Nagroda jest nagrodą tylko wtedy, kiedy pies jej chce. Jedzenie, zabawa, kontakt z opiekunem i środowisko mogą mieć zupełnie inną wartość zależnie od psa, sytuacji i emocji.

Kiedy mówię na zajęciach o nagradzaniu psa, większość osób automatycznie myśli o jedzeniu. Pies zrobił „siad” - dostaje smaczka. Przyszedł na zawołanie – smaczek. Ładnie przeszedł obok psa - kolejny smaczek. I oczywiście jedzenie jest świetną nagrodą. Sama bardzo dużo z niego korzystam. Problem zaczyna się wtedy, kiedy staje się jedyną nagrodą, jaką potrafimy zaproponować psu. A jeszcze gorzej, kiedy smaczek przestaje być nagrodą, a staje się próbą przekupstwa i odwracania uwagi, ale o tym będzie innym razem.
Na zajęciach w Zamerdanej Szkole dla psów w Lublinie uczę, że smaczek nie może być jedyną nagrodą, bo co zrobić z psem, który właśnie nie chce jeść? Albo takim, dla którego możliwość powąchania krzaka jest w tej chwili sto razy ważniejsza niż kabanos trzymany przez opiekuna? Albo po prostu… środowisko i otoczenie tak go przytłaczają, że nie jest w stanie zjeść.
Opiekunowie wtedy frustrują się, są coraz kreatywniejsi w wymyślaniu smaczków, potrafią głodzić psa, by ostatecznie uznać, że „nie jest zmotywowany”, „leniwy” i „głupi”.
Tylko czy na pewno?
Może jest bardzo zmotywowany, ale po prostu nie na to, co akurat próbujemy mu zaoferować. Bo nagroda jest nagrodą tylko wtedy, kiedy pies jej chce. To jedna z najważniejszych rzeczy, jakie warto zrozumieć w szkoleniu psa. To nie my decydujemy, co jest nagrodą. Decyduje o tym pies. Możemy kupić najdroższe treningowe smaczki świata (sama w akcie desperacji kupowałam Mollci przysmaki dla kotów Whole Prey w 100% z myszy), ale jeśli pies ich nie chce, to z punktu widzenia treningu niewiele nam po nich. Możemy rzucać mu piłkę, ale jeśli nie lubi piłek, nie nagradzamy go zabawą. Możemy z entuzjazmem poklepać go po głowie, ale jeśli pies w tym momencie odsuwa głowę i najchętniej powiedziałby nam „zabierz ręce”, trudno uznać to za skuteczną nagrodę.
W pozytywnym wzmocnieniu chodzi o konsekwencję zachowania. Jeżeli po określonym zachowaniu pojawia się coś, czego pies chce, a przez to prawdopodobieństwo powtórzenia tego zachowania wzrasta, mamy do czynienia z pozytywnym wzmocnieniem.
Dlatego dobór nagrody nie jest dodatkiem do szkolenia – jest częścią szkolenia. O tym, jak szeroko można spojrzeć na motywację psa, pisałam już wcześniej w artykule „Nagradzanie i motywacja – nie tylko pokarmowa”.
W praktyce możemy korzystać z czterech bardzo przydatnych kategorii nagród: jedzenia, zabawy, nagród socjalnych i środowiska.
Jedzenie: jakie? Jak podane?
Jedzenie jest najprostszą nagrodą do wykorzystania podczas treningu. Jest szybkie, wygodne, łatwo podać je wielokrotnie i nie przerywa na długo ćwiczenia. Tyle że samo stwierdzenie „mój pies pracuje za jedzenie” niewiele nam jeszcze mówi, bo jedzenie ma różną wartość. Dla jednego psa zwykła karma będzie wystarczającą zapłatą za większość ćwiczeń. Inny spojrzy na nią z miną człowieka, któremu właśnie zaproponowano pracę za uśmiech szefa.
Mój pierwszy owczarek potrafił pracować właściwie tylko za wędzonego łososia. Ale na zajęciach miałam też jamniczki, które najchętniej pracowały za… rzodkiewkę, oraz owczarka, którego można było przekupić marchewką. Bo jeżeli coś brzmi głupio, ale skutecznie wzmacnia zachowanie naszego psa, to wcale nie jest głupie - pod warunkiem, że nie jest dla niego szkodliwe.
