7Lut

Smutna prawda o konkursach i testach.

Od dłuższego czasu z coraz większym zniesmaczeniem obserwuję większość konkursów i akcji promocyjnych na rynku zoologicznym. Można by od razu zakończyć temat na zasadzie: „Skoro Ci to nie odpowiada, to nie bierz udziału” albo „Skoro masz tyle zastrzeżeń, to czemu się zgłaszasz”. Szczerze? Zgłaszam się, bo jednak czasem pojawiają się wartościowe produkty, warte zagrania o nie, lub na tyle interesujące, że wygrywając je, mogę je poznać, bo prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na ich kupno lub po prostu mnie na to nie stać.
Temat trudny, bardzo indywidualny i drażliwy. Nie wiem czy dobrze, że go poruszam, ale chyba muszę po prostu podzielić się z Wami tymi przemyśleniami. Nie odbierajcie tego jako jakiegoś przymusu czy wytycznych jak postępować. Ja dzielę się tym co widzę, co mi się nie podoba i na co się nie godzę. Ale każdy postępuje indywidualnie i tego należy się trzymać. Jednak to nie zmienia faktu, że widzę co się dzieje w psiej blogosferze i jak ludzie, a przede wszystkim blogerzy są traktowani lub dają się po prostu traktować – świadomie bądź nie…  W związku z tym coraz częściej nie podchodzę już do takich akcji poszukiwania testerów czy zwykłych konkursów, bo bloger nie jest odbiorcą, do którego jest kierowana akcja, za to jest formą reklamy i dziwi mnie, że osoby będące w psiej blogosferze dużo dłużej ode mnie ciągle dają się sprzedać za próbkę karmy, nie widząc tego, o czym dziś napiszę, ale po kolei.

A do tego wpisu zainspirowała mnie jedna sieć, która niedawno organizowała pewien konkurs i w jednym z wpisów żaliła się na niewielką ilość uczestników w ich świetnym konkursie. Dodam, że do wygrania były próbki karm po 200g, a wymagania: polajkowanie profili, udostępnienie fanpagu i plakatu oraz zaproszenie minimu 5 osób. Sposób wyboru? Największa ilość lajków. Więc chyba wszyscy wiemy czemu chętnych nie było.

Zacznijmy zatem od konkursów na Facebooku:

Nie każdy wie, że konkursy na Facebooku mają jasno określone zasady Facebooka. Między innymi takie, że trzeba zastrzec, że Facebook nie ma z nimi nic wspólnego, że konkursy nie mogą ingerować w tablice uczestników (nie można zmuszać do udostępniania), losowania podlegają grom hazardowym i muszą być zgłoszone oraz powinna być powołana na czas losowania komisja do gier i zakładów i tak dalej. A w rzeczywistości konkursy na pyskobuk służą do nabijania laików organizatorom i sponsorom, poprzez wymóg lajkowania i zapraszania znajomych. Nie jest to niczym złym o ile idzie się na ilość odbiorców, a nie ich jakość, ale to już jest indywidualna kwestia każdego organizatora konkursu. Osobiście, nawet jeżeli organizator wymaga polajkowania i udostępniania, bardzo często po zakończeniu konkursu (niezależnie od wyników) odlajkowuję taką stronę i usuwam post z udostępnieniem konkursu, bo po co mam robić komuś darmową reklamę i po co mi „nowości” z jego strony skoro poza konkursem to ona mnie zupełnie nie interesuje? Ktoś powie: „To tylko banner, często przecież udostępniasz różne rzeczy”. Tak, to prawda często udostępniam rzeczy, którymi chcę się podzielić, bo uważam je za ważne, śmieszne lub idiotyczne, plakatu konkursowego, gdyby nie obowiązek konkursu, nie udostępniłabym, no bo i po co? Więcej uczestników to mniejsze szansa, że wygram i po co mam kogoś reklamować za free, a ostatecznie zaśmiecać sobie fanpaga? A pamiętajmy, że udostępniając coś, robimy komuś darmową reklamę, a często nawet zupełnie z naszego punktu nieopłacalną. Przykładowo, sklep, w którym możesz wygrać próbkę karmy ma 300 polubień, więc robi konkurs, żeby nabić sobie lajki. Twój fanpage ma 2000 polubień w efekcie czego reklamujesz jakiś tam sklepik, a reklama u Ciebie dociera do dużo większego grona odbiorców. A co w zamian za to masz? Materiał promocyjny, który jest zazwyczaj darmową próbką, o ile go wygrasz, bo przecież możesz nie wygrać. Widzisz już jak przyfrajerowałeś? Pamiętasz, jak ciężko było zdobyć pierwszych odbiorców i się wypromować? Chyba nikt Cię chętnie nie udostępniał, mimo że miałeś świetny fanpage i blog, a nie jakiś tam sklepik. Zbierałeś swoich fanów latami, a tu? Jeden, drugi, trzeci konkurs i sklepik noname, za bezpłatne próbki po kilku miesiącach ma kilka tysięcy fanów i odbiorców i patrzy na Ciebie, kiedy potrzebujesz udostępnienia akcji lub czegoś ważnego, jak na nieproszonego petenta, bo kim Ty dla niego jesteś, jakimś śmiesznym bloggerkiem niewartym uwagi.

