Strona główna Nasz punkt widzenia Pozytywno-awersyjne przemyślenia

Pozytywno-awersyjne przemyślenia

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Obiecałam Wam we wpisie o zakazanych komendach, że ustosunkuję się do metod awersyjnych i tego, jak zmieniło się, moje życie i życie moich psów po rezygnacji z nich, oraz dlaczego do nich nie wrócę.

Mam nadzieję pamiętacie, ze wspomnianego wcześniej wpisu, historię naszej wycieczki do Kazimierza i tego, jak Elka próbowała wciągnąć mnie do wody, a Donner został moim bohaterem wzorcowo reagując na komendę zatrzymania.

I powiem Wam tak w tajemnicy, że kiedy prowadziłam tę Sukę za obroże pod górę, opierniczając ją na czym świat stoi, z na wpół sprawną ręką, oczami wyobraźni (zresztą nie pierwszy raz) wyobrażałam ją sobie na kolczatce czy obroży elektrycznej, którą załączam w takiej chwili – ona zamienia się w choinkę, a ja niczym psychopata śmieję się mrocznym śmiechem „widzisz, należało Ci się”. Ale mimo tych moich myśli, które również zahaczały o oddane jej do schroniska, jak i przywiązanie w lesie na pastwę saren nie zdecyduję się ponownie na metody awersyjne (choć kilka osób zasugerowało mi kolczatkę lub obrożę elektryczną, by wybić jej z głowy podobne wybryki – stąd ten wpis), ale nie wiem, co by musiało się zadziać bym do nich wróciła. A dlaczego?

Dlaczego nie wrócę do metod awersyjnych?

Stosowanie awersji i metod awersyjnych (w przypadku tego wpisu jako synonimu narzędzi awersyjnych jak kolce czy OE) w przypadku moich psów wydaje mi się względem nich mocno nie fair, gdyż wszystkie złe zachowania wynikają praktycznie z mojej winy. Nie nauczenia ich jak powinno być inaczej, błędów przy wychowaniu, braku poświęcenia odpowiedniej ilości czasu i pracy, by te zachowania odpracować czy zmienić, a przecież większość z nich – jak chociażby miłość Eli do wody, poniekąd sama wywołałam (zresztą tak jak 90% problemów Donnera – brak odpowiedniej socjalizacji, błędy w szkoleniu w tym właśnie źle używane metody awersyjne – więcej o jego problemach i pracy nad nimi). Zresztą, nawiązując do historii z tamtego wpisu, gdzie tu jest psia wina, kiedy Ela usłyszała komendę zwalniającą O.K. w momencie, kiedy jej mózg pławił się już oczami wyobraźni w Wiśle…

Także uważam, że w takim wypadku stosowanie narzędzi awersyjnych jest mocno nieetyczne. Bo to trochę tak, jakby mieć pretensje do dzieci i karać je, za to, że popadły w złe towarzystwo, kiedy rodzice przez całe życie nie mieli dla nich czasu, ani na wychowanie, ani na przekazanie odpowiednich wzorców czy pokazanie co jest dobre, a co złe. Wówczas samo karanie tych młodych osób, za oczywiste dla nas błędy nie wystarczy, jeśli nie pokażemy alternatywy, że można i należy inaczej.

I podobnie jest z psami. Karanie ich za złe w naszym mniemaniu zachowanie, bez pokazania i prób wypracowania właściwego jest według mnie niewłaściwe, tym bardziej, jeśli sami w jakiś sposób doprowadziliśmy do nauki złego zachowania.