Wartość nagrody trzeba dopasować do zadania.
Nie potrzebujemy wyciągać najlepszych smaczków przy każdym „siad”. Jeżeli pies ćwiczy w domu zachowanie, które doskonale zna, zwykła karma może być całkowicie wystarczająca. Jeśli próbujemy zrobić dokładnie to samo na placu pełnym psów, zapachów i ludzi, możemy potrzebować czegoś znacznie atrakcyjniejszego.
To właśnie dlatego warto stworzyć sobie hierarchię nagród.
Nie ma jednej uniwersalnej tabeli:
- karma może być słabą nagrodą,
- ser średnią,
- parówka najlepszą.
Dla konkretnego psa może być dokładnie odwrotnie. Co więcej, wartość tej samej nagrody zmienia się zależnie od sytuacji.
Głodniejszy nie zawsze znaczy bardziej skupiony
Motywacja pokarmowa zależy między innymi od nasycenia. Pies, który chwilę wcześniej zjadł pełną miskę śniadania, może być znacznie mniej zainteresowany karmą podczas treningu. Dlatego często proponuję, żeby część normalnej porcji jedzenia wykorzystać właśnie podczas pracy z psem. Zamiast najpierw wsypać śniadanie do miski, a godzinę później próbować przekonać najedzonego psa, że karma nagle stała się fantastyczną nagrodą.
Więcej pisałam o tym w tekście „Na trening weź… karmę! O motywacji pokarmowej”.
Ale tutaj też trzeba zachować rozsądek! Większa wartość nagrody nie zawsze oznacza lepszy trening.
Pies może być tak głodny albo nagroda może być dla niego tak atrakcyjna, że zamiast myśleć o zadaniu zacznie myśleć wyłącznie o zdobyciu jedzenia. Skakanie, wciskanie nosa w saszetkę, gryzienie dłoni, nerwowe oferowanie piętnastu zachowań naraz - znamy? Wtedy nagroda zamiast pomagać w koncentracji zaczyna ją utrudniać. Sztuką nie jest więc znalezienie „najlepszego smaczka dla psa”, tylko znalezienie nagrody o odpowiedniej wartości, dobranej do konkretnego zadania, psa i środowiska.

Zabawka: nie każdy pies marzy o piłeczce
Drugą ogromną grupą nagród jest zabawa. Piłka, szarpak, puller, futro, frisbee, pogoń za zabawką (lub opiekunem), przeciąganie - możliwości jest mnóstwo. I ponownie: nie istnieje zabawka, która z definicji jest nagrodą.
Moja Ela da się sprzedać za pullera. Dla niej ringo może być nagrodą o gigantycznej wartości i za rzucenie zabawki zrobi wszystko. Szczególnie że z uwagi na wiek i zwyrodnienia rzucanie zabawki ma bardzo mocno ograniczone i kontrolowane. Merci praktycznie nie interesują zabawki, a Molly ma bardzo konkretne preferencje i zdecydowanie bardziej doceni prawdziwe futro niż przypadkową piłkę, pod warunkiem że jesteśmy same i warunki atmosferyczne sprzyjają jej głowie.
Gdybym próbowała nagradzać Merci piłką tylko dlatego, że „psy lubią piłeczki”, mogłabym rzucać ją sobie sama. I dokładnie tak samo będzie z Waszymi psami, jeśli nie znajdziecie ulubionej zabawki dla swojego psa, nie nauczycie go zabawy i nie zbudujecie odpowiedniej wartości danej zabawki oraz wspólnej aktywności.
Czasem różnica w doborze zabawek jest jeszcze bardziej absurdalna. Pies nie chce tenisowej piłki, ale kocha gumową. Nie chce gumowej, ale chce gumową na sznurku. Nie interesuje go szarpak z polaru, ale wyciągamy futro i nagle okazuje się, że jednak pies potrafi się bawić.
Dlatego ogromny wybór zabawek treningowych niekoniecznie jest wymysłem producentów próbujących po raz dwudziesty wynaleźć piłkę. Różnica w materiale, sposobie poruszania się, zapachu, fakturze czy rodzaju wspólnej zabawy naprawdę ma dla psa znaczenie i może znacząco wpłynąć na jego zaangażowanie.