IMAG2399

Ale to najmniejszy problem. Największą zmorą w blogosferze jest to, że my blogerzy się nie szanujemy. Ja wiem… wszystko rozumiem… też skakałam ze szczęścia za pierwszym razem, kiedy jakiś sklep zaproponował mi barter. Czułam się wtedy taka ważna, taka doceniona… zajebista wręcz. (Potem się okazało, że „wyróżnionych” było kilkunastu innych co dostali to samo…) Wzięłam produkt za kilkanaście złotych z pocałowaniem ręki, napisałam świetną recenzje, spędziłam kilka godzin na obróbce zdjęć, udostępniałam na Facebooku, Twitterze, Insagramie… produkt wart niecałe 20zł. I tak jeden, drugi, trzeci i nagle powiedziałam sobie stop! Po cholerę mi kolejna piłka, która nie różni się niczym od trzech ostatnich? Co mogę o niej więcej napisać niż o tamtych? Mam się powtórzyć? Po co mi to? Ostatecznie chyba po to, by oddać produkt jakiemuś innemu psu, który nie ma piłki, bo mój ma ich nadmiar, więc po co mu kolejna? Odechciało mi się takich akcji, kiedy oferowany jest mi produkt dla mnie zbędny lub niewarty wkładu mojej pracy, więc zaczęłam odmawiać lub proponować zrobienie tego odpłatnie, ale to już dla firm było nieopłacalne, mimo że nieświadoma wtedy jeszcze swojego potencjału chciałam grosze… Bardzo szybko zdałam sobie jednak sprawę z tego, że firmy wykorzystują bezczelnie bloggerów. Dając im byle guano z którego cieszymy się, jakby było to nie wiadomo co, robiąc im olbrzymie reklamy i promocję. No bo popatrzmy obiektywnie, co zazwyczaj dostajemy? Coś, co nie schodzi z półek magazynów. Rzadko jest to spersonalizowane dla naszego psa, jego potrzeb i predyspozycji. Patrząc czasem na maile, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby te firmy nie zadały sobie trudu, by sprawdzić jakiego mamy psa, bo po prostu mają listę blogów i szukają tych, co im to zrobią za darmo i bez „ale”. Przodują tu testy karm dla psów, gdzie każdy tester dostaje 1,5-2kg (o ile nie próbki) i firmy żądają rzetelnej, obiektywnej recenzji karmy… tak… może dla yorka starczy to na dłuższy czas, ale jak zrecenzować obiektywnie karmę, kiedy 2kg starczają na 5dni? Tyle to się nową karmę do diety psa wprowadza, więc jak można ją ocenić, jej wpływ na psa, wady i zalety? Bo albo pies się pochoruje, z powodu drastycznej zmiany diety i od razu karma będzie skreślona, albo z powodu zbyt krótkiego stosowania nie zdążą pojawić się żadne niepokojące skutki uboczne lub pozytywne wpływy. Ale kogo to interesuje? Firma ma reklamę – ma. Najczęściej pozytywną, bo większość z nas czuje się w dziwnym, niezrozumiałym dla mnie poczuciu obowiązku, że jeśli coś dostali to muszą to pochwalić. – Nie muszą.

Zanim jednak przejdziemy do konkretów, powiedzmy sobie szczerze – w dużej mierze sami jesteśmy sobie winni temu co się dzieje. Raz dlatego, że dajemy na to przyzwolenie, bo niewielu z nas potrafi powiedzieć „nie, dziękuję nie jest to warte mojej pracy”, dwa – dlatego, że potrafimy pisać świetne recenzje, ale bardzo często olewamy firmy, które nam zaufały, pisząc recenzje na „odczep się”, kopiując opis ze strony producenta, który stanowi 90% recenzji, a 10% to jakieś marne zachwyty nad produktem. Tak jak my traktujemy firmy, tak one traktują nas, choć wielu z nas – bloggerów – mimo wszystko robi to dobrze i profesjonalnie, za co nie jesteśmy należycie docenieni. Oczywiście nie piszę o wszystkich firmach, wiele jest na prawdę porządnych i uczciwych. Piszę bardziej o sklepach, które idą na ilość, a nie na jakość… A tak na prawdę wiemy o czym dokładnie piszę i co na przestrzeni ostatnich miesięcy krąży po niemal wszystkich bloagach…

Ale wracając do recenzji za śmieszne produkty:

  • Wiecie, ile kosztuje napisanie tekstu sponsorowanego lub po prostu tekstu recenzji, lub jakiegokolwiek odpłatnego? Student zrobi to za około 30 za 1800 znaków (tak podają informacje z ogłoszeń z Internetu), oczywiście znajdą się tacy co zrobią to za 10zł, ale i za 50zł, my robimy to za darmo.
  • Wiecie, ile oferują firmy, za wstawianie linku (do jakiejś innej storny lub firmy) w słowo klucz w tekście? Od 35-50zł za link, ile odnośników wstawiamy w recenzji? Podziękowania do sklepu, odnośnik do podstrony gdzie można kupić produkty, link do opisu produktu, fanpage itd.
  • Wiecie, ile kosztują dobre zdjęcia? Kto miał sesję, ten wie. A obróbka? Zezwolenie na nieodpłatne wykorzystywanie?
  • Ostatecznie ile kosztuje Was rocznie hosting i domena? Wrzucając recenzję na swojego bloga, również warto pomyśleć, że robisz komuś darmową reklamę na czymś, za co płacisz, co już jest znane, wypozycjonowane, często lepiej niż strona zleceniodawcy i przede wszystkim ma fanów, którzy ufają Ci, że jak mówisz, że coś jest dobre – to jest to dobre. W jakiś sposób kreujemy poglądy u naszych czytelników czy tego chcemy czy nie.

I teraz dodajcie to wszystko po najniższych kosztach: 150zł? Tak gdzieś plus minus – tyle najbiedniej wydałyby firmy, gdyby zleciły komuś odpłatną recenzję produktu, zdjęcia, podlinkowanie… ale my dajemy im o wiele więcej – dajemy im odbiorców prawdopodobnie zainteresowanych produktem, do których ta reklama bezpośrednio trafi. Bez wykupowania reklam, już na wypozycjonowanych stronach, które mają grupę własnych odbiorów innych niż firmy. A jeszcze jak wrzucimy to w social media… 150zł nagle staje się ceną śmieszną, a co my za to dostajemy? Zabawkę za 20zł, smaczki za kilkanaście, albo próbkę karmy. No dobra, czasem dostajemy karmę za 100zł, ale czy jest to warte naszej pracy i adekwatne do naszego wynagrodzenia w formie barteru? To już zależy od indywidualnych oczekiwań, ale zazwyczaj robimy to za produkty niewiele warte i nie potrzebne, ale już sam fakt, że ktoś coś chce nam dać przyćmiewa nam realia.

