedyś M. starał się być racjonalnym w naszym związku, szczególnie kiedy chodziło o Donnera, którego na każdym kroku rozpieszczałam, a M. starał się ‚by pies był psem’. Mógł się przyjść przytulić, ale lepiej kiedy spał u siebie, powinien zachowywać się kulturalnie, być czysty i ogólnie nie sprawiać problemów, bo życia nie będziemy układać pod psa. Choć i tak wakacje i wyjazdy, nawet wieczorne wyjścia planowaliśmy pod Donnera, no ale mieszkanie – było zwykłym mieszkaniem. W kącie stało psie łóżeczko, w kuchni miski, na balkonie kocyk i tyle. Pies swoje zabawki miał zawsze poukładane na posłaniu lub schowane w szafce – jednym słowem modelowy dom z psem. Spacery trzy-cztery razy dziennie, zabawa i treningi w mojej gestii, M. od biedy jak miał ochotę, pobawił się z nim chwilę w domu. Czasem jak się pies źle czuł brał go do pracy. Ale nie miał na tym punkcie większego spaczenia, aż nagle pojawiła się Elza…

Już pierwszej nocy zawładnęła naszym łóżkiem i o dziwo nie usłyszałam od M. słów sprzeciwu, co więcej sam chciał tego żeby z nami spała. Do tej pory często w nocy w odpowiedzi na próbę przytulenia się do męża słyszę: „Weź przestań, bo Ela śpi koło mnie i zaraz ją zbudzisz!”. Normalnie gdyby Donner miał większe łóżeczko wyprowadziłabym się na noc do niego, ale mój kochany pies też uznał, żebym się odwaliła, bo miał ciężki weekend i musiał zajmować się szczeniakiem, więc teraz potrzebuje odespać. Normalnie poczułam się odrzucona…

Kolejną kwestią było przygotowanie mieszkania na życie ze szczeniakiem. Jak pisałam we wstępie, kiedyś w naszym domu było jedno łóżeczko i zabawki pochowane by nie walały się na środku. Teraz… teraz cała nasza sypialnia założona jest kocykami, łóżeczkami Elzy. Psy w kuchni mają więcej misek niż my talerzy (uroki wynajmowanego mieszkania). W salonie również pojawiło się kilka kocyków i do niedawna podkładów. Już nikomu nie przeszkadza piasek na podłodze, brudne odciski łapek i ewentualne kałuże o dwojakim pochodzeniu, choć na szczęście w 99% jest to woda, która wyciekłą Donnerowi z pyska kiedy przełykał ostatni łyk idąc przez mieszkanie.

Dawniej, wszystkie piszczące zabawki, były pochowane, bo M. zmęczony po pracy dostawał irytacji, kiedy Donner przez pół godziny napierniczał piszczącym jeżykiem. Obecnie: „O ta zabawka piszczy!” Reakcja M. na zapiszczenie kosteczką przez Elzę: „Brawo Elza!” – szczeniak zaczyna napierniczać piszczałką i nikomu to już nie przeszkadza, poza Donnerem, który wykorzystując nieuwagę szczeniaka zabiera jej zabawkę. Na szczeście, piszczaca kostka szybko wyjechała do Lublina.

Zmieniło się  także karmienie naszych psów. Kiedyś na słowo puszka, obydwoje dostawaliśmy drgawek przedśmiertnych, godząc się na nie ewentualnie tylko na wyjazdy, po uprzednim spędzeniu kilkudziesięciu minut w zoologicznym wybierając, coś co podamy Donnerowi i nie będziemy mieli wyrzutów sumienia. Jak pisałam w jednym z pierwszych wpisów o Elzie, mała była bardzo wybredna. Zrezygnowani wówczas odrzucanymi przez nią pysznościami, zdecydowaliśmy się kupić jej puszkę. Pojechaliśmy więc do zoologa i zaczęliśmy nasze rozterki. W końcu podszedł do nas ktoś z obsługi z pytaniem w czym pomóc. Korzystając z okazji poprosiliśmy o wskazanie półek z dobrą suchą karma dla szczeniaka, bo to też kupić musieliśmy. Idziemy przez sklep i zbliżamy się do półek z karmami i jak na hurra, we dwoje krzyczymy: „Tylko nie Royala!”. (M. też już ma na niego uczulenie!) Pan ze sklepu patrzy na nas z chwilowym niezrozumieniem, po czym z uśmiechem odpowiada pełen zrozumienia: „Nawet bym nie proponował”. Ciszę w sklepie, która zapadła po naszym okrzyku przerwało tym razem pełne westchnienie ulgi. Co do puszek, po na prawdę długim kręceniu nosem ostatecznie w nasze ręce wpadło Naturo Natural Pet Food – i pora zkolejny M. mnie zaskoczył swoją wiedzą:

M: Ty, Młoda, chyba Donner to kiedyś testował.
A: Tak, nawet bardzo fajna jest ta karma. O i zobacz nie ma kurczaka!
M/A: Bierzemy!