A jeśli na tym etapie myślisz: „no dobrze, ale mój pies po prostu się nie bawi”, to też nie musi być koniec tematu. O szukaniu przyczyn, dopasowaniu rodzaju zabawy i budowaniu jej wartości pisałam szerzej w artykule „Mój pies się nie bawi”.
Zabawa też ma swoją wartość
Podobnie jak w przypadku jedzenia, zabawki możemy ułożyć w hierarchię. Jedna nada się do nagradzania prostych ćwiczeń. Druga będzie nagrodą specjalną. Trzecia okaże się kompletnie bezwartościowa. I nie zawsze warto używać tej najlepszej.
Jeżeli pies na widok ukochanego szarpaka przestaje być zdolny do jakiegokolwiek myślenia, nie jest to idealna nagroda do precyzyjnego ćwiczenia wymagającego spokoju. Ale może za to świetnie sprawdzić się przy bardzo trudnym przywołaniu albo jako nagroda kończąca sekwencję ćwiczeń.
Nagroda socjalna, gdy najlepszą nagrodą jesteś Ty
To jedna z moich ulubionych kategorii, bo pokazuje, jak bardzo różne mogą być psy.
Nagrodą socjalną może być:
- pochwała słowna,
- głaskanie,
- drapanie,
- wspólne przepychanie,
- zapasy,
- gonitwa,
- wspólny bieg,
- kontakt i uwaga opiekuna.
Ale jest jeden haczyk.
To, że my uważamy coś za przyjemne, nie oznacza jeszcze, że pies podziela nasze zdanie.
Klasycznym przykładem jest głaskanie czy klepanie psa po głowie. Człowiek jest przekonany, że właśnie hojnie nagrodził psa. Pies odwraca głowę, obniża ciało albo odsuwa się i ma na ten temat trochę inne zdanie. Obserwujcie więc reakcję psa. Czy po pochwale wyraźnie się ożywia? Szuka dalszego kontaktu? Wraca po więcej? Czy podczas wspólnej zabawy rzeczywiście angażuje się w interakcję? A może jedynie toleruje to, co robicie?
O tym, jak łatwo przypisać psu nasze własne wyobrażenie o tym, co powinno być dla niego przyjemne, pisałam też w artykule „Jak odczarowano psią główkę”. Warto do niego zajrzeć szczególnie wtedy, kiedy głaskanie czy poklepywanie traktujemy jako nagrodę trochę z automatu.
W nagrodzie socjalnej ogromne znaczenie ma również sposób, w jaki komunikujemy się z psem. Psy bardzo dobrze wykorzystują informacje płynące z naszego tonu głosu, ruchu, mimiki i napięcia ciała. Mechaniczne „dobry pies”, wypowiedziane tonem, który sugeruje, że wcale nie jesteśmy zadowoleni, nie będzie tym samym co autentyczna wspólna radość. Nie chodzi o odgrywanie przedstawienia, ale o prawdziwe emocje i prawdziwą interakcję z psem.
Pies nie analizuje naszych deklaracji w stylu „przecież go pochwaliłam”. Odbiera cały komunikat. Jeśli mówię „dobry pies”, ale jestem spięta, poirytowana albo rozczarowana, samo wypowiedzenie właściwych słów nie sprawi magicznie, że staną się świetną nagrodą. Więcej o tym, jak emocje człowieka wchodzą z nami na plac treningowy, pisałam w tekście „O emocjach w pracy z psami”.
I warto ją budować, bo nagroda socjalna ma jedną fantastyczną zaletę: zazwyczaj mamy ją zawsze przy sobie.

Nagroda środowiskowa – prawdopodobnie najbardziej niedoceniana
I dochodzimy do mojego faworyta w kategorii „nagrody, o których ludzie zapominają”. Środowisko.
Pies chce:
- powęszyć,
- podejść do interesującego miejsca,
- pobiec,
- wejść do wody,
- wykopać dziurę,
- pogryźć patyk,
- eksplorować,
- wrócić do zabawy,
- odejść od czegoś,
- czasami podejść do innego psa,
- czasami właśnie zwiększyć od niego dystans.
