Strona główna Sporty kynologicznePozostałe sporty z psem Mały wielki krok – Twinsy mierzą się z Nosework

Mały wielki krok – Twinsy mierzą się z Nosework

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Właśnie dostałaś komunikat na Facebooku lub Instagramie, że pojawił się na moim blogu nowy tekst. Celowo piszę do Ciebie w formie żeńskiej, bo jednak 82% moich czytelniczek to kobiety. Absolutnie, nie chcę Cię zrażać Drogi Mężczyzno do czytania moich tekstów, ale pozwól, że raz na jakiś czas będę zwracała się do Ciebie w formie żeńskiej, niemęskiej tym bardziej nie w liczbie mnogiej która, choć jest bardziej uniwersalna w kwestii płci, to ujmuje trochę bezpośredniej relacji, którą chcę z Tobą nawiązać – w tych tekstach, które są dla mnie bardziej wyjątkowe.

Więc, kiedy już otworzyłaś ten tekst, może z przyzwyczajenia, może z chęci zobaczenia nowych zdjęć, choć najbardziej – mam nadzieję z powodu tytułu, który Cię zainteresował, to zapewne chcesz poczytać o kolejnych sukcesach lub problemach moich psów. A idąc w ślad za tytułem pewnie liczysz na jakiś przełomowy moment, który wydarzył się w Twinsowym świecie, na coś, co odmieniło ich życie. A więc o powiem Ci o tym, jak Twinsy zaczęły Nosework i jak im wspaniale idzie.

Jak wiesz z poprzednich tekstów, Twinsy są bardzo lękliwymi i nieśmiałymi psami. Zmiana otoczenia, obcy ludzie, nieznanego pochodzenia odgłosy czy nieznane im przedmioty blokują je uniemożliwiając nie tyle co pracę z nimi, co praktycznie funkcjonowanie psów. To nie są psy zmotywowane do pracy w obcym miejscu. To nie są psy radosne, chętne do eksploracji nowych miejsc. To nie są psy żarte czy zabawowe, których uwagę można skupić lub odwrócić na jakąś ich „psią miłość”. Nie. To są psy, które przyszły ze mną, bo trzymałam koniec smyczy, więc poszły. Psy, które jakby miały wybór nie opuszczałyby domu i ogrodu z krótkimi wypadami do lasu pod warunkiem, że inni nie będą mieli tam wstępu. To są psy, które, kiedy ktoś przychodzi do domu, kto z nami nie mieszka na stałe (mimo, że już nie raz je karmił i głaskał i był u nas z tysiąc razy) powoduje paniczne darcie małych szczekaczek, jak zwyczajowo zaczęliśmy nazywać Twinsowe kufy i samodzielne zamknięcie się psów w klatce, żeby ich nikt nie porwał, a skąd można szczekać niemal niepostrzeżenie. To są psy, które tak się boją, że potrafią siedzieć i się trząść nie radząc sobie z sytuacją.

Dziewczyny bardzo łatwo wyprowadzić z równowagi i zestresować. Już nawet pojawienie się za oknem człowieka przechodzącego ulicą powoduje kilka minut zawiechy, bo co będzie, jeśli wejdzie przez drzwi, albo nie daj Boże przez okno!? Zestresowana Merci zaczyna się trząść i nie chce zjeść nawet najsmaczniejszej przekąski. Zestresowana Molly, krąży niespokojnie po pomieszczeniu, chcąc jak najszybciej opuścić stresującą ją sytuację. Myślisz, że nakręcisz psa szarpakiem albo piłką? Prędzej możesz sobie nią palnąć w łeb – przynajmniej będzie śmiesznie. Myślisz, że zainteresujesz psa wybornym smakiem przekąski? To chodź pokażę Ci, jak Merci bierze od Ciebie smaczka z grzeczności po czym go wypluwa, bo dalej nie chce już wejść do gardła ze stresu. A może jakaś lekka presja? Niewinna awersja ciut zmotywuje psa, w końcu delikatna korekta obrożą może pozwoli połączyć mózg z psem? Może… gdyby nie to, że musisz uważać na swoje ruchy, bo każdy gwałtowniejszy gest (nawet ten będący aktem radości i pochwały) może spowodować paniczne odskoczenie i próbę ucieczki do klatki, a samo dotykanie obroży (próba podpięcia smyczy nie mówiąc już o złapaniu) jest tak niekomfortowe dla psów, że trzeba to minimalizować, żeby nie pogorszyć skojarzeń. Jedyny pozytywny efekt chwilowego zainteresowania pracą wzbudza w Twinsach chwalenie słowne, więc wychwalam je jak mogę i wówczas udaje nam się coś zrobić – cokolwiek.