Banalne powody korzystania z awersji

I niestety, pewnie narażę się wielu osobom, ale uważam, że metody awersyjne w większości przypadków nie mają racjonalnego zastosowania (poza jakimiś sytuacjami, w których życie psa, otoczenia czy opiekuna byłoby realnie zagrożone – w tym tekście jednak pisze o przypadkach tak zwanego lenistwa czy pójścia na łatwiznę). Argumenty w stylu „nie mogę go utrzymać”, „ciągnie”, „nie słucha mnie / nie współpracuje”, „rozwalił już dwie smycze i trzy obroże” – nie są argumentami za użyciem, chociażby kolców, szczególnie kiedy kolczatka staje się obrożą spacerową na co dzień, nawet gdy pies biega bez smyczy. Kurczę, ludzie wyprowadzają na spacer dogi, czy 80kg molosy na normalnych obrożach… pitbulle, które biorą udział w weight pullingu i ciągnął tam kilkaset kilogramów, a ktoś stosuje kolczatkę, bo nie może utrzymać spaniela? Pękają Ci karabińczyki w smyczy, czy zapięcie w obroży? Zainwestuj w sprzęt dobrej jakości, może dedykowany do typu/rasy psa, albo sportowy? Pies ucieka puszczony ze smyczy? Prowadź go na 20m lince… Ale przede wszystkim rozwiąż problem swojego psa, bo samo narzędzie – czy to kolczatka, czy OE, kantar, smycz behawioralna, a nawet popularne easy-walki – to tylko narzędzia do pracy z psem, które nie oduczą go same z siebie złych zachowań i nie spowodują cudu. Co więcej, jak każdy z bodźców (bo to powinny być bodźce do komunikacji, nie kara w postaci przykładowego klapsa dla dzieci), mogą zostać z czasem shabituowane – szczególnie przy złym używaniu. I nagle okaże się, że pies ciągnie mimo kolczatki i czy easy-walków. Pies nie wraca na komendę mimo użycia wibracji, a stosowany bodziec elektryczny trzeba co raz podkręcać, bo pies przestał reagować. Pomimo chwilowego efektu WOW! i świętowania sukcesu, jeśli dalej nie pracujemy z psem, wszystko wraca… często ze zdwojoną siłą… Dlatego samo narzędzie problemu nie rozwiąże. Potrzebna jest praca, praca ze specjalistą. Bo problem bardzo często leży w nas, naszej pracy z psem, a raczej jej braku, niekonsekwencją, czy źle dobranym treningiem i motywacją. Wiele dzieje się jeszcze przed samym szkoleniem psa, gdzie jest brak komunikacji i zrozumienia. Brak stworzenia jakiejś więzi i chęci współpracy, za to jest duża presja, duże oczekiwania i zupełne niezrozumienie potrzeb naszego psa, oraz nieumiejętna praca, co przekłada się bezpośrednio na zaufanie, które leży u podstaw wszystkiego. Ale też… brak jasno wytyczonych granic od samego początku życia z naszym uroczym papisiem przy którym zapominamy, że kiedyś może ważyć kilkanaście lub kilkadziesiąt kilo…

Wybierz metodę pracy najlepszą dla swojego psa i swoich możliwości

Oczywiście praca bez awersji jest dużo dłuższa i dużo trudniejsza, wiele osób nie widzi w niej sensu, bo po co pracować z psem u podstaw problemu, skoro można zadziałać na samo niewłaściwe zachowanie i to nam wystarczy. Oczywiście, każdy dobiera metodę do swojego psa, swoich przekonań i możliwości, jednak pytanie pozostaje, czy postępujemy właściwie i czy mamy prawo traktować psa w ten sposób, jeśli sami pośrednio lub bezpośrednio doprowadziliśmy do złych nawyków, a nie spróbowaliśmy innej metody oduczenia ich i czy możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że wszystko inne zawiodło. Ostatecznie jeśli decydujemy się na narzędzia awersyjne czy mamy za plecami szkoleniowca, który nas w tym poprowadzi i powie jak pracować, by tą więź zbudować i jak motywować psa – nie tylko karać (oj, a przeciętni ludzie lubią karać za brak posłuchu…), a najważniejsze kiedy można już zrezygnować np. z kolców i który weźmie poniekąd odpowiedzialność za używanie tych narzędzi zarówno w sukcesie, jak i przy potencjalnych negatywnych konsekwencjach.

