Na każdym kursie – czy to psie przedszkole, posłuszeństwo praktyczne, czy zajęcia sportowe – bardzo dużo uwagi poświęcam temu, w jaki sposób opiekunowie nagradzają swoje psy. Od samego początku staram się pokazać, że nagroda nie musi (i nie powinna) być zawsze smaczkiem.
Oczywiście, najczęściej pracujemy na jedzeniu. To najprostsza forma nagrody, szczególnie dla początkujących opiekunów, a przy tym bardzo precyzyjna i czytelna dla psa.
Mimo to regularnie „zmuszam” kursantów do odkładania smaczków na bok – choćby na chwilę – i zaskakiwania psa innymi formami nagrody.
Może to być:
- zabawka i wspólna zabawa,
- nagroda socjalna, czyli kontakt z opiekunem,
- nagroda środowiskowa – pozwolenie na wyjście z treningu, powęszenie czy potarzanie się w trawie.
O różnicach między tymi rodzajami nagród pisałam szerzej w artykule „Jak nagradzać psa”. Bo poza tym, że mamy różne typy nagród, to nawet w obrębie jednej kategorii możemy mówić o:
- różnej wartości nagrody,
- różnych sposobach jej podania,
- zupełnie innych efektach treningowych.
Wartość i sposób podania nagrody
Najłatwiej wytłumaczyć to na przykładzie nagrody żywieniowej.
Różna wartość nagrody jest dla nas intuicyjna – coś, co pies uwielbia (parówki, żółty ser), ma dla niego znacznie większą wartość niż codzienna karma czy warzywa, zakładając oczywiście, że pies nie jest fanem warzyw, bo miewałam na szkoleniach psy pracujące najchętniej za maliny czy marchewkę.
Ale sposób podania nagrody bywa równie istotny.
Ta sama karma:
- podana spokojnie, powoli, bezpośrednio do pyska – może wyciszyć psa i pomóc mu się skupić, pozwalając wykonać ćwiczenia dokładniej.
- podrzucana w powietrze lub rzucana po ziemi – pobudzi psa, rozkręci emocje, ale może powodować niedokładność ćwiczeń z powodu zbyt dużego pobudzenia.
Dlatego na zajęciach zawsze proszę, by opiekunowie mieli:
- różne rodzaje nagród (smaczki i zabawkę),
- nagrody o różnej wartości – od zwykłej karmy po coś naprawdę wyjątkowego.
Jednocześnie zachęcam do ograniczania ilości „super smaczków”. Ser, parówki czy większość popularnych treserek – mimo że bardzo motywujące – nie nadają się do podawania w dużych ilościach, a na treningach nagród zazwyczaj idzie naprawdę sporo.
Jeśli ten temat Cię interesuje, zajrzyj do wpisu „Na trening weź karmę”, w którym piszę o tym, że motywację pokarmową również trzeba stopniowo budować – i że trening nie musi (i nie powinien) zawsze opierać się na parówkach.
Ilość, jakość czy timing?
I tu dochodzimy do sedna tego wpisu:
co jest ważniejsze – ilość nagrody, jej jakość, a może timing?
Czy na pewno nagradzasz psa za to co robi?
Na zajęcia posłuszeństwa przychodziła do mnie dziewczyna z młodą suczką border collie. Pies pracował bardzo ładnie, ale był szybki, impulsywny, łatwo się rozpraszał i szybko frustrując.
Problemem nie była współpraca ani chęć pracy, lecz timing opiekunki – czyli to, jak szybko była w stanie nagrodzić psa, zanim ten zdążył się sfrustrować i zacząć skakać.
Opiekunka niestety nie należała do najszybszych, dodatkowo wyczytała w Internecie, że aby wyeliminować skakanie i frustrację, powinna uczyć psa samokontroli i czekania na nagrodę.
W efekcie po każdej komendzie powtarzała wielokrotnie „zostań”, a nagroda pojawiała się dopiero po długim czasie, kiedy pies zachowywał pozycje. Często oczywiście ją zrywając skacząc na opiekunę, więc był korygowany, poprawiany i tej nagrody nie dostawał.
Efekt?
Pies frustrował się coraz bardziej, wychodził z treningu, a po kilku sesjach całkowicie odmawiał współpracy. Zamiast poprawy – skakanie nasilało się przy każdej komendzie.
Dlaczego?
