10Wrz

VIII Lubelski Dogtrekking – Łapa na Szlaku

Wczoraj Donner i ja wystartowaliśmy w VIII Lubelskim Dogtrekkingu Łapa na Szlaku i w końcu udało nam się pobawić trochę w prawdziwy dogtrekking i poszlajać z mapą i kompasem po lesie. Mimo, że z Karoliną obiecałyśmy sobie, że zeszłoroczny VI Lubelski Dogtrekking miał być naszym ostatnim, kiedy to trasa była prosta jak po nitce, w dużej mierze wiodąca główną ulicą, a z dogtrekkingiem miało tyle wspólnego, że były punkty kontrole, a reszta to był bieg na czas po prostej… w dodatku w dużej mierze pokrywającej się z trasą z III L.DT. Wtedy też mokre, złe, przemarznięte na kość i zniesmaczone stwierdziłyśmy, że poszukamy innych DT. O VI-DT nie pisałam na blogu, bo nawet mi się nie chciało pisać tak niezadowolonego tekstu, ale Ci co śledzili nas FB to wiedzieli, że zachwycone nie byłyśmy..

Fot. Sławomir Znak

No ale… po roku emocje opadły i postanowiłyśmy jednak wziąć udział w lubelskiej imprezie. Pełne radości zapisałyśmy się już w pierwszych godzinach rejestracji, ja nawet jako pierwsza i dostałam zaszczytny nr 1 i z niecierpliwością czekałyśmy na sobotę intensywne trenując. No i cóż… Już na starcie, a właściwie po zapłaceniu pieniędzy zaczęłyśmy zastanawiać się nad rezygnacją. Bowiem z dwóch tras 15km na którą się zgłosiłyśmy i 25km zrobiono jedną 20km z powodu braku chętnych. Bardzo fajnie, niby co to jest dla nas te 5km więcej. Tym bardzie dla osób biegających zazwyczaj na 25, 5km mniej jest po prostu „lekką przebieżką”. Nie ukrywam, że byłyśmy z lekka wkurzone, bo realne szanse na podium właśnie odeszły w zapomnienie. No ale pieniądze już zapłacone, wszystko zalanowane by udało mi się zjechać do Lublina na weekend, więc bez sensu byłoby nie przyjechać…

Więc pojechałyśmy. Tym razem do Biłgoraja w naprawdę piękne tereny, które zachwyciły nas do tego stopnia, że obiecałyśmy sobie wybrać się tam na spokojnie na spacer jesienią. Pierwszy raz widziałam cały fioletowy las, bowiem wszędzie rosły wrzosy! Ah jak było pięknie!  Sama  trasa też w końcu nie wiodła ulicą, poza niewielkimi odcinkami tylko szlakami i ścieżkami przyrodniczymi. Sama przyjemność! Ale najlepsze było to, że w końcu na mapie było pozaznaczane trochę (bo nie wszystkie, czemu nie korzystamy z leśnych map!) leśnych ścieżek, dzięki czemu można było poszukać najkrótszej trasy, po nawigować i przeżyć adrenalinę w stylu: „chyba jednak źle idziemy…” by 10m dalej odkryć PK. Tak, zdecydowanie to było wielkim plusem, aż żal że taka zabawa, czyli de facto serce dogtrekkingów było tylko pomiędzy PK3 i PK4, bo reszta była jak zwykle prostą drogą, ale smaczek nawigacji był świetną zabawą.

Trasa miała niby 19km według organizatorów. My wybierając najkrótsze przejścia i tylko raz się gubiąc co dołożyło nam raptem koło 800m może 1000m, nie więcej. Zrobiłyśmy według Karoliny Endomodo prawie 25km, według mojego Dingdoga, który trochę dodaje – 27km. W czasie 4h18min (z naszych pomiarów trzeba odjąć 25min, bo wąłczyłyśmy appki wcześniej). I wiecie co? Zajęłyśmy II i III miejsce. Świetny wynik, zważywszy na to, że długo po nas nikt nie przychodził i tylko dwie osoby były przed nami (kat. mężczyzn i kat. kobiet). Niestety z powodu, że na jednym PK tylko spisałyśmy hasło, a nie użyłyśmy perforatora, który był za drzewem i jakoś go przeczyłyśmy, doliczono nam po 10min kary i zajęłyśmy 4 i 5miesjce, czyli chyba dwa ostatnie. Niektórym to się głupim fartem udało i są na pewno z siebie bardzo dumni… Tak jak w kategorii męskiej panowie… którzy wszyscy stanęli na podium, bo było tylko dwóch.