Ja nie zamierzam wracać do narzędzi awersyjnych. Doskonale daje sobie radę bez niej, a to co zawodzi wierzę, że wypracujemy w inny sposób. Skoro Donner został tak pozytywnym psem przy swoich zachowaniach agresywnych do ludzi i zwierząt, przy ucieczkach po spuszczeniu ze smyczy, po tym, jak nie dawał do siebie podejść, by się na nią ponownie zapiąć, przy tym, jak rzucał się bez opamiętania w pościg za zwierzyną i ostatecznie nie lubił kontaktu fizycznego z nikim, nawet ze mną, to pozostaję w tej kwestii optymistką. Może niepoprawną, ale jednak wierzę w moc szkolenia pozytywnego… Szkolenia, u którego podstaw nie leży, jak błędnie niektórzy zakładają, „bezstresowe wychowanie” i nieograniczone smaczki jako lek na całe zło, opatrzone tęczą i jednorożcem, tylko ciężka i konsekwentna praca wymagająca holistycznego spojrzenia na psa, problem i nas samych.

Czym jest dla mnie szkolenie pozytywne?

Pozytywne szkolenie to jasno wytyczone granice i ciężka praca z psem opierająca się na głębokim zaufaniu, zrozumieniu potrzeb i problemów psa oraz praca nad nimi. Umiejętność kontrolowania emocji (również swoich) i pobudzenia, właściwego nagradzania i dobierania odpowiedniego rodzaju nagrody i motywacji, jak i karanie, chociażby poprzez odebranie tej wyczekanej nagrody. Praca na pozytywnym wzmocnie i pozytywnych emocjach, by pies chciał. (Tak, używanie narzędzi awersyjnych takiej pracy nie wyklucza, a coraz więcej osób łączy i miesza te style wybierając z nich to co najlepsze dla danego przypadku). Ja w swoim życiu stosuję całą masę „normalnych kar” często będących awersyjnymi, ale bez narzędzi awersyjnych jak chociażby kolczatka czy OE, często używanych przez nieświadomych opiekunów psów zbyt nadgorliwie. Ja nie mam problemu z tym, by wydrzeć się na moje psy; zastosować magiczną komendę z ciężko pracującą kobietą w tytule, by oznajmić im, że przegięły; szarpnąć smyczą, kiedy, ktoś wyszarpuje mi za wiewiórkę bark; czy zapiąć psy na krótką smycz i odprowadzić do domu na karnego jeżyka, kończąc spacer szybciej, niż się go zaczęło. Ale również wypierniczyć na dwór do ogródka (wcześniej zamknąć w klatce), czy odesłać na miejsce, kiedy odstawiają mi w domu dzikie harce. Więc jak widzicie, nie ćwierkam tylko do moich psów, przepraszając je, że mam jakieś wymagania, tylko normalnie „karzę”, kiedy przeginają i ostrzegawcze “OJ!” nie jest wystarczającym bodźcem by przerwać złe zachowanie, a w końcu nie mam 5kg joreczka tylko dwa duże psy, więc zawsze prosić ich nie mogę. Ale przy każdej okazji staram się wzmacniać zachowania dobre, “kary” minimalizować absotutnie do sytuacji w których dzieje się coś złego, na tyle, że muszę to stanowczo przerwać i nie mam czasu odwracać uwagi psa.

W mojej opinii pozytywne szkolenie polega na tym, że pies sam chce z nami współpracować i oferować wyuczone zachowania. Nie taktuje szkolenia i pracy jak kary – o czym też dość często czytam w Internecie, gdzie opiekunowie mają poczucie winy, że pies musi się uczyć, bo wygląda, jakby tego nie lubił, na szkoleniu jest smutny i ucieka z niego przy pierwszej okazji. Szkolenie i praca z psem – taka codzienna, do codziennego życia – to powinna być obustronna zabawa, bo tylko przy pozytywnych emocjach i dobrych skojarzeniach pies będzie chciał wykonywać nasze polecenia, a nie unikać ich czy robić je z miną męczennika. A jak coś będzie wiązało się z pozytywnymi skojarzeniami, większa szansa na wykonanie polecenia w trudnej sytuacji, niż kiedy wydana komenda, a raczej nagroda po niej będzie mniej atrakcyjna niż to, co pies wówczas robi lub będzie równoznaczna z karą przy jej niewykonaniu (lub niewłaściwym wykonaniu). I poraz kolejny – stosowanie metod awersyjnych nie wyklucza dobrej zabawy i dobrych skojarzeń, ale znowu bez odpowiedniego poprowadzenia w tym szkoleniu mogą przynieść opłakane skutki.