Więc, świadomie lub też nie, wielu z nas rzuca się na wszystko, co podtykają nam pod nos firmy, mimo że powinny nam za to płacić. W blogosferze o innej tematyce właśnie tak to wygląda, za granicą blogerzy zarabiają olbrzymie pieniądze. Dlaczego? Bo nikt nie zrobi nic za darmo. Ktoś Ci coś wysyła, to Ci jeszcze płaci za recenzję, ewentualnie dodaje, że miło by było jakbyś wrzucił link na Facebooka. Wrzucimy ok, nie – to nie. Jak bloger o tym napisze, do dla firmy jest święto, bo ich produkt na to zasłużył. Jak ktoś o czymś napisał to jest to albo bardzo dobre, albo nic nie warte, skoro poświęcił temu czas i chciał się podzielić opinią z innymi. Blogerów się szanuje, traktuje jako partnerów, nie jako tanią siłą roboczą.

IMAG2396

Oczywiście nie należy popadać w skrajności. Tak jak pisałam wyżej, są produkty, które indywidualnie każdy uważa za warte poznania, czy przetestowania niezależnie od wartości – bo to sprawa osobista. Są firmy, z którymi pracujemy od dłuższego czasu i to jest normalne, że wzajemnie sobie pomagamy. Są też firmy czy produkty, które uważamy, że warto wypromować, bo są dobre jakościowo, np.: handmade i chcemy wesprzeć kogoś lub coś, ablo poprostu chcemy je poznać, a nie mamy możliwości ich kupić. Ale powiem szczerze, kiedy widzę kolejny mail z propozycją recenzji smaczków czy próbek karmy to nawet na niego nie odpisuję. Po pierwsze często dlatego, że osoba go wysyłające nie pofatyguje się nawet spersonalizować go do mnie, czy mojego psa, tylko pisze „Szanowni Państwo” w związku z tym wiem, że to nie jest oferta dla mnie, bo takiego maila dostanie 50 innych bloggerów. Inną kwestią jest to, że jeżeli ktoś nie szanuje mnie i mojej pracy oferując mi coś, co na byle targach zoologicznych lub w sklepie dostanę jako upominek lub dodatek do zakupów, to po co ja mam marnować swój czas na reklamowanie tego? Ostateczną kwestią jest agresywna ekspansja tych produktów w blogosferze. Ktoś coś recenzuje: fajnie – nowy , nieznany produkt, chcę też go poznać, więc czytam o nim. Ale kiedy w przeciągu tygodnia pojawia się 10 recenzji tego samego produktu, czy konkursów gdzie można wygrać to samo, to ja się zastanawiam, czemu te firmy są tak zdesperowane. Nawet nie otwieram już kolejnych linków o tym samym, co ostatecznie kończy się negatywnie dla blogera, bo się postarał (choć się sprzedał), a ja tam nie zajrzę, bo już kilka razy widziałam recenzje tych rzeczy w ciągu ostatnich dni, mimo, że pewnie jego recenzja jest fajna, blog też, ale ile można czytać o tym samym? Tak samo firma, która robi taką promocję strzela sobie w kolano. Raz dlatego, że w moich oczach wykorzystuje i nie szanuje blogerów, więc po prostu przestaję ja lubić jako konsument, dwa dlatego, że mając do rozdysponowania na promocję, powiedzmy 20 piłek, lepiej by wyszli na tym, jakby raz w miesiącu wysłali ją komuś do recenzji, w związku z tym przez 20 miesięcy ich produkt krążyłby w sieci, niż to, że zaspamowali blogosferę swoim produktem, na którego widok każdy, kto czyta inne psie blogi, będzie miał po kilku dniach odruch wymiotny, bo znowu musi czytać o tej piłce… czy blogerzy nie mają o czym pisać? Ile można?

Jaki z tego płynie wniosek? Szanujmy się. Szanujmy swoją pracę i zacznijmy się cenić, a przede wszystkim doceniać. To, że firma coś proponuje nam do testów, nie znaczy, że jesteśmy wyjątkowi. Zaproponowali to pewnie kilkudziesięciu innym osobom. Mamy prawo oczekiwać adekwatnego wynagrodzenia za naszą pracę. I tylko jeśli zaczniemy się szanować, firmy przestaną wciskać nam próbki i niewiele warte produkty, a zaczną walczyć o nas i zabiegać byśmy chcieli dla nich coś zrobić. Bo obecnie, co z tego, że zazwyczaj szanujący się blogerzy podziękują za współpracę lub wyślą cennik? Firma znajdzie ofiarę, która zrobi im recenzję z pocałowaniem ręki. Nikomu nie zabraniam z tego korzystać, ale proponuję zastanowić się, czy Wasza praca jest adekwatna do tego, co dostajemy w zamian.

Ale działa to też w drugą stronę! Kiedy już czegoś się podejmujemy róbmy to dobrze. Wywiązujmy się z umów czy ustaleń. Jeden, drugi, trzeci bloger oszust lub leń i firma z otwartej na współpracę, patrzy na blogerów jak na żebraków, którzy zasypują ją mailami z prośbą o możliwość testów produktu. Dla mnie jest to nie pojęte, bo powiem szczerze głupio by mi było kogoś prosić o produkt do testów. Jestem go ciekawa to go kupuję. Nie stać mnie próbuję wygrać. Jeśli firma uważa, że się nadaję prędzej czy później sama do mnie napisze lub przyzna mi w jakimś konkursie produkt do testowania jeśli uzna, ze zrobię to dobrze. Niestety wielu z nas także podchodzi do testów po macoszemu. Bez planu, bez celu – po prostu albo chcą mieć ten produkt, albo chcą mieć „zapchajdziurę” kiedy jest cisza na blogu. Więc po części sami jesteśmy sobie winni, więc zanim zaczniemy narzekać na firmy – sprawdźmy czy sami jesteśmy czyści. I nie chodzi tu o pisanie pozytywnych recenzji za wszelką cenę – to nie recenzja. Chodzi o to, by niezależnie od opinii zrobić to dobrze. I nie czarujmy, że obiektywnie! Recenzja zawsze jest subiektywnym punktem widzenia testera, ale obiektywnie powinien zobaczyć wady i zalety produktu. Także przede wszystkim róbmy to dobrze i uczciwie, a dopiero potem wymagajmy.

