Ślepy jeż Stefan i Zamerdani

Wczorajsze moje wielkie urodzinowe święto spędziłam jak na nerda przystając grając na Xboxie w Star Wars. Nie wiem czemu, M. kupił mi na urodziny konsolę – pewnie po to, by wypominać mi, że w naszym związku to ja jestem nerdem, co jest prawdą, ale żeby mnie tak oficjalnie w nałóg pchać? No dobra… niech mnie pcha w ręce nałogu, bo kinect jest boski, ale wracając do rzeczy, a właściwie do jeża. No więc tak sobie gram, macham tym mieczem świetlnym, rzucam się po dywanie  walcząc ze szturmowcami, jak na dwudziestosiedmiolatkę przystało. Donner leży z boku patrząc na mnie nagannie z miną „matka, Ciebie już doszczętnie ***” i nagle kątem oka widzę, że po tarasie zapiernicza mi jeż! Pchając się niemal do domu. Szok? Nieee… w końcu w ogrodzie zawsze było sporo jeży, ba! Nawet całych jeżowych rodzin. Mieszkały w krzakach i składziku gałęzi, wyjadały jeszcze Budzikowi karmę z misek, były miesiące, że jeże widywałam wieczór w wieczór, czasem je podkarmiałam, nie było grilla, by nie spotkać jeża przemykającego po nocy przez trawnik… no właśnie wieczorem… i to gdzieś przebiegające bokiem. Kiedy ja lub pies podchodziliśmy, zwijały się w kulki i długo trzeba było spokoju, by się otworzyły i zwiały. Natomiast Stefan przyszedł w samo południe. Minął zdziwionego psa, przeszedł koło mnie jakby nigdy nic, zrobił kółko i bez większego zainteresowania nami buszował dalej po tarasie. Wzięłam go na ręce, żeby wynieść w krzaki, ale zachowanie Stefana bardzo mnie zaniepokoiło. Po pierwsze nie zwinął się w kłębek, po podniesieniu tylko mnie nafukał, po drugie… okazało się, że nie ma lewego oka, prawe jest mocno zaropiałe i przysłonięte trzecia powieką, a cały pyszczek ma pokryty bliznami, czy też oparzeniami, wprawdzie już zagojonymi, ale nie przypominał zdrowych odpasionych jeży, które widywałam w ogrodzie, czy ratowałam przed uduszeniem w sznurkach i śmieciach z przydrożnych krzaków. Tamte były wielkie, tłuste, o rezolutnych błyszczących oczach i uporczywie zawinięte w ścisły kłębek. A Stefan był ich przeciwieństwem. Szybka decyzja zapadła: ratujemy Stefana! Jeż jest młody, dużo mniejszy niż widywane w ogrodzie dzikie jeże, bardzo też jest wychudzony, o nienaturalnych zachowaniach (żerowanie za dnia), pozbawiony instynktów samozachowawczych i przede wszystkim wzroku… (co potwierdziło to, że puszczony na wybieg do Tyriona wpierniczył się do oczka wodnego, ale na szczęście okazało się, że umie pływać).

IMAG0882

Stefan z prawego profilu – brak oka.

Włożyłam go do wybiegu Tyriona i skontaktowałam się z jedną z fundacji zajmujących się jeżami, chcąc dowiedzieć, co zrobić, z kim skontaktować w Lublinie i gdzie oddać Stefana. Liczyłam, że może ktoś go zabierze i się nim zajmie, ale nie było to możliwe. Więc po rozmowie, zgodnie z zaleceniami postanowiłam zawieźć go do weterynarza, odkarmić przez 1-2 tygodnie i po wizycie kontrolnej ustalimy co dalej. Jeż jest gatunkiem chronionym w Polsce (jakby przyszedł kiedyś komuś głupi pomysł zahodować znalezionego jeża – nie ruszajcie go. Przenieście tylko z ulicy w przydrożne krzaki, ale nie zabierajcie do domu ani nie wywoźcie do lasu. Jeże żyją w mieście!), nie pozwoliłabym olać sprawy i nie wahałam się też ani sekundy pokryć kosztów jego leczenia. Niby dzikie zwierzę, niby nie moje, tak naprawdę w ciężkim stanie, bardzo osłabione, więc nie wiadomo czy w ogóle to coś da, ale skoro żyje w moim ogrodzie, po części jestem za niego odpowiedzialna. Nie zależnie od tego, czy to jeż, gołąb, dziki chomik czy wolno żyjący kot. Jeśli potrzebuje pomocy, należy mu pomóc. A ja wierzę, że wyzdrowieje i wróci na działkę jako wolno żyjący i szczęśliwy jeż… ale na razie…

IMAG0894

Stefan z lewego profilu – oko które ratujemy.