Oczywiście to jest mój punkt widzenia. Nie zmuszam nikogo do stosowania takich czy innych metod i możliwe, że moje psy są jakieś pod tym względem wyjątkowe – z tej serii 1/1 000 000, którym się udało. Możliwe też, że jestem niepoprawną optymistką, która nie miała realnych problemów z psami, jednak co nieco w swoim życiu z tymi psami przeszłam. Wychowana na pracy awersyjnej porzuciłam ją na rzecz metod pozytywnych i widzę, w jaki sposób wpłynęło to na Donnera. Obiektywnie z perspektywy czasu widzę też to, jak wychowany był Budzik. Mimo że posłuszny do granic możliwości to patrząc na stare zdjęcia widzę, jaki dyskomfort powodowało u niego szkolenie. Położone uszy, zawsze krok za mną, mina i tempo skazańca… Widzę też, na jakich emocjach pracuje Elza, która w swoim życiu awersyjnych metod szkolenia nie zaznała. Jak się bawi pracą ze mną, jak cieszy się z nauki i jak chce się popisywać, by ją tylko chwalić. Podobnie jest już z Donnerem, chyba że pewne sekwencje przypomną mu „stare szkolenia” i wówczas widzę, jak psu siadają morale i powracają stare problemy, jak chociażby niechęć do nagrody socjalnej i potrzeba odreagowania, na czymkolwiek, by zrzucić emocje.

Moda na kolczatkę wraca…

Więc w czasach kiedy mam wrażenie kolczatki zaczynają być na powrót popularne i „nieszkodliwe” w Polsce, szczególnie wśród owczarków, a powodem ich używania jest już problem ciągniecia na smyczy, przez cztero lub sześciomiesięczne szczenię… to jest mi najzwyczajniej w świecie przykro, że ludzie zamiast pójść z psem na szkolenie, idą do zoologicznego po kolczatkę, bo tak poradził specjalista od owczarków z Internetu, oraz to, że psa najlepiej zacząć szkolić koło roku, a póki co jak się stawia – przewrócić na grzbiet, by wiedział kto jest przywódcą… (a ludzie nie wiedzieć czemu to chętnie stosują…) ostatecznie opiekunowie na szkolenie udają się dopiero w wieku trzech, czterech lat, gdy ciągnięcie okazuje się najmniejszym ze wszystkich innych problemów (o ile jeszcze chcą coś robić, a nie po prostu oddają psa). I moda na „kolczatka to nic złego” niestety wraca… jeszcze pół roku temu na grupach za zdjęcie szczeniak owczarka w kolczatce wylewane było wiadro pomyj, teraz pojawia się tekst „zaraz odezwą się nawiedzeni pozytywni” i dzieje się to wbrew wzorcom z zachodnich krajów, które wycofują te narzędzia z użytkowania i powszechnej dostępności dla Kowalskich, dlatego myślę, że warto wrócić do tego tematu – nie z powodu mody, czy szumnych kontrowersji dla większej poczytalności, tylko żeby pokazać panujące trendy, a obecnie jest trend powrotu – według mnie… I dlatego chce przedstawić swoje doświadczenia i swój punkt widzenia, a co z nim zrobią czytelnicy – ich sprawa. Każdy postępuje jak chce i jak uważa za stosowne, nikogo nie neguję za taką czy inną decyzję (chyba że robi to absolutnie bezmózogowo – wybaczcie określenie, ale jak ktoś wrzuca film z pseudo szkolenia z kilkumiesięcznym szczeniakiem, którego non stop musztruje za dużą kolczatką, czy uczy pokonywania przeszkód, szarpiąc psa przed każdą przeszkodą, żeby się nie wyłamał, a pies całym sobą pokazuje, jak bardzo nie chce tej współpracy i unika swojego opiekuna, to może zrobić się słabo). Jednak mimo tych oczywistych dowodów mówiących za tym, by głośno negować używanie kolczatek przez przeciętnego opiekuna psa, nie uważam, że osoby z nich korzystające to zwyrodnialcy. Oni na pewno kochają swoje psy, tak jak ja i Budzika i chcą dla nich jak najlepiej. I zapewne tak jak ja, lata temu, nie zdają sobie sprawy z tego, że nie jest to najlepsze wyjście na błachy problem i można inaczej. Tylko analogicznie wracając do początku tekstu – nikt nigdy nie pokazał im alternatywy i nie powiedział, że można inaczej. I znów nie mówię o sytuacji świadomego skonsultowanego z trenerem używania w konkretnym celu szkolenia / przy problemie – tylko o własnej decyzyj, ajko alternatya dla pójścia na szkolenie z spem, by problem rozwiązać. Dlatego piszę otwarcie, dlaczego ja nie wrócę do tych narzędzi, pomimo że moim psom bardzo daleko do ideału, bo nie widzę sensu używania awersji przy nich, bo chcę pracować inaczej i jestem gotowa poświęcić na to czas, ale podkreślam: to moja decyzja, mój wybór.