I na koniec moje osobiste podejście do testów i konkursów.

  1. Ne biorę udziału w konkursach, w których trzeba zapraszać osoby – po co mam zawracać znajomym głowę? Będą chcieli i tak znajdą ten konkurs, jeśli ktoś bierze w nich udział – jego sprawa, może mnie zapraszać, też mi to nie wadzi, w końcu kogoś trzeba, ale ja nie będę zawracała tyłka znajomym, chyba że bardzo nagroda mnie urzeknie.
  2. Nie biorę udziału w konkursach na lajki – nie stać mnie na boty i nie będę żebrała o lajki u znajomych.
  3. Nie biorę udziału w konkursach, które wymagają więcej niż jednego udostępnienia – mój fanpage nie jest tablicą reklamową i nie będę nabijała statystyk innym.
  4. Nie biorę udziału w konkursach kilku znanych firm, w których już coś kiedyś wygrałam – nie wiem czy wiecie, ale mają zasadę, że mimo że konkursy są losowane lub wybierane nie nagradzają nigdy osób, które już kiedyś coś u nich wygrały.
  5. Dopuszczam wzięcie udziału w konkursie, który wymaga polajkowania czegoś lub udostępnienia jednej rzeczy (najwyżej potem to odlubię i usunę z tablicy), ale pod warunkiem, że:
  • Do wygrania jest coś wartościowego, coś co chcę mieć lub chcę poznać. Próbki karm, prezenty niespodzianki, produkty za grosze niewarte są mojej uwagi. Bo tak naprawdę, po co mi czwarta obroża, dziesiąta piłka tenisowa, lub coś, co się nie przyda ani mi, ani psu – niech gra sobie o to ktoś, kto tego potrzebuje.

Za to bardzo chętnie gram o produkty wartościowe, na które sama nie mogę sobie pozwolić, które chcę poznać lub które lubię, albo po prostu kończy mi się psia karma, do końca miesiąca jeszcze kilka dni, a konto świeci już zerami, wtedy chętnie zagram nawet o te dwa kilo karmy (niezależnie od warunków) – w końcu jestem tylko człowiekiem, a pies jeść coś musi.

I tak samo jest w przypadku testów, testerów i recenzji. Są firmy, które będą zawsze, dożywotnio i nieodpłatnie promowała, bo uwielbiam ich produkty i jeśli czytacie mojego bloga, na pewno domyślacie się, że jest to między innymi Sali.pl, bo spełniają moje oczekiwania i chcę pomóc im w promocji, bo jest to polska firma, a przede wszystkim, powtórzę się – uwielbiam ich sprzęt. Są produkty, które przetestuję z ciekawości i chęci poznania, na które nie mogę sobie finansowo pozwolić dla zachcianki (np.: ostatnio dostałam suplementy od GameDog i przetestuję je najlepiej jak mogę oraz zrecenzuję, bo od dłuższego czasu bardzo się nimi interesuję, ale z różnych przyczyn nie mogę ich kupić) i są produkty, których za darmo nie zrecenzuję, bo są tego nie warte, ale jak ktoś mi za to zapłaci – proszę bardzo (o ile nie zaszkodzą mojemu psu, bo w takich przypadkach a raczej w przypadku podejrzeń, że produkt może zaszkodzić lub nie jest przeznaczony dla Donnera – po prostu odmawiam przyjęcia go). Czasem coś kupię lub dostanę i też o tym napiszę, bo uznam, że warto to promować i polecić coś innym psiarzom, co sprawdziło się u mnie, albo mnie zachwyciło, ale działa to też w drugą stronę. Jeśli coś, co dostałam lub kupiłam jest beznadziejne nie omieszkam się o tym wspomnieć lub inaczej – na pewno o tym napiszę (patrz kaganiec baskerville, czy Dolina Noteci). Cenię sobie wolność opinii i poglądów, nie kryję się ze swoimi i nie narzucam ich innym, więc jak coś lubię, to o tym piszę, jak nie – to tym bardziej o tym napiszę. Nie czuję się w obowiązku chwalić produkt, chyba że wkopię się w to jakąś niefortunną umową recenzji czy testów jak było w przypadku Naturea. Dlatego przyznam się szczerze, trochę dziwię się osobom, które recenzują, testują i reklamują wszystko, co dostaną, kupią lub wygrają. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu jeśli na tym polega profil danego bloga, ale jeśli jest to tylko jednym z celów blogowych, to jest to dla mnie niezrozumiałe, tym bardziej jeśli jest to post na zasadzie – „nie mam o czym napisać to napisze o przekąsce za 1,30zł z marketu”. Nikt Was za darmo z tych wielkich firm nie zareklamuje, czemu my więc to robimy, wkładając w to czas, pasję i zdolności?