To wszystko może mieć dla niego ogromną wartość. I możemy tę wartość wykorzystać podczas treningu lub codziennego życia. „Zrób coś dla mnie, a potem wróć do tego, co chciałeś robić”. Wyobraźcie sobie psa, który podczas spaceru intensywnie węszy. Wołamy go.
Pies odrywa nos od zapachu, przychodzi do nas, dostaje nagrodę i… natychmiast zapinamy go na krótką smycz i zabieramy do domu. Co właśnie powiedzieliśmy psu? „Przywołanie oznacza koniec fajnych rzeczy”. Brawo my. Po jednej, drugiej, trzeciej takiej akcji pies coraz mniej chętnie będzie do nas wracał i coraz bardziej będzie się frustrował.
Możemy zrobić dokładnie odwrotnie.
Wołamy psa. Przychodzi. Nagradzamy. A następnie zwalniamy go i pozwalamy wrócić do węszenia. Wtedy możliwość dalszej eksploracji sama staje się nagrodą za przywołanie, a przywołanie nie oznacza z punktu widzenia psa „kary i odebrania czegoś fajnego”, więc się nie psuje.
To wykorzystanie mechanizmu znanego jako zasada Premacka: zachowanie, które pies bardzo chce wykonać, może wzmacniać zachowanie, na którym zależy nam.
I to jest piekielnie przydatne w codziennym życiu. Pies chce wyjść przez drzwi? Poczekaj chwilę spokojnie – drzwi się otworzą. Chce pobiec powęszyć? Zróbmy kilka kroków na luźnej smyczy – proszę bardzo, idź wąchać. Chce wrócić do zabawy? Przywołuję, nagradzam i puszczam ponownie. Dzięki temu posłuszeństwo nie musi oznaczać ciągłego odbierania psu tego, na czym mu zależy.
Wręcz przeciwnie: współpraca z człowiekiem może stać się drogą do zdobywania tego, czego pies chce.
I właśnie tego między innymi uczę opiekunów podczas kursu posłuszeństwa praktycznego w Zamerdanej Szkole dla Psów w Lublinie. Zależy mi nie na psie wykonującym komendy wyłącznie na placu, ale na tym, żeby opiekun potrafił wykorzystać trening podczas normalnego spaceru, przy rozproszeniach i w codziennych sytuacjach.

Ucieczka też może być nagrodą!
To szczególnie ważne przy psach lękliwych. Jednym z moich psów jest Marcysia. Nie bawiła się zabawkami, więc na jej liście nagród właściwie nie było tej kategorii. Jedzenie? Owszem. Nagrody socjalne? Jak najbardziej, ale na jej zasadach. Jej numerem jeden była jednak możliwość wyjścia z trudnej sytuacji lub odejścia z danego miejsca. Dla psa, który się boi, zwiększenie dystansu może mieć znacznie większą wartość niż parówka. I to również możemy wykorzystać w pracy.
Nie każdy pies w trudnej sytuacji będzie chciał jeść. Nie każdy będzie zdolny do zabawy. Dlatego próba przekupienia przerażonego psa coraz lepszymi smaczkami nie zawsze rozwiązuje problem. Czasami największą nagrodą, jaką możemy mu zaoferować, jest po prostu: „Dobra. Zrobiłeś tyle, ile byłeś w stanie. Odchodzimy”, albo to, co najczęściej stosuję w treningu z moimi psami: „możesz zejść na swoje miejsce i zakończyć trening”. Szczególnie w przypadku psa lękliwego zmuszanie go do wykonania nawet najprostszej czynności w zbyt trudnym miejscu może być jednym z największych błędów, jakie możemy zrobić.
Właśnie dlatego tak ważne jest patrzenie na całego psa, a nie tylko na saszetkę ze smaczkami i to, co „umie w domu”.
O pracy z nagrodami i pozytywnymi metodami pisałam również wiele lat temu po seminarium z Nikolą Koubkovą: „Jak odměnit psa?”. Od tamtego czasu minęło sporo lat, przez moje ręce przeszły kolejne psy, dziesiątki zespołów i jeszcze więcej bardzo różnych odpowiedzi na pytanie: „co jest nagrodą dla tego psa?”.
Nieważne jest tylko to, czym nagradzasz. Ważne jest też JAK.