Narzędzia awersyjne tylko pod okiem fachowca.

Dlatego, jeśli ktoś z Was stoi przed dylematem skorzystania z awersji, niech tak szczerze zastanowi się, czy do tej pory spróbował wszystkiego innego, ale tak obiektywnie, szczerze i w pełni. Czy nie ma sobie nic do zarzucenia względem wychowania swojego psa. Czy jego problem jest tak znaczący, że nie da się wypracować tego inaczej i czy będzie gotów zrezygnować np. z kolczatki, kiedy już pies nauczy się właściwych zachowań. I przede wszystkim czy skorzysta z pomocy ogarniętego trenera, który nie pakuje na ślepo wszystkich na OE i kolce, bo nie umie inaczej, a jeśli zdecyduje się na zastosowanie awersji, czy to będzie Wasza wspólna, świadoma decyzja i czy ów trener będzie wiedział, kiedy i jak wyprowadzić te narzędzia ze szkolenia? Bo zastosować narzędzie treningowe to jedno, a wiedzieć, kiedy i gdzie kończy się szkolenie, a zaczyna codzienność to drugie, bo wielu opiekunów i szkoleniowców ciągle o tym zapomina, że wiele stosowanych przez nich narzędzi, są to tylko narzędzia szkoleniowe, stosowane w określonych przypadkach i w określonym celu i same z siebie nie rozwiązują problemu, tym bardziej, kiedy stają się przedmiotami codziennego użytku, często niewłaściwe wykorzystywane i… na wszelki wypadek.

Podsumowując ten przydługi tekst – w życiu i w wychowaniu naszego psa warto stosować się do zasady „wszystko jest dla ludzi” tylko pozostaje kwestia świadomości i wiedzy, rozsądku, umiaru oraz indywidualnego podejścia, ale przede wszystkim wyboru – czyli samodzielnego podejmowania decyzji najlepszej w naszym przypadku, jak również korzystania z pomocy fachowców, jeśli problem zaczyna nas przerastać (fachowców innych niż Ci wirtualni). Myślę, że obecnie nie ma już jednoznacznej pracy na awersji i pracy pozytywnej. Te dwa nurty stale się przeplatają. To że w pozytywnym szkoleniu nie stosuje się kolczatki czy OE to nie znaczy, że stosuje się innych metod z zakresu awersji jak krzyknięcie, czy korekta smyczą za obrożę. Tak samo w szkoleniu przy użyciu kolczatki korzysta się z pozytywnego wzmocnienia, zabawek i smaczków. Dlatego tak ważnym jest by dobierać szkolenie pod psa i swoje możliwości oraz – korzystać z pomocy innych. Samo upienie kolczatki, ale i klikera oraz szetni na smaki problemu nie rozwiąże, bo to nas trzeba nauczyć pracować z naszym psem, by móc coś zmienić.