Zastanawiasz się, dlaczego o tym piszę? Bo wiele osób (nawet świadomych w psiarstwo) nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ciężko i trudno jest pracować z takimi psami. Wierz mi, ja też sobie nie zdawałam z tego sprawy. Nauczona życia z owczarkami i Elą, która jeśli chodzi o pracę mentalnie jest owczarkiem nie do końca, a może w ogóle nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wygląda praca z psem, który może nie tyle nie chce, co nie może, bo sobie nie radzi z otoczeniem i sobą. Jestem w stanie pracować z psem, który nie skupia się na mnie, bo jest dużo ciekawszych bodźców, zapachów i wszystkiego. Jestem w stanie pracować z psem, który się na coś nakręcił, ale jak pracować z psem, który zachowuje się w obcym miejscu jakby miał głęboką depresje, myśli samobójcze i nie interesuje go absolutnie nic?

Jak wygląda praca z owczarkiem/Elą? Można by ją określić dwoma zdaniami: „Nie mam pojęcia co robię, ale robię wszystko co umiem i co wymyślę – byle robić.” albo „Jestem w tym rewelacyjny, zrobię to na 300%, a potem zrobię to jeszcze raz tylko szybciej, ewentualnie zrobię coś innego, ale zrobię!

W pracy z takim psem wielokrotnie musiałam go stopować, spowalniać, wyciszać, bo on chce – musi – nie ma czasu. Ela która zaczęła ze mną ćwiczyć Nosework w domu zachowuje się jak dzik, wpadając w konstrukcję, bo po co ma węszyć jeśli może ją staranować i puszka sama wypadnie. Albo jak zbyt długo nie może znaleźć, to zaczyna kształtować – wszystko co jest w zasięgu wzroku, zupełnie nie zrażona brakiem nagrody za popisy. Natomiast kiedy już się skupi i zaczyna pracować nosem, zaznaczenie zapachu jest tak szybkie, jak szybko po nim jest w stanie podbiec po nagrodę. Także tak do tej pory wyglądała mniej więcej praca z Donnerem czy z Elą – wiecznie z zaciągniętymi hamulcami, z kontrolę emocji moich i ich, bo inaczej pies zamieniał się w nieogarnięty wulkan energii, emocji i totalnego szaleństwa ukierunkowanego na „zrobię to za wszelką cenę, choć jeszcze nie wiem co!

Z Twinsami zaś jest zupełnie na odwrót – mamy czas na wszystko. Na obejrzenie dziury w podłodze, powyglądanie przez okno, czy ktoś obcy nie przechodzi przez ulicę. Ponasłuchiwanie co dzieje się w sali obok. Wybranie idealnego smaczka na dzisiejszą pracę, bo to nie jest takie oczywiste, co dziś będzie nagrodą wartą zainteresowania się czymkolwiek, a wcale nie jest powiedziane, że w kolejnym wejściu wybrany wcześniej smaczek będzie jeszcze fajny, czy może trzeba znaleźć inny. To Twinsy decydują czy będą szukać puszki w stercie przedmiotów, czy nie, bo jak dołożymy jakiś przedmiot, którego Twinsy nie znają lub im się nie podoba to nie podejdą do niego i będą obrzucać go i puszkę nienawistnym spojrzeniem. I nie mówię tu o jakiś przerażających przedmiotach, jak: powiewające strzępki folii czy szeleszczące butelki, po których trzeba przejść. Mówią o dostawionej w okolicę dwóch misek hopce, której przy poprzednim wejściu nie było, a teraz nagle się pojawiła i doprowadziła Twinsa do mentalnej paniki.