Jak zwykle podkreślam: to jest tylko mój punkt widzenia, niech każdy postępuje jak chce. Jakby nie patrzeć żyjemy w Polsce, blogerzy nigdy nie ustanowią jednego frontu, bo zawsze znajdzie się ktoś, co zrobi coś za darmo. Za wszystko też nie warto żądać pieniędzy, czasem warto zrobić coś po prostu ze zwykłej ludzkiej życzliwości, ale ostatecznie w większości przypadków piszemy bardzo dobre, nieodpłatne recenzje, robimy bardzo dobre, nieodpłatne zdjęcia produktów i ostatecznie wkładamy czas, wysiłek i serce w coś, za co nikt nam nie podziękuje (bo to my mamy się cieszyć, że łaskawie dostaliśmy coś do testów) i nikt nie da nic w zamian, kiedy będziemy potrzebowali, choćby udostępnienia akcji na Facebooku, a sami chyba się nie doceniamy i tego co robimy… Także wątek pozostawiam do indywidualnej interpretacji i przemyśleń. Oczywiście nie można wrzucać wszystkich do jednego worka: ani blogerów, ani organizatorów konkursów, ani firm szukających testerów. Nie piszę także o nikim indywidualnie. Piszę ogólnie o tym, co widzę i co się wkoło nas dzieje, a każdy ma indywidualny cel i podejście, ale mój pogląd już znacie.

Dalej jestem otwarta na różnego rodzaju współprace, akcje, testy. Ten wpis nie oznacza, więc że gardzę taką współpracą, osobami które tak robią, czy jej nie podejmę. W żadnym wypadku, nie zrozumcie mnie źle! Podejmę i to chętnie, ale na uczciwych zasadach. Na pewno będę brała udział dalej w konkursach, czy wyborze testerów jeśli nagroda będzie tego warta. Na pewno jak będzie powtórka z Top for Dogs przyłączę się do tego, bo możliwość poznania nowości na rynku zoologicznym wynagradza mi całą pracę. Ale chcę być traktowana poważnie, z należytym szacunkiem dla mojej pracy, a nie na zasadzie: „Masz blogerze próbki karm i się ciesz, ale pamiętaj: napisz pozytywną recenzję!”. Nie Moi Drodzy pamiętajmy: próbki to dostajemy w zoologicznym lub na targach, nie jest to towar wart recenzji czy udziału w konkursie.

A na zakończenie – wyjeżdżamy na tydzień do Niemiec, więc będzie cisza na blogu. Mam zamiar zdobyć ekologiczne karmy, których w Polsce nie dostaniemy. I oczywiście zrecenzuje je dla Was, żebyście mogli je poznać. Bo pomimo całego tego wpisu, recenzowanie i poznawanie nowych produktów jest super i uwielbiam kiedy ktoś pisze o jakimś produkcie którego nie znam, a który dzięki innym bloggerom mogę poznać. Ale szkoda, że częściej zamiast ciekawostek i produktów niszowych pojawiają się recenzje czegoś, co można kupić w każdym zoologicznym i na dodatek jest recenzowane przez kilkunastu bloggerów w ciągu kilku kolejnych dni. Ale warto pisać i o tym, tylko czy zawsze, o wszystkim i o tym co inni?

  • Smutna? Raczej prawda prawdziwa. Ja raz zgodziłam się na recenzowanie dla naszezoo.pl – generalnie wesoło było wymieniać się z ich Panią mailami, dostałam zielone światło na opisanie produktu od serduszka co zresztą też zrobiłam.
    A potem zrobiłam właśnie to, co Ty tutaj – research. I odechciało mi się bycia frajerem 🙂 Jak coś mi się podoba – zrecenzuje i polecę lub odradzę (baskerville – high five!), ale zleconym recenzjom już dziękuję pięknie.
    Ps. Amelia, przepuść tekst przez jakiś word czy coś innego co ma korektę, bo znalazłam gdzieś kilka błędów ortograficznych (czytając na komórce) i za nic nie mogę ich teraz znowu namierzyć :C

    • Zlecone recenzje też się są złe. W końcu ta oczerniana przeze mnie piłka kiedyś się zużyje, więc po co mam kupować nową skoro ktoś mi ją da 😛 A czasem oferowane są ciekawe prodkty, ale w dużej mierze są to rzeczy z których blogger ma się cieszyć, bo łaskawa firma coś daje.
      Ps. Wiem zapomniałam poprawki tekstu prerzucić przez korektę przed publikacją (tak to jest jak sie tekst ratami pisze), ale już są po, dlatego znaleźć nie możesz 😛

  • Bokser Tayra

    Z tego, co widzę, to ostatnio jakiś sklep zaszalał z promowaniem Flexi… Wszędzie pełno recenzji i konkursów.

    Generalnie z racji pracy, jaką wykonuję, wiem, jak kosztowna jest promocja i jak tanim wyjściem są blogerzy.
    Dlatego gdy tylko ktoś pisze do mnie maila z propozycją współpracy, to przede wszystkim zastanawiam się, czy jesteśmy w stanie dać wartościowy „feedback” – dlatego chociażby nie przyjmujemy propozycji testowania smakołyków/przysmaków/itd. Później zastanawiam się, czy produkt nas w ogóle interesuje – dlatego np. bardzo chętnie przyjęliśmy suplementy GameDoga <3, a odrzuciliśmy Gammolen. A na końcu sprawdzam warunki współpracy i oceniam czy warto się w to angażować (bo często okazuje się, że bardziej opłacalne jest kupno danej rzeczy na własną rękę): chociażby nigdy nie zgodziłabym się na coraz bardziej popularną w psiej części internetu umowę "pozytywna recenzja w zamian za fanta" – pomijając fakt, że nie lubię kłamać, to zwyczajnie za mało 'płacą' by coś takiego było opłacalne. A jeżeli żadnej umowy nie ma… Cóż, kończy się to zazwyczaj tak, jak w przypadku współpracy z naszezoo.pl: przysłali mi paczkę z zabawką, a recenzja się koniec końców nie pojawiła – bo szkoda mi było czasu na recenzowanie zwykłej sznurkowej zabawki, która zresztą nie przetrwała dwóch sesji treningowych. No co bo tu napisać? "Kolor zajebisty, zabawka nie warta swojej ceny"? No wow, cóż za oryginalny post by z tego był :).
    Biorąc to wszystko pod uwagę, jest praktycznie tylko jedna firma, z którą utrzymuję stałą relację (Maxi Zoo), ale nie dlatego, że zaproponowali mi super warunki, ale dlatego, że – nazwijmy to górnolotnie – odpowiada mi ich polityka. No i tak samo, jak Ty, mam kilka firm, które zwyczajnie uwielbiam i będę o nich pisać – choć żadnej współpracy nie nawiązywaliśmy (jak chociażby El Perro).