Narzędzia awersyjne same w sobie złe nie są –  końcu stworzono je w jakimś celu, by pomóc psom i ludziom, to, że ja z nich nie korzystam i nie polecam jako “leku na całe zło” – to mój wybór, na pewno są sytuacje, kiedy ich zastosowanie ma uzasadnienie i jeśli fachowiec – prawdziwy specjalista uważa, że w danym przypadku ma to uzasadnienie, bo nie da się inaczej, bądź jast to dla “bezpieczeństwa” opiekuna, otoczenia czy samego psa –  nie mam prawa i nie chcę tego negować, ale nigdy nie będę popierała używania ich dla wygody, czy jako uzasadnienie i wymówki dla braku pracy z psem oraz używania bez wiedzy i bez nadzoru trenera, który poprowadzi człowieka w używaniu ich, tak by nie zniszczyć niewłaściwym użytkowaniem więzi pomiędzy psem i opiekunem i który wycofa je ze szkolenia, kiedy “zrobią swoje”, tak by nie zostały do końca życia na wszelki wypadek.

Ogółem: 986, dzisiaj: 1
6 komentarzy
0

You may also like

6 komentarzy

Magda 18 sierpnia 2019 - 16:34

Jak oduczyłaś Donnera pogoni za zwierzyną? Stosuję już chyba miks wszystkich metod, a pies jak zobaczy zająca to traci głowę 😐

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 18 sierpnia 2019 - 19:23

Chodził na lince – bardzo długo. A jak go przywoływałam to zawsze miałam super smaka (lepszego niż normalnie w saszecie), albo ukochaną zabawkę, tak by wiedział, że u mnie jest fajniej. Teraz wraca nawet z ukochaną zabawką w zębach, takie mu się skojarzenie wyrobiło, ale też staram się nie stwarzać sytuacji, w którym mógłby coś pogonić – tzn kiedy widzę, że psy zaczynaja węszyć lub łapać trop to przywołuję je i zapinam na smycz, żeby nie dać im okazji do pogoni. Ale liczę się też z tym, że jeśli zwierzyna wypadła by nagle z krzaków na moje psy, to mogę nie mieć szans ich odwołać – to tylko zwierzęta i nie ma czgoś takiego jak 100% odwołanie. W końcu nawet i psy sportowe czasem się pomylą. 🙂

opublikuj
Julia 19 sierpnia 2019 - 17:20

Chcę podziękować za ten wpis, umnie nigdy nie było kolczatek itp itd bo pies mimo bycia 56 kg rottweilerem to nigdy nie sprawiał mi żadnych problemów (umnie sprawdziła się jedynie żelazna konsekwencja), ale mimo to fajnie mi się czytała od pierwszej do ostatniej linijki, bardzo przydatne

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 20 sierpnia 2019 - 20:42

Dziękuję! Moje psy też nie chodzą na kolcach mimo, że łącznie ważą dobre ponad 60kg, i trenujemy canicross (więc sporty zaprzęgowe), a dajemy radę bez, a do ideału im wiele brakuje. Ale to kwestia chęci i pracy z psami, by z tego nie korzystać, bo da się inaczej, tylko trzeba chcieć. 🙂

