To miasto potrzebuje nowego bohatera.

W ostatnim czasie ulubionym zajęciem Elki jest monitorowanie osiedla. Czy to przez okno balkonowe, czy z parapetu w naszej sypialni. Nadszedł okres zimowych cieczek i na naszym osiedlu pod klatką danej suczki koczują hordy psów, które chadzają sobie samopas po mieście, bo mimo że zgodnie z wymaganiami rady miasta Grójec pies powinien być na smyczy i w kagańcu, pomimo tego, że Grójec jakieś 600 lat temu dostał prawa miejskie codziennie mam wrażenie, że dla niektórzy usilnie starają się, by dalej była to wieś. Chociażby patrząc na to, że PRL ze sklepów nie wyszedł, a posesje zazwyczaj są otworzone, by podwórzowe większe i mniejsze burki latały hordami po mieście, a nawet kiedy są z właścicielem – zapomnij by miały smycz lub obrożę. Na zwrócenie uwagi, że po raz setny ten sam pies zaatakował nas na spacerze i że wypadało by aby był chociaż na smyczy lub miał kaganiec w odpowiedzi dostajemy informację, że on od zawsze tu chodzi na spacer w domyśle „miejsce zaplute zaklepane”. Oczywiście interwencja straży miejskiej (trzykrotna) skończyła się na tym, iż opiekun zapewnił strażników, że jego psy chodzą na smyczy i w kagańcu więc przestali reagować, a ja na spacerach z Elką zawsze dowiem się jakiegoś newsika z ostatniego tygodnia, że te same psy znowu zaatakowały i pogryzły jakiegoś innego, który był na spacerze. Na moje pytanie, czemu nikt (poza mną) nie zadzwoni na policję lub straż miejską zawsze dostaję odpowiedź w stylu: „Oni i tak nic nie zrobią.” Smutna prawda. Dwie moje interwencje nic nie wskórały, interwencja Grójeckiej Fundacji również. SM było u delikwenta trzy razy, uwierzyło, że prowadzi psy na smyczy i w kagańcu i na tym się skończyło. Niby monitorują osiedle i robią sobie rano i wieczorem tam postoje – patrole, ale dziwnym trafem zawsze odjeżdżają na kilka minut przed tym jak sprawca zamieszania wyprowadza swoje psy. A prawda jest taka, że Grójec to małe miasteczko. Każdy zna każdego, każdy ma z kimś układy, co bogatszy sadownik ma kartę przetargową w formie świeżutkiej stuzłotówki i naprawdę niebezpieczne psy, latają sobie po mieście bez smyczy i obroży, atakując każdego innego psa, a ich opiekun udaje, że nic nie widzi. A strażnic pokoju miejskiego? Przecież byli na patrolu i nic się nie działo.

Tak, dlatego jestem za likwidacją Straży Miejskiej, bo nie robią nic. Tyle się mówi o smogu, tyle się mówi o tym by nie palic syfem… A w Grójcu? Budzi nas w nocy gryzący w oczy dym. Jestem pewna, że w bloku jest pożar! Psy zestresowane, ale nie słychać straży pożarnej. No nic, idę na dwór w końcu i tak futra powstawały. Na dworze siwo od dymu, dostaje ataku spazmatycznego kaszlu, ale pożaru nie ma. Za to z kominów dwóch wolnostojących domków graniczacych z naszym osiedlem wydobywają się kłeby dymu tak gęstego i ciemnego, że można by z niego lepić jak z plasteliny. Smugi opadają do siemi i zostają na wysokości kilku metrów. Niby SM mają kontrolować czy nikt nie pali śmieci, ale na pewno nie tam… Nie wiele lepiej było kiedy jeszcze mieszkając w Lublinie potrzebowałam interwencji SM ze względu na dzikie zwierzęta. A to lis wpadł mi na posesję i nie umiał się wydostać – wówczas kazali obserwować i jak do jutra nie ucieknie dać im znać. Nic ich nie interesowało to, że mam zwierzęta w ogrodzie i nie ściągnę ich tak szybko do domu, żeby nie miały z nim styczności. Innym razem wzywałam ich do ratowania sarny, która wskoczyła na opuszczoną posesję i nie potrafiła z niej wyskoczyć. Po 6h od mojego telefonu, pojawił się patrol SM z pytaniem gdzie ten uwięziony łoś, kiedy  w między sarnie udało się już jakimś cudem uciec. Kiedyś sarna utkęła między posesjami i w labiryncie siatek nie potrafiła wyjśc na wolna przestrzeń. Prawie tydzień siedziała w krzakach pomiędzy posesjami i w końcu sami mieszkańcy zorganizowali ludzki łańcuszek by przepędzić ją we właściwe scieżki labirynku rpowadzące na pola. Nie zliczę ile razy dzwoniłam w kwestii agresywnych psów, wybiegających z posesji i atakujących ludzi idących na przystanek, czy psa znalezionego w lesie. Nigdy, ale to nigdy nie doczekałam się interwencji tylko było odsyłanie, zwlekanie, ostatecznie chyba dostali odgórny przykaz zakazu odbierania ode mnie telefonów. Tak – jestem za likwidacją SM w Polsce. Ale koniec dygresji, wracam do osiedlowego monitoringu Elki.