Wyobraź sobie to uczucie, kiedy przygotowujesz psa do szukania – wiesz, że to umie i lubi, bo w domu to uwielbia. Nakręcasz go, chwalisz, że jest Twoim diamentem (owczarek już z tych emocji skakałby po suficie, drąc się w niebogłosy, bo on już musi startować do szukania), a Ty dalej nakręcasz swojego psa, sama już jesteś tak nakręcona, że mogłabyś osobiście wyszukać po zapachu tę puszkę, puszczasz psa oczekując, że tak nakręcony podczas startu zacznie ślizgać się po podłodze, kiedy będzie rozwijał nieziemskie prędkości, by ruszyć do zadania… i…

… Merci robi dwa kroki, po czym staje i patrzy na mnie. Raz na mnie raz na konstrukcję, w której jest ukryty zapach to znów na mnie. Przewraca tymi swoimi sokolimi oczami, po czym siada z miną: „Ty sobie sama do tego podchodź, ostatnim razem tego tam nie było! Nie znam tego i nie będę podchodzić…

No wiec idę i przykucam przy postawionym na środku sali krześle pokazując psu, że to nic strasznego. Po chwili Merci postanawia wstać i kończąc jeszcze w głowie ostatnie pozycje w analizie SWOT, podchodzi niepewnie (za moimi plecami) do przedmiotu. Siada obok i patrzy na mnie wymownie, jakby chciała dać mi do zrozumienia, że już wykonała swoją część zadania. Po kolejnych minutach przekonywania i chwalenia w końcu z łaską targetuje puszkę, którą wiem, że już dawno namierzyła, bo pokazała mi kilka razy oczami, ale nie była w stanie podejść, bo coś nowego przy niej leży, więc nie.

… Z Mollcią wcale nie jest lepiej, bo mimo że dość odważnie podchodzi do nowych konstrukcji to sama zakańcza sesję, kiedy uzna, że już w danym miejscu znalazła już puszkę i nie będzie jej drugi raz pokazywała, bo to nie o to w tej zabawie chodzi, by w kółko pokazywać to samo, tylko żeby znaleźć. Lub w ogóle kończy trening, gdy uzna, że się zmęczyła, a kiedy podejmie decyzję o końcu pracy, to mogę dwoić się i troić, ale i tak nie przekonam jej do dalszego treningu, a tylko niepotrzebnie ją zdenerwuje, o czym da znać krążąc nerwowo po pomieszczeniu lub próbując wejść do zamkniętej klatki wywarzając drzwiczki głową.

Mimo tego są przebłyski geniuszu. Merci czasem potrafi się wkręcić i pięknie targetować puszkę. Mollcia potrafi biec do konstrukcji jeszcze przed wydaniem komendy lub zatargetować puszkę w ręce naszej Pani Trener. Ogólnie mimo stresów, dość chętnie wychodzą na swoją sesje z klatki, bo są gotowe i chcą… tylko gdzieś w trakcie otwierania klatki cała odwaga i chęci ulatują wraz z rozsuwaniem zamka. Ale mimo to po każdym wejściu, po każdej sesji jestem wielce dumna z Twinsów, mimo że pewnie, gdybyś tam z nami była usnęłabyś z nudów i zastanawiała się, po co nam zajęcia, gdzie przez większość czasu przekonuję którąś z bliźniaczek, że wszystko jest okej, że wiatr na dworze to tylko wiatr, podest jest plastikowym naczyniem, a odgłosy dobiegające zza ściany nie przyjdą do nas.

