24Lis

Morze to moje tu i teraz

Nie wiem jak to się stało, że przez większość swojego życia nie doceniałam, a wręcz nie lubiłam Polskiego morza. Od razu doprecyzuję – morza z pozycji lądu, bo żeglarsko Bałtyk uwielbiałam. Nie jestem w stanie stwierdzić czy było to spowodowane wspomnieniami z dzieciństwa, które zawsze wiązały się z zakazem wchodzenia do wody, bo będę chora i niezależnie od przed wziętych środków zapobiegawczych wakacje kończyły się wcześniejszym powrotem, bo ja lub siostra byłyśmy chore. Później może było to spowodowane nagonką medialną, że Polskie morze jest zimne, brudne (wieczne informacje o sinicach), zatłoczone i nieproporcjonalnie drogie. A może powodem, było to, że po prostu nad morze miałam daleko? Nie wiem, ale prawda jest taka, że do niedana planując urlop nie braliśmy nawet pod uwagę Polskiego morza. Niezależnie czy miał być to urlop z psami, czy bez.

Zupełnym przypadkiem, zrządzeniem losu, pomyłką wszechświata był nasz spontaniczny lipcowy wyjazd. I choć, dziwna seria niefortunnych zdarzeń, które spotkały nas podczas tego wyjazdu nie zapowiadała, że zakochamy się w Polskim morzu, przewrotny los jak zwykle zagrał wszystkim na nosie, radośnie wywijając hołubce. Nie dość, że we wrześniu pojechaliśmy drugi raz nad morze, o czym za chwilę, to jeszcze planujemy spędzić tam Sylwestra i Nowy Rok.

Co się zmieniło w naszym postrzeganiu morza? Powodem jest to, że Polskie morze – poza sezonem i w miejscach nieatrakcyjnych dla przeciętnego turysty jest tym, czym kiedyś były dla mnie Mazury i Bieszczady, a obecnie są Beskidy. Morze takie, jak my je widzimy jest po prostu… czasem. Czasem, który zatrzymał się i który jest teraz, w tej chwili, w której coś się dzieje. Ani wczoraj, ani jutro – po prostu teraz.

Brak Internetu, słaby zasięg telefonu, brak telewizora, komputer zostawiony w domu. Wioska, w której wynajmujemy domek wymarła. Zaskoczony piekarz rozwożący pieczywo, ze zdumieniem przeciera oczy, bo to ostatnie dni jego pracy, ale skoro ktoś tu jeszcze przyjechał, to jak chcemy przywiezie nam jutro świeże pieczywo. I choć u nas bochenek chleba jedzony jest półtora tygodnia, a i tak psy go kończą, kiedy się zeschnie, kupujemy białe lekko twardawe bułki i kilka ciastek do kawy.

Na terenie są cztery domki, my zajmujemy jeden, ale cały teren należy do nas. Nikt o tej porze już tu nie przyjeżdża, prawie nikt nie przechodzi przyległym chodniko-deptakiem. Dobrze, że prąd nam zostawili i choć wieczorami robi się chłodno, to wystarczy rozpalić w kominku. Z Karoliną szykujemy kolację, a psy (w szczególności Suka) wygrzewają się przed kominkiem. Wiarus z Donnerem mają wyjątkowo dobre porozumienie i tylko raz, jednego z ostatnich dni dają sobie po męsku „po mordzie”, tak dla zasady. Po czym idą razem na plażę, łapa w łapę, bark w bark, jakby nic się nie stało. Faceci… Elka na wieść o wyjściu na spacer dostaje histerii, bo trzeba pędzić na plażę, zanim morze wyparuje, bo przecież może zniknąć nieprawdaż? Więc wyruszamy, na pierwszy spacer o siódmej rano. W linii prostej do morza mamy kilkaset metrów, ale idziemy okrężną drogę przez las, by załatwić psie potrzeby. Wychodzimy na plażę i jak okiem sięgnąć po horyzont nie ma żywej duszy. Karolina biegnie z Wiarusem w jedną stronę, ja idę z moją bandą w drugą, żeby sobie poaportowały piłki. Likery do wody sprawdzają się idealnie i to już oficjalnie nasza dowodna piłka. Elcia trenuje do zbliżających się Dog Gamsów, a bieganie po piasku i pływanie zapewnia super trening. Dosiaczynek biega bez kagańca i bez linki i jest bardzo rozkoszny. Spotykamy się w drodze powrotnej z Karoliną i Wiarusem. Wiarek niezbyt chętnie bawi się piłką, ale z moją bandą chętnie za nią biegnie. Oczywiście władcą piłek jest Donner, ale to nieważne. Liczy się zabawa. Po godzinnym szaleństwie wracamy na śniadanie, by już koło południa wrócić na plażę, by iść przed siebie, póki nogi nas nie rozbolą. Dziesięć – dwanaście kilometrów po piasku, przerywanych kąpielami w morzu i nawet nie wiemy, kiedy dochodzi pora obiadokolacji. Raz idziemy w kierunku jeszcze dzikszych terenów niż nasze, innym razem udajemy się w stronę miejscowości rekreacyjnych. I tam znajdujemy ludzi. Dosiu, dzielnie idzie na luźnej lince pomiędzy dziećmi i innymi psami, jest tak zmęczony i pozytywny, że nawet rzucona nieopodal piłka nie wzbudza w nim żadnych emocji.

Wracamy zrobić obiadokolację, odpocząć i obejrzeć zrobione zdjęcia. Psy momentalnie padają i gdyby nie ich zafiksowanie na plażę i wodę nic już by ich nie wyciągnęło na dwór. Ale matki wariatki wyciągają biedne psy na wieczorny spacer. Niby wieczorem jest zakaz kąpieli i wchodzenia do wody, ale mądra Sukinia znajduje obejście przepisów i nie wchodzi do morza. Wystarczy przecież położyć się na plaży w miejscu, gdzie zrobiła się „morska kałuża”. I tak mijają nam dnie. Na beztroskich spacerach, rozmowach o niczym i cieszeniu się samotnością.

Z zaskoczeniem dowiaduję się, że na naszych beztroskich spacerach, jeśli mijamy jakichś innych psiarzy, są to nasi czytelnicy. Szkoda, że kontaktujemy się po fakcie, ale z jedną grupą udaje mi się spotkać. Jest to Wataha Bydgoszczy i daleki brat Eli, których poznaliśmy na Hard Dog Race 2018. Umawiamy się na wspólny spacer i całą watahą psów spacerujemy wzdłuż brzegu. Poprostu cudnie!

Totalnie zakochujemy się w morzu i postanawiamy wrócić tu w zimie. Bo choć góry są piękne, to nie dają tyle wolności co dziki, pusty brzeg morza. Ciekawe jak przywina nas Nowy Rok i czy Sylwester nad morzem będzie równie piękny.

Ogółem: 105, dzisiaj: 1

3
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Amelia Bartoń - zamerdani.plMiśka z Na kanapie siedzi pies Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Miśka z Na kanapie siedzi pies
Gość

W okolicy Sylwestra i Nowego Roku, aż tak bardzo pustych plaż nie ma – spotyka się te pojedyncze osoby od czasu do czasu (chociaż to pewnie zależy od rejonu, w który się pojedzie), ale zdecydowanie warto! 😀 Byłam na przełomie 2017/2018 i w tym roku to powtarzam! 😀