Bo pies nie dostawał nagrody za wykonane polecenie, np. „siad”. Nagroda pojawiała się losowo – wtedy, gdy akurat był względnie spokojny, o ile wcześniej nie zdążył się zdenerwować. Pies nie wiedział za co dostaje nagrodę, jak może ją zdobyć – w efekcie czego bardzo się stresował, bo komendy, których uczyła opiekunka nie były nagradzane, a nagrodzą pojawiała się tylko za czekanie, często po kilku nieudanych podejściach z wcześniej wykonanymi innymi poleceniami.
Wróciliśmy więc do podstaw:
- nagroda pojawiała się od razu po wykonaniu komendy,
- pracowałyśmy nad sposobem jej podania, tak aby pies pozostawał w pozycji, a opiekunka mogła szybko nagrodzić psa nim ten zacznie wymuszać nagrodę
- trening samokontroli stał się osobnym ćwiczeniem, a nie elementem każdego zadania.
Efekty przyszły bardzo szybko. Suczka przestała skakać, a opiekunka nauczyła się obserwować emocje psa i kończyć trening lub przechodzić do nagrody środowiskowej lub zabawy, gdy było go już za dużo.
Nagroda na specjalną okazję
Podobny problem z timingiem dotyczył dorastającego samca rasy pierwotnej. Choć trenował z nami od szczeniaka, w okresie dorastania bardzo szybko się rozpraszał i miał trudność z koncentracją.
Gdy w końcu udało mu się wykonać ćwiczenie, opiekunka – chcąc go szczególnie docenić – zaczynała szukać najlepszego smaczka.
I szukała go tak, jak wiele z nas szuka kluczyków w torebce bez dna.
Długo.
Bardzo długo.
Na tyle długo, że gdy nagroda w końcu się pojawiała, pies:
- nie wiedział już, za co ją dostał,
- poszedł węszyć,
- tracił zainteresowanie dalszym treningiem.
Paradoksalnie – w momencie największego sukcesu pies nie dostał nic. Nawet uwagi opiekunki, bo cała jej koncentracja była skierowana na przeszukiwanie saszetki.
I choć bardzo doceniłam jej cierpliwość w tym trudnym treningu i chęć nagrodzenia psa czymś super za to, że w końcu się udało, to jednocześnie byłam na nią wściekła, bo wiedziałam, że zwykły chrupek podany od razu, z dobrą emocją, pochwałą czy zabawką, przyniósłby znacznie lepszy efekt niż ten specjalny smaczek podany za późno.
Czy ilość ma znaczenie?
I tak, i nie.
Pies nie liczy, czy dostał jeden, dwa czy trzy smaczki – liczy się sam fakt nagrody.
Choć oczywiście zdarzają się wyjątki. Idealnym przykładem był mój owczarek Donner, który potrafił liczyć do trzech i domagać się dokładnie takiej liczby nagród, ile osób minęliśmy w spokoju. Ale to był bardzo specyficzny pies. Natomiast zdecydowana większość psów nie liczy ile smaczków wzięło Wam się w garść. Liczy się sam fakt, że mogą je dostać.
Zbyt duża ilość smaczków podana naraz często powoduje, że:
- pies musi się zatrzymać, żeby je przeżuć,
- jedzenie wypada z pyska lub z dłoni opiekuna,
- pies traci koncentrację i skupia się wyłącznie na jedzeniu (i zbieraniu zmaczków)
Dobrym przykładem była suczka beagle trenująca nosework. Podczas oznaczenia zapachu opiekun chcąc wydłużyć oznaczenie i docenić to jak pies ładnie to robi, kładł na puszce kilkanaście smaczków naraz. Pies zrzucał je nosem, wstawał by je pozbierać i kończył oznaczanie węsząc za smaczkami na ziemi.
Rozwiązanie było proste:
zamiast wielu smaczków naraz – pojedyncze, wydawane seriami, z coraz dłuższymi przerwami między nimi, aż do komendy zwalniającej. Dzięki temu:
- oznaczenie się wydłużało,
- pies pozostawał w zadaniu,
- opiekun miał poczucie, że naprawdę docenił pracę psa.
Timing ma znaczenie!
Pamiętaj:
nie tylko rodzaj nagrody, jej wartość czy ilość wpływają na efekty treningu.
Bardzo często najważniejszy jest timing – odpowiedni moment podania nagrody.
Bo wbrew pozorom to właśnie on częściej decyduje o sukcesie niż to, czy z saszetki wyciągniesz zwykłego chrupka, czy kawałek parówki.