Ale Ty nie wiesz, jak ciężkim treningiem dla sióstr jest walka ze swoimi słabościami. Jakim wyzwaniem jest przełamanie się i podejście do strasznej konstrukcji, kiedy wokoło jest tyle odgłosów. Jakim wyzwaniem jest skupienie się przez kilkadziesiąt sekund na pracy i pokazanie tej puszki przy jednoczesnym zignorowaniu tego wszystkiego przerażającego co je otacza i może zaatakować chwilowo nie kontrolowane tyły. Dla nich to stres i emocje nie mniejsze niż zdanie matury, a dla mnie te kilkadziesiąt sekund pracy w jednej sesji, przełamanie swoich lęków, odważenie się na coś jest takim sukcesem jak co najmniej zdanie trudnego egzaminu z posłuszeństwa. Bo każdorazowo, kiedy Twins wygrywa ze swoim strachem i rozproszeniem, to jest jej wielki sukces. Kroczek na drodze do odwagi i samodzielności. Zmierzenie się z wielkim wyzwaniem i zwycięstwo i ich i moje, bo górę nad strachami wzięła chęć dostania smaka i zapracowania.

Więc, mimo że z boku może wyglądać to tak, jakby Twinsy nic nie osiągnęły, jakby nic nie zrobiły, niczego się nie nauczyły to ja wiem jak wiele znaczył dla nich ten trening. Kiedy przyjeżdżamy na kolejne zajęcia, a Merci jest gotowa do pracy (może nie jest to taka radość ja w domu, ale idzie pewna siebie (jak na nią) w kierunku Pani Trener by pokazać puszkę nosem to jestem najbardziej dumną na świecie psią matką. Kiedy w domu po szkoleniu leżą zmęczone i nieprzytomne jakby przebiegły maraton, a gdy się budzą z roześmianymi pyszczkami i zmęczonymi od myślenia główkami, to wiem, że warto było. I że wybrałam dobre dla nich szkolenie na start. Szkolenie, w którym w większości muszą mierzyć się same z problemami. Ja jestem od wspierania ich i nagradzania, ale nie mogę ich zmusić do wąchania – same decydują o postępach w naszym szkoleniu, o tym jak daleko odejdą ode mnie, jak blisko podejdą do nieznanego przedmiotu obcej osoby. Nie muszę zamęczać ich powtórzeniami i ćwiczeniami, bo nie będziemy mogły przejść do kolejnych elementów, tak jak jest to przy nauce chociażby posłuszeństwa. Nie muszę gonić za grupą i poziomem innych. Nie muszę nic, więc ćwiczymy sobie w swoim tempie, na swoim poziomie powolutku budując pewność siebie i przezwyciężając strachy siedzące w małych psich główkach.

A w domu gnamy jak szalone, a Twinsy szukają zapachu jakby były małymi owczarkami z linii od lat pracującej w detekcji zapachu. I widzę jak mocno trening wyjazdowy odbija się pozytywnie na ich życiu, na co dzień. Jak dzięki niemu dużo odważniej wchodzą w spacer, radzą sobie z trudnymi sytuacjami w życiu i jak o wiele szybciej wychodzą ze swoich małych panik. W końcu poradziły sobie z wielkimi strachami na sali szkoleniowej, potrafiąc skupić się na szukaniu zapachu, a nie monitorowaniu otoczenia czy kontrolowaniu tyłów. W miejscu z którego nie dało się uciec. W sytuacji z której nie było jak wyjść i trzeba było skupić się na trudnej nosowo-umysłowej pracy. Po prostu trzeba było się z nią z mierzyć i… przeżyć. Także czym jest, jakaś tam mała panika spacerowa (która odchodzi wraz z miniętym człowiekiem) w porównaniu do tego z czym radzą sobie w psiej szkole – i to z zajęć na zajęcia je umacnia, a o to przed wszystkim mi chodziło. I mimo, że nigdy nie zostaną mistrzami noseworków, to te zajęcia dają im o wiele więcej niż niż spodziewałam się, że możemy z nich wyciągnąć.