    No i trochę smutno mi się patrzy na ludzi, którzy prawie się zabijają o zwykłe pierdoły.

    • Ja też jestem świadoma kosztów promocji, ale jestem też świadoma pracy jaką bloger wkłada w recenzje. Firmy chcą jak najtaniej, ale mam nadzieję, że w końcu blogerzy zaczną się doceniać i żądać wynagrodzenia lub uczciwych zasad testowania.
      Ja już nauczyłam się odmawiać i dziękować za niekorzystną współpracę lub wysyłać wtedy cennik. Gdyby większość blogerów tak robiła, firmy też musiały by się z nami liczyć i nas szanować. Bo obecnie mimo kilku fajnych firm, większość niestety wykorzystuje nas.

  • Miczelski

    Najbardziej irytującą rzeczą w tych wszystkich testach jest moment, kiedy nagle na 15 blogach pojawiają się recenzję tych samych przysmaków albo suplementów, bo firma dała konkretny termin testowania. Straszny brak szacunku do pracy blogera i chyba też strach przed tym, że po danym okresie czasu produkt się zepsuje albo zaszkodzi psu i recenzja już nie będzie taka pozytywna 😉
    Ja zawsze staram się pisać o minusach rzeczy, które recenzuję, nawet tych które otrzymałam od sklepów. Bo chcę być uczciwa, jeżeli uważam, że coś ma jakieś wady to nie będę czarować, bo dostałam to za friko. Podobnie jak Ty uważam, że testowanie próbek albo opakowania smaków to parodia, bo cóż można o nich napisać? Że starczyły na dwa dni i pies się do nich cieszył?

    • Zdecydowanie. Uwielbia czytać inne blogi, ale ostatnio co nie otworzę to ostatni wpis jest o jednym z 2-3 produktów i wszędzie to samo napisane. Wygląda to tak jakby ludzie nie mieli o czym pisać. Co jest winą firm, bo zasypują bloggerów prezentami z dead-line miesiąc więc czemu się dziwić.

      • Miczelski

        Gdyby firma wyznaczyła mi jakiś termin, do którego mam daną rzecz przetestować, to bym po prostu odmówiła. Mogę nie mieć czasu, pogody do zdjęć, czy z miliona innych powodów testowanie się wydłuży a jeśli recenzja ma być dobra i rzetelna to będę testować tak długo, jak uznam to za konieczne.
        Jak słusznie tutaj ktoś zauważył, to świetne jest też dawanie do testów… polarowych szarpaków. Faktycznie, bardzo innowacyjny produkt o którym można tyleee napisać 😉 Podobnie jest z piłkami, gdzie większość niczym się od siebie nie różni. No i co tutaj napisać? Chyba takie rzeczy się łapie tylko po to, żeby przyhaczyć darmóweczkę.

  • kalyna

    Trafiłaś w samo sedno.
    Jeśli chodzi o same konkursy to po prostu patrzę najpierw na nagrody, bo skoro do wygrania jest coś, co nam się nie przyda to szkoda zachodu, lepiej dać innym szansę. Jak zbyt dużo warunków czy na lajki to też odpadam. A recenzje? lubię testować i pisać o tych produktach. Choć karmy czy smaczki w naszym przypadku to mi się podoba, bo mam psa alergika i dopasowywanie karm bywa upierdliwe i wiele pieniędzy idzie przez to w błoto, bo coś się znajdzie jednak w składzie co uczuliło psa. Jestem zakupoholikiem zabawek, dlatego chętnie je testuję. Ale u mnie np. odpadają wszelkie suplementy czy obroże, szelki czy smycze. Mam jedne i im ufam w 100% i nie szukam niczego innego, mi to nie potrzebne. A o rzeczach testowanych lubię mieć gdzieś napisane w necie, bo gdy ktoś o coś pyta to podsyłam linka.

    Choć to co się ostatnio dzieje to mnie zaczyna przerażać. Mam wrażenie, że najczęściej wygrywają bloggerzy, więc bez tego ani rusz.

    • Ale to jest zupełnie co innego. Masz psa alergik testujesz rzeczy pod alergika i dzielisz się tym z innymi, którzy takiej informacji szukają. Ale powiedzmy sobie szczerze – niektórzy wrzucają wszystko co kupią, bardziej na zasadzie kupiliśmy to to i to, za tyle, kochamy + milion emoticon. Ani to pomaga innym, ani się wiele nie dowiesz, ostatecznie robi się reklamę tym firmom.
      Sama też zanim coś kupię szukam opinii innych, ale czy warto zabijać się o coś co można samemu kupić, lub czy warto o czymś pisać za wszelką cenę, by napisać?
      A co do tego, że wygrywają bloggerzy to prawda + zazwyczaj wygrywają najwięksi., najbardziej znani, Ci co robią najlepsze zdjęcia lub u nich recenzje mają najwięcej odbiorców. Firmom w końcu zależy na reklamie, więc lepiej dać temu co zapewni największy odbiór.