Sama jakość nagrody to zresztą tylko jeden z elementów układanki. Liczy się również jej ilość oraz moment, w którym pojawia się po zachowaniu. Jeśli chcesz uporządkować te trzy rzeczy, zajrzyj też do tekstu „Nagroda w treningu psa – jakość, ilość czy timing?”.
Do tej pory dużo pisałam o tym, co może być nagrodą i jak dobrać jej wartość. Ale jest jeszcze jedna rzecz, o której zdecydowanie za rzadko mówi się podczas zwykłego szkolenia psów. Sposób podania nagrody. Bo ten sam kawałek karmy mogę spokojnie podać psu do pyska. Mogę pozwolić mu powoli wyjeść go z dłoni. Mogę rzucić go po ziemi. Mogę podrzucić w powietrze. Mogę położyć go w misce stojącej kilka metrów od nas. Teoretycznie za każdym razem nagrodą jest dokładnie ten sam kawałek jedzenia.
W praktyce każda z tych nagród wpływa zupełnie inaczej na naszego psa.
Podać spokojnie do pyska czy zrobić pogoń za smaczkiem?
Jeżeli zależy mi na spokojnej, precyzyjnej pracy, bez przerywania zachowania, mogę podać jedzenie bezpośrednio do pyska psa. Przy niektórych ćwiczeniach pozwalam też psu spokojnie wyjadać czy wylizywać nagrodę z dłoni, szczególnie kiedy uczę go przez naprowadzanie. Nie tworzę wtedy dodatkowego ruchu, nie wybijam psa z pozycji i nie rozkręcam niepotrzebnie emocji.
Ma to ogromne znaczenie chociażby wtedy, kiedy ćwiczymy precyzyjne pozycje, zostawanie albo chcemy utrzymać psa dokładnie w miejscu, w którym wykonał zadanie. Jeżeli nagradzam psa za leżenie, a następnie rzucam smaczek dwa metry dalej, to jednocześnie każę mu zerwać pozycję, którą sekundę wcześniej chciałam wzmacniać.
Miejsce pojawienia się nagrody też ma znaczenie. Pies uczy się przecież nie tylko z naszych słów, ale z całej sekwencji wydarzeń następujących po wykonaniu zadania.
Czasami chcemy jednak osiągnąć dokładnie odwrotny efekt i właśnie rozkręcić psa! Bo pies zaczyna się nudzić, tempo pracy spada i oboje potrzebujemy więcej radości.
Wtedy dokładnie ten sam smaczek mogę rzucić po ziemi i pozwolić psu za nim pogonić albo podrzucić go w powietrze, żeby złapał. Nagle z nudnego chrupka zrobiła się mała zdobycz. Nie zmieniła się wartość smaczka, tylko zmienił się sposób zdobywania nagrody, a razem z nim emocje towarzyszące całej sytuacji.
Dlatego sposób podania jedzenia również dobieram do tego, czego aktualnie potrzebuję od psa.

Nagroda może również pokazywać psu, gdzie chcę, żeby został
To szczególnie ważne w bardziej precyzyjnym treningu. Wyobraźmy sobie, że uczę psa zmian pozycji na odległość.
Pies stoi kilka metrów ode mnie. Proszę o „siad”. Pies wykonuje zadanie, więc wołam go do siebie po smaczka. Potem znowu ustawiam go kilka metrów dalej. Proszę o „waruj”, pies kładzie się i ponownie biegnie do mnie po nagrodę. A po kilkunastu powtórzeniach jestem zdziwiona, że pies przy zmianie pozycji zaczyna przesuwać się w moją stronę.
Tymczasem przez cały trening sama bardzo konsekwentnie uczyłam go: nagroda znajduje się przy człowieku, więc warto zmniejszać dystans.
W takim ćwiczeniu jedzenie może znajdować się na przykład w miseczce ustawionej za psem. Po prawidłowym wykonaniu zadania zwalniam psa do nagrody znajdującej się właśnie tam.
Mogę dzięki temu nie tylko nie wzmacniać ruchu w moją stronę, ale wręcz budować oczekiwanie nagrody w przeciwnym kierunku, więc zmniejszanie dystansu względem mnie jest dla psa nieopłacalne. To właśnie nazywamy umiejscowieniem nagrody, czyli reward placement, i w bardziej zaawansowanym treningu potrafi ono zdziałać cuda!
