26Kwi

O łańcuchach, kojcach i posesjach

Kwiecień 26, 2015 Wychowanie psa 0

Wiele razy pisałam o tym jak bezmyślni są właściciele psów, pozwalający wychodzić im poza posesje lub tacy, którzy nie potrafią ich upilnować – w efekcie czego Donner kończy z pogryzieniami. Zdaję sobie z tego sprawę, że są psy, które przy najmniejszej okazji czmychną za bramę, żeby wybrać się na spacer, jak i takie, które tego zazwyczaj nie robią, ale rozdrażnione czy zafascynowane czymś mogą sobie pozwolić na taką swobodę. Najlepiej mają właściciele psów, które czują się poza posesją niekomfortowo, a samo wyciągnięcie ich na spacer jest sporym wyzwaniem, bo nieznajomy teren powoduje u nich lęk i stres.
Większość psów, jednak nie ma problemów z wyjściem poza działkę i chyba każdemu z naszych milusińskich to się zdarzyło.

Donner teoretycznie nie wychodzi sam poza posesję -€“ teoretycznie. Na szkoleniu uczony był nie wychodzenia przez bramę, ale bądźmy szczerzy: jeśli przy otwartej bramie będzie przechodził luzem inny pies, który nie daj Boże zajrzy do nas, przejedzie na rowerze znienawidzony pijaczek, albo ktoś zagada do mnie -€“ Donner na 99% wystartuje do niego i to nie z zamiarem przywitania się. Dlatego też, na działce powstał kojec, żeby móc zamknąć na chwilę psa kiedy trzeba wjechać samochodem, by ten cichaczem nie przemknął obok, lub żeby pozwolił normalnie wyjechać. Nie wiem czemu w swojej psiej złośliwości największą frajdę sprawia mu stanąć na środku i stać jak ciele, ewentualnie zrobić maciupki krok w tył, tylko tyle by ledwo toczący się samochód, który próbuje wjechać przejechał mu niemal po łapach. Straszenie poprzez trąbienie, czy warczenie silnikiem na nic się zdało, bo powodowało tylko to, że Donner dodatkowo zaczynał szczekać na warczące nie niego auto, a święta krowa na podjeździe dalej stała.
Drugim powodem dla którego powstał kojec była umiejętność Donnera otwierania wszystkich drzwi. Przymykanie go w domu, lub w garażu na czas np.: wizyty listonosza, elektryka, czy kogokolwiek innego, z którym nie chciałabym zapoznawać psa, nie miało sensu, bo pies i tak się wydostawał.

Wszystko pięknie w teorii. Kojec powstał, Budzikowa nieużywana buda została tam przeniesiona,€“ na wypadek gdyby pies zapragnął wejść (choć nawet jak padał deszcz, a Donni musiał siedzieć w kojcu nie pofatygował się do niej i wolał moknąć na znak protestu…). I na teorii się skończyło. Problem zaczął się kiedy ktoś przyjeżdżał, a€“ wkurzony Donner nie dawał się złapać. Przywołanie do mnie, siad, waruj, wabienie na piłkę;€“ nic nie pomagało wyrwać go z amoku ujadania pod bramą i rzucania się na nią. Problem ten trwał odkąd Donner przyjechał do nas do wieku 2,5 lat. Wszyscy pytali na co mu te szkolenia, na co dyplomy, skoro się nie słucha. A Donner się słuchał, wtedy kiedy ćwiczyliśmy, a nie w każdej chwili. Nikt nie rozumiał mojego tłumaczenia, że owczarki niemieckie, szczególnie długowłose€“ dłużej dorastają (2-3lata) i nie ma tu nic do rzeczy to, że jest ‚głupi’ czy się nie słucha, tylko po prostu jeszcze nas testował ile mu wolno. Przeżywał tak zwane ‚zagubienie mózgu‚ jak każdy zbuntowany nastolatek. Dużo ćwiczyliśmy posłuszeństwa i komendy ‚do kojca‚ i w wieku około 2lat udało nam się poczynić pierwsze postępy. Jak nikt z rodziny nie patrzył i byłam z nim sama z łatwością pies przychodził do mnie i dawał się zamykać w kojcu, niezależnie od tego kto stał pod bramą. Ale niestety, wcale nie było tak łatwo pozbyć się rodziny, która za główny cel postawiła sobie, zobaczyć jak sobie radzę z psem, bo to nie możliwe, że udało mi się go zaprowadzić do kojca. Strasznie mnie to irytowało, że nigdy nie dali mi spokojnie go zamknąć, bo zawsze ktoś musiał stanąć w drzwiach lub w oknie,€“ a to wystarczyło. Jeśli Donner ich dostrzegł, cała moja praca szła na marne, bo posłuch się kończył. W pewnym momencie nawet mnie wyprowadziło to z równowagi i zapowiedziałam, że skoro nie mogą się zastosować do tego o co proszę niech sobie sami radzą z psem kiedy ktoś przyjedzie. Efekt był taki, że Donner zupełnie przestał słuchać się rodziny (bo najprościej jest wydawać komendy i uznać, że pies się nie słucha, nie poświęciwszy nawet minuty na pracę z nim) i kiedy miał ktoś przyjechać lądował w kojcu dobre kilka godzin wcześniej. Ale Donner dorastał. Powoli, ale dorastał.