opublikuj
Wiola 16 kwietnia 2021 - 07:27

Ja właśnie zostałam postawiona w sytuacji bez wyjścia – a przynajmniej tak się czuję. Mój pies zaraz skończy dwa lata, i od początku cały czas z nim pracuję i poświęcam dużo czasu (wiem, że to subiektywna ocena, ale ja kursuję między swoją pracą a pracą z psem,serio) . To pies sportowy-zaprzęgowy, uprawiam z nim dyscypliny indywidualne. Do tego go chciałam, o takim marzyłam przez ponad 8 lat zanim do mnie trafił. Już w wieku 4ech miesięcy wykazał silny instynkt łowiecki, kiedy nie spodziewając się niczego stracił mi się z oczu za zającem. Mój błąd, ale nie miałam pojęcia, że szczeniak, który boi się odejść ode mnie na 15m, “nagle” zmieni się w samodzielnego łowcę, który nie widzi problemu zostawić stada daleko w tyle (dwóch członków rodziny i jego rówieśnik, z którym się wychowywał). I walczyłam, trenując i wzmacniając przede wszystkim przywołanie. W różnych warunkach, w niektórych miejscach na lince, w niektórych bez. Od jakiegoś czas wprowadziłam gwizdek (i żałuję, że tak późno, ale nie spodziewałam się takiego efektu). I wow, wielka satysfakcja, jakie to genialne, że pies nawraca tak bez namysłu. Wprowadziłam go ze smakami, których nigdy wcześniej nie dostawał, były ewidentnie PREMIUM. I nawet raz udało mi się w krytycznej sytuacji odwołać go, a był jakieś 50-70m ode mnie (a wiadomo, im dalej tym ciężej), patrzył w kierunku uciekającej sarny, jakieś 150m od nas …. i podwójny gwizd jak zazwyczaj go zachęcił, ale nadal przystanął, zastanawiając się. Wtedy gwizdnęłam raz, ale długo i to go przekonało do powrotu. Matko, jak ja się wtedy cieszyłam… a to mieszaniec wyżła z domieszką charta. I jeden sukces na dwie sromotne porażki, przez które dzisiaj szukam OE i umawiam się z trenerem. Raz wyskoczył mi zając i szczerze, to nie miałam nawet okazji sięgnąć po ten gwizdek, który z drugiej strony już nic nie dał. Pies wybiegł przed siebie, ja się schowałam, on do mnie wracał. I mniej więcej w połowie drogi, obok mnie wyskoczył zajął – przecinając właśnie odległość między psem a mną. To były ułamki sekund. I niestety, nie zrobiłam nic, i wiem, że nic by nie dało nawoływanie. Długo gonił tego zająca, zwierzę nawet w aferze ucieczki próbowało go zgubić wbiegając na piaszczyste hołdy, ale drań mu nie odpuszczał, a bliskość zwierzyny tylko nakręcała go do dalszego pościgu 🙁 Po kilku minutach wrócił, ale dla nas skończyło się to złamaniem pazura i groźbą amputacji palca w tylnej łapie, bo dopóki nie zrobiliśmy rtg to nie był wiadomo, czy czegoś jeszcze nie uszkodził. To jest pies sportowy, więc 2 tyg bez biegania w szelkach dla tego psa i dla mnie to jest balansowanie na granicy przed trafieniem do wariatkowa. Ale wszystko się zagoiło, pazur odrasta, palec cały, okej. Musiałam tylko przetestować nowego buta w warunkach polowych. I te 30 min na polach luzem wystarczyło, żeby stała się tragedia. Przez dwa lata udało mi się zarządzać sytuacją tak jak opisałaś – w razie napięcia psa na trop zwierzyny od razu wycofywaliśmy się, kierowaliśmy gdzie indziej. Sama sobie w duchu mówiłam, że uratowałam sarenki, które zauważyłam przed psem i udawało się zmienić kierunek spaceru, a one spokojnie odchodził. Gwizdek przetrenowany na tyle, że raz zrezygnował ze sarny, wiele razy z ptaków, z łabędzi na wyciągnięcie pyska niemalże, z wpatrywania się w psy z daleka działanie natychmiastowe. Jezu, ja nawet chodziłam z nim po haszczach bez ścieżek, nawet ze złamaną kostką, nie tracąc czasu, byleby trafić na zapach dzikiej zwierzyny i trenować gwizdek na lince w takim rozproszeniu. Ale to wszystko poszło wczoraj do śmieci. To był moment, pies odbiegł na 150m, ale było załamanie terenu i nie widziałam co się działo. Kiedy gwizdanie nie pomogło, wiedziałam, że dzieje się coś złego. Mój pies swoją gonitwą doprowadził do śmierci małej sarenki, która podczas ucieczki wpadła do rozlewiska, gdzie pies miał większe szanse i ją po prostu dopadł. Nie zagryzł, obszczekiwał ją i jakby próbował zachęcić do ucieczki (bo jego ewidentnie to najbardziej kręciło), próbował ją holować, ale ZA NIC w świecie nie działały komendy trenowane przez 2 lata, ani gwizdek. Za duże emocje, za dużo adrenaliny, za długo skubaniec nie pracował… Przegrałam z instynktem i zawiodłam jako właściciel. Nawet nie udało mi się go sprowadzić do brzegu po tym wszystkim, raz tylko do mnie dopłynął i zawrócił, ale to pewnie przez moje emocje. Musiałam wejść do tej wody, żeby go odciągnąć, zapiąć na smycz i doprowadzić do samochodu. Choć przez lata wszystkim odradzałam OE, wydawało mi się to własnie takie “pójście na skróty”, bo ludzie kupowali to jako magiczną różdżkę do odczarowania sytuacji, ale nie pracowali z psem. Zresztą, widziałam wtedy więcej negatywnych skutków ubocznych stosowania OE i stwierdziłam, że ja tego nie zrobię. Nawet nie czytałam wypocin trenerów stosujących metody awersyjne jako narzędzi do każdego psa, bo mi to po prostu nie odpowiadało. Mam wrażliwego psychicznie psa i nawet krzyk powodował u niego chęci wycofania się. Tyle, że w polu, pracując nosem, zamienia się w bezwzględnego łowcę i dla bezpieczeństwa jego i otoczenia, nie widzę innego rozwiązania jak OE. I dlatego się tak źle z tym czuję. I owszem, katuję się myślami, czy ja mogłam zrobić coś więcej w materii szkolenia i NA PEWNO mogłam, ale jestem tylko człowiekiem, nie jestem wszechwiedząca pomimo ciągłego poszukiwania wiedzy i próbowania różnych metod. Bardzo mi z tym źle, ale wiem, że pies potrzebuje biegania luzem do spełnienia pewnych potrzeb. Wiem też, że nie przewidzę w 100% ach obecności zwierzyny w terenie. I uważam, że w tym przypadku nie mam innego wyjścia, bo sam siebie nagrodził za to, że nie posłuchał, olał wołania i gwizdek (spalony swoją drogą), i na każdym kolejnym spacerze ja będę schizowała, że on już czegoś szuka 🙁