I tak, dwoje spaczonych żywieniowo-zawodowych ludzi wróciło ze 150g karmy za które zapłacili prawie 8zł. Ale było warto! W końcu znaleźliśmy coś co mała chętnie jadła! Najważniejsze, że bunt pierwszych tygodni szybko został zażegnany i Elza już je normalnie to co Donner.

Czy coś jeszcze znaczącego zmieniło się w naszym życiu? W sumie nie… po za tym, że M. rozpoznaje rasy psów. Kiedy spotyka psa bez nadzoru, przy posesji przy której mieszka zatrzymuje się informuje opiekunów, że pies im uciekł, ewentualnie dzwoni do mnie, co powinien zrobić. Patrzy z pogarną na psy na flexi czy kolczatkach. Nawet na widok dużego psa bez nadzoru nie wpada w panikę tylko czyta jego sygnały. A Ela dalej rzadzi naszym życiem. Kupując mieszkanie czynnikiem warunkującym jego wybór był ogródek. Mały, bo maly ale obowiązkowy. Projektując kuchnię i szafki to M. najgłośniej krzyczał, że musimy mieć szafkę na karmę dla psów i to jest najważniejsza szafka w domu. Kupując samochód najważniejszą jego częścią był bagażnik. Czy więc mój mąż jest już psiarzem? Nie chce się do tego przyznać, ale trochę jest. Wie czym warto karmić nasze psy, a od czego mamy trzymać się z daleka. Wie czego wymagać od nich na spacerze i jak najlepiej je rozpieścić.

Ostatecznie metkę psiarza przyklepał sobie zdjęciami z Japonii. Gdzie obowiązkowo odwiedził pomnik Hachikō, a nawet mu nie mówiłam, że jest tam taki, i sam dokładnie nie wiedzial o co chodzi, ale był przy sławnym psie. (M: To taki sławny pomnik pieska, który czekał na właściciela, wiele lat po jego śmierci) W muzeum zadziwiło go, że jest tylke odmian akit, mimo, ze pewnie były inne fascynujące rzeczy, ale zdjęcie akit było obowiązkowe. Natomiast w innym muzeum z jakiejś wojny stawiali pomniki wszystkim biorącym w niej udział – więc nie mogło zabraknąć zdjęcia pomniku owczarka. (No dobra zdjęcia wielkiego Generała Daimosa też nie zabrakło :P) Taki ten mój mąż – psiarz, niby nie psiarza. Ale najważniejsze, że akceptuje tą moja chorą pasję, chcoć sam nie raz mi powtarza, że nie może patrzeć jak się zarzynam biegając z psami na spacery, weekendy planując pod zajęcia w psiej szkole, a każdą wolną chwilę spędzam na myśleniu o tych naszych Kudałach. Ale psy są częścią naszego życia i wszyscy czworo stanowimy całkiem udaną psio-ludzką rodzinę, nie ważne jak bardzo będzie się zarzekał, że psiarzem nie jest.

Wiecej o życiu z psiarą:

 

  • Zdecydowanie Twój Mąż jest psiarzem, tylko tym bardziej nieśmiałym, ukrywającym się. To jest tzw. psiarz – ninja. Niby nic, niby to tylko kula futra, ale jak ktoś nie widzi to mizia, rozmawia, daje pyszne kąski i nawet na łóżku się trochę posunie. 🙂

    • Hahaha psiarz ninja! Dobre! Ale dokladnie tak jest 😉 bierze Donnera na przytulanie kiedy nit nie patrzy bo jeden i drugi wstydzi sie publicznie pokazać, że to lubi. A co noc mimo że narzeka że Ela z nim spi to jej nie wyrzuci. 😉

  • Mukudori Kuroko

    To niesamowite czytać o tym, jak życie z psem potrafi zmienić człowieka… Bo wprawdzie życie w sterylnym mieszkaniu czy leniwe weekendy byłyby na pewno wygodniejsze, ale na pewno mniej przyjemne! Mój wujek zawsze powtarzał, że nie chce w domu żadnych zwierząt, ale dzieci (a była ich cała piątka!) skutecznie sobie z tym radziły… Przynosiły do domu i stawiały go przed faktem dokonanym, a potem okazywało się, że z osoby najbardziej przeciwnej, najbardziej je rozpieszczał! 🙂
    Pozdrawiamy cieplutko!

    • Haha tak jest bardzo częśto, że osoby najbardziej przeciwne zwierzętom, najbardziej się w nie wkręcają 🙂