IMAG1261

Mnie, takiego pięknego – do kojca?

Pewnego dnia mama poinformowała mnie, że Donner łanie poszedł sam do kojca, kiedy mu kazała. Na pytanie czy go za to pochwaliła, dowiedziałam się, że tak, bo powiedziała „dobry pies”. Pozostawało mi tylko westchnąć głęboko i po raz kolejny wyjaśnić, że trzeba psa za to pochwalić bardzo mocno, pogłaskać, rzucić mu do kojca zabawkę -€“ cokolwiek,€“ byle mu się to opłacało i żeby skojarzył, że wchodzenie do kojca jest niesamowicie wypaśną sztuczką za którą się go wielbi.

Ale było już lepiej. Donner coraz chętniej chodził do kojca na komendę, dawał się odwołać spod bramy, tylko że zamknięty w kojcu strasznie się obrażał, siadając ostentacyjnie do wszystkich tyłem i zerkając jedynie co jakiś czas przez ramie, czy widzimy jak mu źle. Ostatecznie się udało. Donner dorósł i zmądrzał, wprawdzie dalej słucha jedynie mnie, czasem sporadycznie narzeczonego o ile się z nim nie wykłóca, pozostali domownicy są zaś sami sobie winni, że nigdy nie zadali sobie trudu, by poćwiczyć z psem posłuszeństwo, w związku z tym nie są dla psa żadnym autorytetem, nic więc dziwnego, że pies nie chce im oddawać piłki, drażni się z nimi i ciągnie na spacerze. Jednak do kojca chodzi ładnie i nawet ostatnio bawiąc się z babcią w ogródku, skakał dla niej przeszkody, co było dla mnie wielkim szokiem, ale w końcu kto nie kocha babci? Więc nawet kudłaty, najbardziej rozpieszczony wnuczek, za plasterek szynki, zrobi dla babci wszystko.

Dletego też, wiele psów, w tym owczarków szybko trafia na stałe do kojca lub na łańcuch, nawet w mogłoby się wydawać ‚cywilizowanych‚ domach, bo trudno wymagać by gdzieś na wsi, gdzie psy od wieków były na łańcuchu nagle się to zmieniło, a u ludzi na jakimś poziomem materialnym czy inteligenckim jest to niezrozumiałe. (pisząc cywilizowany – mam na myśli osoby z wykształceniem i dostępem do informacji, gdzie wydawać by się mogło – szkolenie, czy behawiorysta nie są przeszkodą, przynajmniej finansową, ale z lenistwa, czy nieudolności i tak zamykają psa w kojcu dla świętego spokoju na 24h dziennie. Nie gospodarza Eustachego, który ma psa na łańcuchu karmionego kośćmi, bo tak psy na tej wsi żyją od lat, a Ci wszyscy obrońcy wymyślają głupoty – dla niego niezrozumiałe). Powodem jest to, że ludzie nie pracują z psami, wymagają od nich bezwarunkowego posłuszeństwa i myślenia najlepiej takiego jak ludzkie, a nawet jeśli pracują (jeśli nie ogranicza się to do zajęć w szkole dwa razy w tygodniu, a w domu zero pracy ,bo nie ma czasu), bardzo łatwo się zrażają,€“ bo pies ma przecież skończone tyle kursów, ma już dwa lata, a dalej się nie słucha. Cóż… pozostaje mi życzyć takim osobom cierpliwości i systematyczności w pracy, a z czasem to zaowocuje. W końcu od 4 letniego dziecka nie wymagają takiej wiedzy, spojrzenia na świat i przewidywania, jak od piętnastolatka. Dlaczego więc dorastającego, rozwydrzonego psiego podrostka, traktują jak statecznego dorosłego psa? Chyba tylko dlatego, że już osiągnął jego wymiary… cóż rozwój fizyczny nie zawsze idzie równolegle z psychicznym. I trzeba o tym pamiętać. A kojec – nawet najwiekszy (w tym ogrodzone podwórko z którego pies nie wychodzi) jest ciągle tylko kojcem – klatką – taką samą jak w ZOO. Pies nie owinien tam żyć 24h/dobę.

Ogółem: 1 007, dzisiaj: 1