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 16 kwietnia 2021 - 14:08

Kurczę nawet nie wiem co Ci na pisać, ale na pewno to się nie wpisuję w sytuację “pójścia na łatwiznę”, czy “można inaczej”, bo tak jak piszesz tyle zrobiłaś, że szok! Tak jak pisałam nie raz, nie ma złych rozwiązań (są rozwiązania niedopasowane i rozwiązania zbyt drastyczne do powagi problemu), a jeśli ma to uratować naszego psa lub otoczenie – niech działa. Z tym, że z OE trzeba pamiętać o dwóch rzeczach – raz odległość, jak nam pies szybko ucieknie dość daleko czy zdążymy użyć OE w zasięgu działania, dwa “amok” o którym pisałaś. Istnieje ryzyko (zresztą co zdarza się i na zawodach), że pies i z kontuzją dobiegnie do mety, bo ma taką adrenalinę. Więc jest też ryzyko, że zignoruje bodziec OE. Ale próbować trzeba. Choć przyznam się, szczerze że mając psa myśliwskiego, który tyle razy pokazał, że potrafi i lubi nie wiem czy odważyłabym się na puszczanie go luzem w ogóle (ale oczywiście piszę hipotetycznie, bo nie byłam w Twojej sytuacji, a panicznie się boje o moje psy, kiedy nie mam ich pod kontrolą), ale nawet mając psa, który nie ma takich problemów zawsze jest ryzyko, że zwierzę wyskoczy na niego i instynkt łowiecki zadziała. Trudna sytuacja, ale myślę, że sobie z tym poradzicie i w tym wypadku nie ma co martwić się o to czy to dobry, czy zły wybór. Trzeba spróbować i oby Wam pomógł! Trzymam kciuki!

opublikuj

Pozostaw odpowiedź Amelia Bartoń - zamerdani.pl Anuluj odpowieź