      • kalyna

        Wiem, wiem. Podałam mój przykład, jaki sens mają recenzję. Owszem jak dla owczara dadzą 2kg to to serio niczego nie zaobserwujesz, ale jeśli te 2kg dostanie pies małej rasy to już coś można napisać. Ale to trzeba przemyśleć promocję. A już lepiej zmniejszyć ilość testerów a zwiększyć kilogramy.
        Ja praktycznie zawsze szukam opinii innych, dla mnie to jest jakiś wyznacznik, a już najlepiej jeśli wypowiadają się ONkowcy.
        Otóż to, dlatego staram się jak najmniej brać udział w konkursach. I coraz mniej pisać recenzji a zająć się wartościowym pisaniem 🙂

  • Zanim się wypowiem o samej treści: nie myślałaś może o zmianie czcionki na czarną, a tło na jakieś jasne? W połowie tekstu oczy zaczęły mi tak latać, że resztę skopiowałam do worda i tam dokończyłam czytać 😉

    Nie można generalizować odnośnie „kopiuj wklej” w kontaktach z bloggerem. MaxiZoo robiło fajną akcję promocyjną, rozdając (nie takie tanie) paczki dla bloggerów biorąc pod uwagę upodobania psów (a w każdym razie u nas tak było), NaszeZoo wysłało imienny list (niestety nie do końca z ciekawym produktem), maile pisało do każdej osoby poszczególnie, więc z tym kopiuj wklej bywa różnie. Choć fakt: dostałam jakiś czas temu maila masówkę; nawet nie chciało mi się odmawiać 😛
    Mnie nie tyle boli to, że wysyła się dupne produkty, ale lekceważenie. Kilka miesięcy temu dostaję maila z propozycją, zgadzam się, czekam na odpowiedź, czekam… w końcu po moim dopomnieniu się, pan powiedział, że wybrali kogo innego, ale w przyszłości: kto wie? Podziękowałam za taką współpracę, teraz firma źle mi się kojarzy.

    Co do produktów do testów – czasem mnie to naprawdę śmieszy. 2kg karmy? Szarpak jak każdy inny? Jeśli ktoś robi na odwal się recenzje, to może wpis jest tyle wart, ale często jest to naprawdę żałosne. Za to testowanie pullera (którego sama bym nie kupiła) jest dla mnie naprawdę fajne!

    Konkursy? Udostępniam sporadycznie, te na like omijam. Za to likowanie sponsora jako warunek, to dla mnie coś normalnego. Firmy, to nie towarzystwa charytatywne, coś muszą z tego mieć (zwłaszcza, jeśli mówimy o sponsorowaniu niezbyt dużych bloggerów) 😛

    • O nie! Ja nie generalizuję! Maxi Zoo też pisało spersonalizowane listy do mnie i moich zwierząt, piszę o przypadkach, których nie toleruję, czyli lista mailigowa firma nawet nie wie czy bloger czy blogerka i dawaj! Kto się skusi. Ale tak jak piszesz i o czym ja wspominam – całe to testowanie to sprawa indywidualna. Czasem warto coś wziąć i o tym napisać, ale jeśli ktoś godzi się na takie recenzje za paczkę smaczków, czy udostepnienie na FB (jak robił to Butchers pod tytułem pseudo-akcji) to jest to trochę śmieszne. Czy blogerzy są tak zdesperowani? Czy nie mają o czym pisać? A może liczy się odwieczne polskie „nachapać” za wszelką cenę…

  • Muszę powiedzieć, że ten wpis zadziałał na mnie inspirująco – ostatnio snuję się po świecie blogerskim z myślą, że wszystko już zostało powiedziane, wszystko przegadane, o czym mam tu napisać, żeby było odkrywczo, tematy nieodpłatnej współpracy i konkursów mamy przegadane z grupką psich blogerów od lewa do prawa, ale jak to przeczytałam to się wzięłam i ucieszyłam, że to tylko moje zblazowanie i że inni coś odkrywają, piszą, mają tą iskrę i temat, który uważałam za dawno ułożony i odłożony na półeczkę został pokazany w nowym świetle i znów jest ciekawy! Dzięki, Amelia 🙂

    No, ja to generalnie nie biorę udziału w konkursach zoologicznych, ani tym bardziej nie zgłaszam się na testera. Nie lubię lajkować stron sponsorów, nie udostępniam postów na tablicy bo to niezgodne z regulaminem fejsbuka – bojkotuję, a już najbardziej wkurza mnie zapis w regulaminie, że zdjęcie wysłane na konkurs przechodzi na własność organizatora. Dobre sobie.

    Jak zaczynałam blogowanie to się niemal nie obsrałam, że ktoś mi proponuje współpracę barterową, to było super-miłe i emocjonujące 🙂 I za darmo miałam fajne rzeczy! Bardzo, bardzo fajnie wspominam ten czas. Obecnie nie współpracuję za barter (lub rzadko) – samo napisanie posta to ok. 5-8 godzin, nie mówiąc o zrobieniu zdjęć, filmu, wymyśleniu koncepcji i samym testowaniu. W międzyczasie zainwestowałam dużo czasu w rozwój siebie jako blogerki, a co więcej – zarabiam, więc łatwiej jest mi kupić sobie zabawkę niż poświęcić pół dnia na pisanie recenzji na bloga.

    • Nie wszystkie akcje są złe, co podkreślam. Niektóre są fajne, niektóre dają możliwość poznania czegoś ekstra, czy wygrania wartościowej lub potrzebnej rzeczy. Nie mogę narzekać na zarobki, ale nie na wszystkie moje zachcianki mnie stać (ślub, kursy – same się nie opłacą) więc takie akcje są dla mnie na wagę złota, nawet za mało wartościowy ale ciekawy produkt. Oczywiście jeśli zasady mi odpowiadają, ale daleka jestem od zasady ” zgłaszam się po wszystko by mieć” Owszem fajnie czasem coś mieć dla zachcianki, ale zazwyczaj zgłaszam się po przemyślane produkty, na które mam pomysł ect. Staram się to robić dobrze, więc wkurza mnie olewcze podejście od firm kiedy same mi coś proponują bo przecież to im zależy.