Donner & Wiarus team

I właśnie dlatego, tym razem ostatecznie powiedziałyśmy sobie że to ostatni nasz Dogtrekking w Lublinie mimo, że w końcu była jedna z fajniej opracowanych tras. Nie, nie dlatego że nie stanęłyśmy na podium – kara punktowa nam się należała jak psy buda. Nie, nie dlatego że ciągle było mało nawigowania choć i tak już całkiem sporo w porównaniu do poprzednich edycji, a w szczególności VI-DT. Nawet nie dlatego, że za po rejestracji i zapłaceniu postawiono nas przed faktem dokonanym, że jest jedna trasa dla wszystkich, a dla nas dłuższa… Kiedy doliczono nam karę uznałyśmy, że jedziemy do domu, bo nie ma sensu dłużej siedzieć, ale poproszono nas o zostanie, bo każdy dostanie nagrodę – trudno, żeby nie dostali jak w trzech kategoriach było łącznie 13 czy 15 osób. Ale niektórzy nie dla nagród przyjeżdżają… Naprawę ten worek karmy, rabat na zakupy czy kubek można kupić samemu… I nawet to – nagrody pocieszenia – które nas jeszcze bardziej wkurzyły, bo na prawdę nie po nagrody przyjechałyśmy – nie były przyczyną podjęcia decyzji o pauzie w tej imprezie. Więc dlaczego? Bo można iść na spacer, siedzieć i gadać na punktach kontrolnych i mieć w nosie to, że mimo wszystko jest to impreza na czas, a i tak wygrać i stanąć na podium z powodu zbyt małej liczby zgłoszonych. Przyjść niemal po czasie i tak wygrać. I to już nie pierwszy raz, szczególnie w kat. męskiej, ale w żeńskiej łutem szczęścia i tak się niektórym udało… To już jak została wybrana jedna trasa to i jedna kategoria powinna być – ogólna bez podziału na kobiety i mężczyzn…

Tak wiec dumne z siebie, bo realnego czasu nikt nam nie odbierze, umęczone jak siedem nieszczęść wróciłyśmy do domu. Nawet nie złe, bo jak mówiłam kara nam się należała, za nasze niedopatrzenie. Ale trochę rozczarowane całą otoczką – choć musze przyznać, ze pod względem trasy (mimo, że długiej) impreza była najfajniejsza z tych w których brałam udział w LDT. Choć jeśli chodzi o organizację i klimat to chyba II i III LDT wygrywają.

Dlatego na przyszły rok wystartujemy w którejś z Lig Dogtrekkingu – pewnie Mazowieckiej, bo Pomorski Puchar jest ciut daleko, a może w Pucharze Polski – kto wie.

A co do Łapy na Szlaku… Niech impreza się rozwija, fajnie że coś takiego jest na Lubelszczyźnie i chwała organizatorom za to. Będę im kibicować, bo jednak sentyment do ziemie Lubelskiem będę miała zawsze. I może jak bardziej to się rozwinie i dorówna do innych imprez doktrekkingowych to wrócimy z nimi na szlak. Albo porostu będzie nam się nudziło i będziemy w okolicy. Kto wie, nie przekreślamy ich mimo wszystko. Ale na razie szukamy czegoś innego. Dumne z siebie idziemy na spacer porozchodzić zakwasy.

Fot: Krzysztof Frańczak

Zdjęcia z samego DT będą później na FB jak organizatorzy udostępnią. A my już za dwa tygodnie startujemy z Elunią w HDR! To dopiero będzie impreza, a co lepsze zapowiedziało się na nią kilkoro naszych przyjaciół, także zapowiada się boski start! Swoją drogą niezwykle cieszę się, że na DT poszedł tylko Donner, bo w pierwszej chwili chciałam iść z dwoma. Biedna Elunia nie dałaby rady tyle przejść. 10-15km to dla niej maks… powyżej 20 to musiałybyśmy ją nieść i to bez żartów. Znając swojego psa nigdy nie dajcie się zwieźć zapewnieniom organizatorów, że pies da radę, bo to niewiele więcej. Wy znacie swojego psa – nikt inny i jeśli nie jesteście pewni, nie fundujcie mu czegoś, co nie będzie dla niego przyjemnością. Ja znam Elunie i wiem, że optymalna trasa dla niej to koło 10km. Na którkich odcinkach jest niezwykle szybka i wytrzymała, ale nie potrafi sobie rozłożyć sił na dłuższe trasy. Czego nie mogę powiedzieć o Donnerze, który może iść i iść… i tak sobie rozłożyć siły by najmocniej ciągnąć na ostatnich 2-3km. Także niezmiernie cieszę się, że nie zafundowałam Eli takiego wysiłku. Tym bardziej, że jakoś te 19km znacznie nam się rozrosło, a nie sądzę, że dwie równolegle działające aplikacje aż tak bardzo przekłamały, bo porównując odczyt z nich i trasę z mapy to nie ma znaczącej równicy…

yJak przygotować się na DT
yII LD Łapa na szlaku
yIII LD Łapa na szlaku
yAdnrzejkowy DT ML