I nie dotyczy to wyłącznie jedzenia, bo zabawka też nie zawsze musi pochodzić z mojej ręki.
Podobnie jak z jedzeniem możemy pracować zabawką. Czasami chcę, żeby nagrodą była aktywna zabawa ze mną. Wyciągam szarpak i po wykonaniu zadania wspólnie się przeciągamy, biegamy czy bawimy. Ale zabawka może również wcześniej leżeć obok placu. Pies wie, że tam jest, wykonuje ze mną określoną sekwencję ćwiczeń, a dopiero po jej zakończeniu dostaje pozwolenie, żeby pobiec i ją podjąć. To zupełnie inna forma nagrody.
I bardzo przydatna, bo pies uczy się, że nagroda nie musi znajdować się w mojej dłoni ani saszetce, żeby praca ze mną miała sens. To również jeden ze sposobów stopniowego przechodzenia od schematu: „widzę smaczka, więc wykonuję ćwiczenie” do: „wykonuję zadanie, bo wiem, że po nim może pojawić się nagroda”, nawet jeśli w tym momencie nie mamy jej ze sobą.
Komendy nagród - czyli skąd pies ma wiedzieć, gdzie czeka nagroda?
Możemy pójść jeszcze krok dalej i nauczyć psa, że różne hasła oznaczają różne sposoby otrzymania nagrody.
Ja korzystam między innymi z czterech:
- „proszę” - jedzenie dostaniesz bezpośrednio z mojej ręki,
- „goń” - rzucę smaczek po ziemi i możesz za nim pogonić,
- „łap” - smaczek poleci w powietrzu,
- „miska” - nagroda znajduje się w przygotowanej wcześniej miseczce.
Dla psa nie są to cztery słowa oznaczające po prostu „będzie jedzenie”. Każde niesie dodatkową informację: pies wie, gdzie pojawi się nagroda i czego może się za chwilę spodziewać. I to daje nam fantastyczne możliwości podczas treningu.
„Goń” samo w sobie zapowiada ruch. U moich psów bardzo szybko podnosi dynamikę, uruchamia pogoń i potrafi fajnie rozluźnić psa po precyzyjnym czy wymagającym ćwiczeniu. Bardzo poprawia też emocje.
„Proszę” oznacza coś zupełnie innego. Jedzenie przyjdzie do psa, nie trzeba po nie biec, zmieniać pozycji ani szukać go na ziemi. Jeżeli więc pies leży, mówię „proszę” i podaję mu nagrodę do pyska, może ją spokojnie zjeść i nadal pozostać w pozycji. Dopiero osobna komenda zwalniająca mówi mu, że ćwiczenie się skończyło.
„Miska” pozwala z kolei przenieść oczekiwanie nagrody poza moją osobę. To przydaje się między innymi przy pracy na odległość, wysyłaniu czy całych sekwencjach ćwiczeń.
Takie rozwiązanie bywa określane jako system wielu markerów nagrody. Zamiast jednego uniwersalnego „tak”, po którym pies dopiero obserwuje nasze ręce i próbuje zgadnąć, co wydarzy się dalej, możemy przekazać mu znacznie bardziej precyzyjną informację. I nie chodzi o to, że każdy opiekun musi teraz stworzyć słownik siedemnastu sposobów wydawania parówki!
Przy zwykłym szkoleniu rodzinnym absolutnie nie jest to potrzebne, a wręcz przeciwnie – może zniechęcić i sfrustrować opiekuna… i psa, który zamiast dostać nagrodę, będzie czekał, aż opiekun przypomni sobie, co miał powiedzieć.
Ale warto zrozumieć zasadę: nagroda to nie tylko rzecz. Nagrodą jest również sposób, w jaki pies może ją zdobyć, i nagrodą możemy wpływać na kolejny ruch psa.
To jedna z rzeczy, które bardzo lubię pokazywać na treningach. Nie zastanawiam się wyłącznie: „Za co teraz nagrodzę psa?”. Myślę również: „Gdzie chcę mieć psa po odebraniu tej nagrody oraz jakie ma mieć emocje?”