  • Pomijając cały temat, to chciałam odnieść się do stawek. Żadnemu studentowi nikt nie zapłaci 150 zł za recenzję. Nie ma takiej opcji – po pierwsze stawki na rynku są głodowe, poczynając od 2/3 zł za 1000 zzs. Wiem, bo sama na tym rynku działam, tyle że jako firma, nie jako student – i tutaj wyciągnąć można o wiele więcej. Po drugie, nikt nie zleci dodawania fot czy dodawania recenzji, bo to robi firma, która sobie wewnętrznie kogoś zatrudni. To mnie uderzyło, bo jest zupełnie niezgodne z realiami.
    Co jednak nie znaczy, że coś trzeba robić za darmo. Ja część rzeczy testuję bezpłatnie, część robię odpłatnie, odpłatnie piszę także teksty. Ale na profilu bloga nie udostępniam niczego w śmiesznej opcji „s4s”. Recenzję robi zgodnie z ustalonym pisemnie terminem, ale nie narzuconym – to nie jest równe, choć uważam, że ustalenia pisemne być muszą, dla spokoju obu stron.
    Jeśli chodzi o konkursy… Zgodnie z regulaminem FB organizator musi mieć swój regulamin, nie może zmuszać do udostępniania czegokolwiek. Jeśli konkurs toczy się na blogu, to można zrobić go tylko dla fanów na FB, ale bramki jako takie nie są mile widziane. Większość konkursów na FB jest nielegalna.
    Swoją drogą, konkursy konkursami, ale w „blogerach” wszelkiej maści irytuje mnie łatwość, z jaką kopiują rozmaite treści. O tym zresztą przygotowuję wpis, bo już mnie znudziło proszenie o usunięcie moich zdjęć (a niektórzy wystawiają je w konkursach jako swoje, usuwając logo!) czy skopiowanych wpisów. Teraz bezpośrednio załatwiam to przez pismo od prawnika, a w razie braku reakcji – policję.

    • To będzie bardzo ciekawy wpis! Mnie tez krew zalewa jak widzę jak ktoś dosłownie kilka tygodni po moim wpisie pisze o tym samym i nawet używa tych samych sformułowań czy zdań. Ale zazwyczaj macham na to ręką tłumacząc sobie, że dzieci nie mają weny i pomysłu, albo po prostu ktoś wpadł na to samo, więc co będę chryję robiła, a jak dziesięciolatka ma później popełnić samobójstwo za hejt w sieci to po co mi to? Młodzież jest nieobliczalna, a już miałam przypadki z wcześniejszej działalności że dzieci chciały się wieszać bo się poobrażały nawzajem, wiec wolę machnąć na to ręką.

      A co do kosztów artykułu – przyznaję nie znam się, takie znalazłam w ogłoszeniach zlecę/napiszę – więc się tym sugerowałam.

  • Ludzie sami sobie szkodzą, zgadzając się na testy nic nie wartych produktów i pisząc o nich same pozytywy. Tak jak napisałaś, kiedy kolejny raz widzę recenzję tego samego produktu, to nawet nie klikam w link. Fajnie w recenzjach jest poznawać NOWE akcesoria, a nie czytać o czymś, co już wszyscy dobrze znają. Ten tekst powinien przeczytać każdy, zanim zgodzi się coś zrecenzować. Nie dajmy się sprzedać i przede wszystkim myślmy, bo ostatnio w wielu kwestiach ludzie dają sobą manipulować.

    • Sami sobie szkodzą i sami rozpuszczają firmy i przyzwyczajają do tego, że można na nas żerować. Bo później ktoś kto ma „ale” wypada z rynku, bo zawsze znajdzie się ktoś kto zrobi to za darmo, albo nawet dopłaci 😛

  • O matko, ale się opisałaś 😉 Ale muszę się zgodzić.. ze wszystkim? większością? Na pewno nie cierpię tych lajków wszystkiego co popadnie żeby się zakwalifikować i masowych akcji gdzie na każdym blogu nagle czytam o tym samym.. Sama prowadzę bloga i jak dostałam wiadomość o współpracy to od razu pomyślałam „wow, ktoś mnie zauważył, jak miło” ale zaczęłam czytać o co chodzi.. i nawet nie odmówiłam, po prostu zamknęłam i nigdy nie wróciłam do tej wiadomości. Akurat nie oczekuję finansowej przyszłości z bloga, więc szkoda się nawet oburzać 😉

    • To już niechodzi o pieniądze, ja też tego nie stawiam jako cel, ale jeśli ktoś myśli, że kupi mnie za bye co to cóż… bardzo się myli. Nie chodzi o to by płacono nam niewiadomo ile, tylko by traktowano nas powaznie i adekwatnie do tego co nam oferują. A nie wymagania z kosmosu, za 2kg karmy. Poprostu obustronna uczciwość. Tak samo uważam, że blogerz nie powinni prosić o proukty do testów tylko jak coś chcą przetestować to powinni to kupić, skoro firma nie szuka testerów. Uczciwe.

  • Wracam do tego artykułu, ale… odnoszę wrażenie, że może coś się zaczyna zmieniać :). W ostatnich propozycjach, które otrzymałam, pojawiły się głównie oferty wynagrodzenia finansowego – i to na zasadach negocjacji.
    Aż nie wierzę, że to faktycznie branża zoologiczna 😉

    • Przyznam szczerze, ze to zależy. Są firmy, które ewidentnie się starają i doceniają blogerów i chcą coś robić na poziomie i potrafią zaoferować wynagrodzenie lub konkretnej wartości barter, ale niektóre dalej lecą sobie w kulki oferując testy smaczków każdemu blogerowi, bo nie liczy się jakość tylko ilość. Powoli się zmienia, ale nie wiem czy ostatecznie jednak nie będzie regresu, bo poco płacić dużo i dawać dużo, skoro zawsze znajdą się tacy co zrobią to z pocałowaniem ręki. I póki blogeresczki od słodkich pieseczków nie zmienią nastawienia i nie zaczną się szanować i wymagać od sklepów/firm – nic się nie zmieni.