A poniżej małe urywki z domowych treningów (pełne filmiki na bieżąco macie na naszym Instagramie)

Ogółem: 182, dzisiaj: 1
4 komentarze
1

You may also like

4 komentarze

Justyna 12 marca 2022 - 07:36

Prawie pół swojego życia przeżyłam z takim „Twinsem”. Z psem z adopcji który nie podejdzie bo coś/ktoś go ugryzie, dla którego wszystko jest straszne, zabawki mogłyby nie istnieć a najlepszej jakości smaczki gryzą w zęby. Z psem który w kółko kalkuluje czy jest bezpiecznie i czy się opłaca to o co proszę. Na dodatek niedotykalskim (wskakiwanie mi na ręce w sytuacji na maksa stresowej było moim i Rudiego najwiekszem osiągnięciem, bo nie da się wszędzie targać ze sobą pluszowej budy – azylu mojego psa). Kiedy już opanowałam do perfekcji życie z nieufnym cykorem zamarzył mi się owczarek (collie) i po paru miesiącach razem, z prędkością pendolino, dostałam w głowę psem na maksa nakręcającym się i chętnym do pracy a przy tym delikatnym i czasami strachliwym . Całkiem co innego i wymagające zupełnie innego podejścia do pracy z psem. Lu jest ze mną 2 lata i wciąż się uczę jak ogarnąć takie stworzonko. Wszystko przed nami, na niepodważalny plus owczarka jest to, że chce jeść, wszystko i wszędzie, więc trochę łatwiej go namówić na coś co mu się nie podoba jeśli w kieszeni mam suszonego kurczaka , bo Rudi w takiej sytuacji ew spojrzy na mnie jak na wariata i oleje moje widzimisię, a Luś mimo że, jest cykorem to za smaczka zrobi wszystko i to z entuzjazmem 5 latka na placu zabaw (tzn robię i biegnę, choć nie wiem co robić, nie myślę o tym że rozwalę kolano i będzie drama, ale jak już rozwalę to pogrom i pożoga…) także ten, każdy futrzak inny, ciekawe jaki trafi się trzeci…

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 12 marca 2022 - 19:32

Haha to u nas odwrotna sytuacja, ja z takich nakręconych na życie i robotę psów, przeszłam na takie, które w trudnej sytuacji dostała zawiechy. XD Grunt to się nie poddawać. Jestem optymistką, choć ciężko się przestawić. 😉

opublikuj
Justyna 13 marca 2022 - 02:55

Też jestem optymistką 🙂 szczególnie, że szczenior (choć dwa lata ma na karku to wciąż jak dzieciuch) rozruszał mi trochę emeryta i sprawił, że stał się odważniejszy (i mniej dziawkliwy, bo do tej pory: boję się = darcie szczekaczki na całego). Choć Rudi nauczył młodego paru rzeczy których wolałabym żeby nie umiał prawie 30kg pies, choćby wskakiwania na ręce w sytuacjach stresowych… Bo co było błogosławieństwem przy kurduplu (8kg) teraz zmiata mnie z nóg, gdy obaj próbują (na raz :p) wskakiwać mi na ręce 😉 😉 mąż śmieje się czasami, że stracę zęby przez te nasze pupilki, ale czegorz się nie robi dla miłości swego życia, która ma na dodatek więcej futra niż rozumu 😀

opublikuj
Monika 2 kwietnia 2022 - 15:22

Praca z psem to ciągła praca, która wymaga czasu, ze względu na to, iż pies uczy się nie tylko „nowego życia”, ale i zaufania.

blog youtube

opublikuj

Zostaw komentarz