Kilkakrotnie kiedy Elka była szczeniakiem miała nieprzyjemne spotkanie z takimi psami bez nadzoru na szczęście tymi z zakresu nieagresywnych, ale upierdliwych. Takie psy namierzywszy szczeniaka szły do niego się „pobawić” – czyt. poskakać po nim. Na moje prośby o odwołanie psa, bo szczeniak się boi i nie chcę by się witał z danym psem dostawałam odpowiedź: „On chce się tylko przywitać” czyt. Mam to w d*, bo mój pies chce się bawić. „On jest niegroźny” czyt. Nie chce mi się reagować, a Ty nie panikuj bo mój pies nie gryzie, co z tego, że Twój szczeniak na jego widok zsikał się pod siebie. „Niech weźmie pani szczeniaka na ręce, mój pies do mnie nie przyjdzie na wołanie” czyt. Nie panuję nad sowim psem, ale to nie powód by prowadzić go na smyczy, nich inni uważają.  Poważnie, są raptem ze trzy psy, które wykazują normalne zachowania społeczne z którymi Ela mogła się socjalizować, bez wyniesienia z takiego kontaktu traumy lub złych nawyków. Zdecydowana większość to albo sfrustrowane yorki na flexi, albo psy chodzące luzem nad którymi opiekun nie sprawuje kontroli (o ile w ogóle jest), a ich główną rozrywką jest napadanie „w zabawie” (o ile w zabawie) innych psów, które będąc na smyczy próbują rozpaczliwie uciec.

Ale w końcu Elza postanowiła ukrócić te niecne procedery.  Od kiedy podrosła i poczuła się pewniej postanowiła walczyć o swoje. Doskonale zakodowała sobie, które psy za młodu znęcały się nad nią i teraz im nie przepuści, do tego stopnia, że kiedy tylko wchodzą na nasze osiedle, Elka jakimś siódmym zmysłem je wyczuwa i pilnuje je przez okno. Potrafi leżeć godzinami w oknie i obserwować, jak one warują pod klatką oczekując na spacer suki z cieczką. Komentując głośnym warczeniem każdy ich ruch i przemieszczenie się. Kiedy psy opuszczają osiedle, strategicznie odczekuje kilka minut po czym domaga się wyjścia na spacer tylko po to, żeby pójść ich tropem do końca osiedla, by upewnić się czy na pewno odeszły. A nie daj Boże niech spróbują do niej podejść, odzywa się w niej wtedy dusza wojownika i pianie na całe gardło. Ale jest w tym skuteczna, bo odstrasza ich tak, że rezygnują z podejścia i bliższego kontaktu. I pomyśleć, że tak sobie zakodowała te kilka psów… Pozostałe są jej kumpami, bliższymi lub dalszymi, drące się na flexi yorki ciągle są przerażające i mijamy je chyłkiem udając, że nas nie ma, ale osiedlowe burki mają u Eli przechlapane. Gdyby jej zrobić ewidencje wizyt, jestem pewna, że odhaczyła by każde ich pojawienie się na osiedlu i nigdy by jej się to nie znudziło.

Trochę obawiam się co to będzie kiedy Ela będzie miała cieczkę. Z jednej strony będzie przerąbane, bo koczujące pod naszą klatką kundle na pewno będą się wdawały w bójki z Donnerem, z drugiej znając życie ja będę musiała się wdawać z nimi w bójki, by ochronić Elsona… To takie upierdliwe… a to tylko dlatego, że niektórzy ciągle są przeświadczeni, że mieszkają na wsi i podwórzowe psy mają w naturze chodzić luzem po świecie, a strażnicy miejskiego pokoju nie zareagują, póki nie stanie się tragedia rozdmuchana przez media, by kłamać przed kamerą nie mrugnąwszy okiem, ze nigdy nie mieli zgłoszenia w tej sprawie.

(Visited 512 times, 1 visits today)
  • Joanna Juszczel

    Nie wiedziałam, że w Grójcu jest aż tak źle. Jak jeszcze przyjeżdżaliśmy na spacery do Brego (co weekend) nie zdarzyło nam się spotkać żadnych luźno latających agresywnych psów, a nawet spotykaliśmy się na psim polu w gronie naprawdę fajnych ludzi z fajnymi psami. Niestety ludzi nie nauczysz, u nas w Łosiu jest ten sam problem, powiedziałabym może nawet większy, bo tak naprawdę Łoś przecież jest wsią i wypuszczanie psów, nie do końca miłych jest tutaj standardem. I za każdym razem kiedy wychodzę z moimi suczkami sama naprawdę się boję… o cieczce nie wspomnę, bo wtedy zazwyczaj wybieramy porządny trening na działce. A propos jeszcze dymu to masz rację to jest jakaś istna tragedia! Niestety nie tyczy się tylko Grójca…

    • Moze kwestia obrzezy… z mojej strony to masakra jest, ale i w centrum w lecie widzialam cos w stylu american bully co wychodzilo samo z okna na parterze by powachac sie z innym psem przechodzacym, a potem przez to samo okno wracal do mieszkania….

  • Kasia Żyrafa

    Owczarek terier z Elki, niezwykły:)

  • Zawsze myślałam, że w mieście nie ma psów biegających luzem… a tu proszę. Co prawda zawsze na naszych miejskich przechadzkach spotykaliśmy stada nieodpowiedzialnych ludzi z ich zdesperowanymi pieskami, a psy które widziałam w parku traktowałam jako „te na pewno pod kontrolą właściciela.”
    Po twoim wpisie widzę jednak, że nie tylko na wsi jest problem z biegającymi psami i nieodpowiedzialnymi ludźmi. To smutne, że powinniśmy chronić nasze zwierzęta i inne istoty, a zamiast tego zachowujemy się często jak bezrozumne ameby…

    • U mnie na wsi w LBN nie bylo tak zle. Byly psy wychodzace z posesji, ale poza swoim terytorium czyt. dzialka byly nieszkodliwe. Tutaj natomias jest jakas porazka, przynajlniej na moim osiedlu ale to pewnie dlatego ze graniczy ze slumsami a to gorsze niz wies…