Jeżeli chcę utrzymać pozycję – nagroda przychodzi do psa. Jeżeli chcę stworzyć możliwość kolejnego powtórzenia – mogę wyrzucić smaczek tak, żeby pies wyszedł z pozycji i mógł wykonać ją ponownie. Jeżeli pies zaczyna zostawać za mną podczas chodzenia – miejsce podania nagrody może zachęcać go do ruchu do przodu. Jeżeli zaczyna mnie wyprzedzać – mogę nagradzać w miejscu, które nie będzie dodatkowo wzmacniało wysuwania się przed człowieka. Jeżeli ćwiczę pracę na dystans – nie muszę za każdym razem ściągać psa do siebie po smaczka.
Dobrze zaplanowana nagroda może więc jednocześnie wzmocnić zachowanie, pomóc utrzymać pozycję i przygotować psa do kolejnego powtórzenia. A to ciągle ten sam jeden mały smaczek.

A co z nagradzaniem szczeniaka?
Ze szczeniakami jest jeszcze ciekawiej, bo dopiero poznajemy ich preferencje, a część nagród możemy dodatkowo wspólnie budować. Dlatego od początku warto pokazywać maluchowi, że fajne mogą być różne rzeczy: jedzenie, wspólna zabawa, kontakt z opiekunem, eksplorowanie świata czy możliwość powrotu do tego, co robił. Im więcej mamy sposobów nagradzania psa, tym większą mamy później elastyczność.
To jeden z tematów, które pojawiają się na Psim Przedszkolu w Zamerdanej Szkole dla Psów w Lublinie. Bo na zajęciach ze szczeniakami nie zależy mi wyłącznie na nauczeniu kilku komend. Dużo ważniejsze jest dla mnie nauczenie opiekuna jak uczyć swojego psa: jak obserwować jego emocje, dobierać warunki treningu, zauważać zmęczenie i znajdować to, co naprawdę go motywuje. Te umiejętności zostają z Wami dużo dłużej niż perfekcyjne „siad” czteromiesięcznego szczeniaka.

Nagrody zmieniają się razem z psem
Na koniec zrób listę kilku ulubionych obecnie nagród Twojego psa. Nie wyrzucaj jej. Schowaj i za pół roku zrób ją jeszcze raz, bo możesz się zdziwić!
Pies dojrzewa, zdobywa nowe doświadczenia, uczy się nowych form zabawy, zmienia się jego relacja z człowiekiem i środowiskiem. To, co było absolutnym numerem jeden u półrocznego szczeniaka, może być kompletnie nieistotne dla pięcioletniego psa. I odwrotnie.
Możemy też budować wartość nowych nagród. Pies, który dziś niespecjalnie interesuje się wspólną zabawą, nie musi być skazany na dożywotnią obojętność wobec szarpaka. Część preferencji można rozwijać, odpowiednio budując skojarzenia i ucząc psa konkretnych form interakcji, dlatego nie przyklejajcie psu etykiety: „on nie jest zainteresowany jedzeniem”, „on się nie bawi”, „jego nic nie motywuje”.
Najpierw sprawdź. Obserwuj. Eksperymentuj.
Bo czasami okaże się, że pies rzeczywiście nie chce kurczaka, parówki ani profesjonalnego smaczka treningowego za trzydzieści złotych. Ale za kawałek rzodkiewki zrobi wszystko.
I wiecie co? Jeśli działa, to jest dobra nagroda.
Chcesz nauczyć się lepiej pracować ze swoim psem?
Dobieranie nagrody, praca z motywacją i umiejętność zauważenia, dlaczego pies w danym momencie nie chce albo nie potrafi wykonać zadania, przewijają się właściwie przez wszystkie moje zajęcia.
W Zamerdanej Szkole dla Psów w Lublinie prowadzę Psie Przedszkole, Posłuszeństwo Praktyczne, konsultacje indywidualne, zajęcia grupowe oraz treningi psich sportów. Nie chodzi mi o wyprodukowanie psa wykonującego komendy za smaczka. Chcę, żeby po szkoleniu opiekun rozumiał, dlaczego coś działa, kiedy zmienić sposób pracy i jak dalej samodzielnie uczyć własnego psa.