Na razie Stefan był u naszych weterynarzy w Chiron-Wet. Wprawdzie głównym powodem wizyty miało być oddanie krwi przez Donnera, ale chłopak miał jakiś dzień na „NIE” i nic z tego nie wyszło, ale przy okazji Stefan miał wizytę, na której potwierdziły się moje obawy. Jeż jest mocno osłabiony, głodny, a oczy sprawiają mu ból, choć jest szansa, że na jedno oko może troszkę widzieć. Włożony do miski z wodą nie chciał się rozwinąć, za to postawiony na ziemi od razu się rozwijał i zaczynał spacerować (zresztą to samo było w domu). Od doktora dostał krople do oczu: antybiotyk i przeciwbólowe, więc walczymy o to, by opuchlizna zeszła, to może okaże się, że choć trochę na nie będzie widział. Dostał wyprawkę karm energetycznych i witamin i zamieszkał na strychu w wielkim pudełku, gdzie ma domek z kocykami, w które się zawija, wodę, jedzenie, ale przede wszystkim ciszę i spokój. Nie pozwoliłam mu zostać na wybiegu Tyriona, bo bałam się, że ucieknie, a jak zaczął leczenie, niech je chociaż skończy. Jak się poczuje lepiej, wróci na wolność. Sam Tyrion też nie był zachwycony nowym lokatorem. Stefan zaś je jak głupi: wołowinę, karmę, pędraki – wszystko, co mu się da, na dodatek udaje dzika: staje na sztywnych łapkach, zadziera ryjek w powietrze i węszy.

IMAG0892

Stefan w pełnej okazałości. Jest nie duży ma trochę ponad 15cm jak się rozpłaszczy.

Nie boi się ludzi, co mnie bardzo niepokoi… Nie chciałabym, żeby się oswoił, stąd też kontakty z nim ograniczamy do minimum, ale jego zachowanie nie wróży mu bezpiecznego życia… Bez problemu daje sobie zapuścić krople, obejrzeć się z każdej strony, nie ucieka, nie zwija w kłębek. Śpi w domku zawinięty w kocyki lub rozciągnięty jak Kłopot po objedzie… dobrze, że nie na plecach – dziwne zachowanie. Najdziwniejsze jest jednak to, że w dzień jest bardzo aktywny, wręcz nadpobudliwy, a w nocy śpi… śpi jak zdechlak. Na boku lub na brzuchu jakby go coś rozjechało, a dotknięty w łapkę, chrumka niezadowolony, ale na tym się kończy.

IMAG0888

Zobaczymy, jak będzie. Dwa tygodnie ma zapewnioną opiekę, krople, jedzenie i wodę oraz kontrolę weterynaryjną, a potem zobaczymy. Miejmy nadzieję, że jego stan się poprawi choć bardzo się boję, że Stefan nie przeżyje i powodem jego złego stanu jest jakieś zatrucie, a nie tylko ból i życiowa niezaradność… choć jego apetyt i nadaktywność każą mi wierzyć, że wszystko będzie dobrze – trzymajcie za niego kciuki!

IMAG0881

Ps. Ogłosiliśmy się jakiś czas temu jako Dom Tymczasowy dla żółwi w Lublinie. Mam warunki, mam możliwości, a w wakacje wiele żółwi ucieka lub jest podrzucanych w kartonowych pudłach, możemy więc kilka pancerniaków przechować jakiś czas w przyzwoitych warunkach, ale nikt nie spodziewał się tego, że będziemy musieli zająć się jeżem. Jak to M. stwierdził: „Wiedział, że mu pomożemy, więc trafił do nas na ślepo” i to dosłownie.

IMAG0895

Poraniony pyszczek Stefana

Na koniec kilka ważnych wskazówek, które mam od fundacji i weterynarza:

-Znalezionego jeża nie wywozimy do lasu! One mają gniazda, rodziny i za daleko od nich nie odchodzą. Nie pomożemy im wywożąc je, nie wiadomo gdzie, a jeże żyją w mieście.
-„A bo jeże tak jak kotki, bardzo lubią mleczko słodkie” – NIE! Jeże nie jedzą mleka, nie jedzą też jabłek pomimo obrazków w podręcznikach jakoby znosiły je na grzbiecie – jeże są mięsożerne. My do odkarmienia dostaliśmy od weterynarza i z polecenia ośrodka jeżowego wysokiej jakości kocie karmy i witaminy, ale wyczytałam też w Internecie, że nie są polecane. Jednak dwa tygodnie na zmianę z surowym mięsem go odkarmimy na nich, żeby się chłopak lepie poczuł. Natomiast jeże nie jedzą mleka, zbóż, herbatników ani ciastek.
-Znalezionego chorego jeża lub po wypadku trzeba niezwłocznie zawieźć do weterynarza istnieje wiele ośrodków i fundacji, które mogą pomóc w ratowaniu jeża lub udzielą wskazówek jak mu doraźnie pomóc.
-Jeże nie są agresywne – to wiem z własnego doświadczenia, bo wiele jeży już wyplątywałam z siatek, sznurków i śmieci. Nie gryzą i nie stanowią dla człowieka większego zagrożenia.
-Jest to gatunek chroniony w Polsce tym bardziej trzeba mu pomagać, ale z głową.

Więcej informacji o tym jak chronić jeże znajdziecie na stronie fundacji PRIMUM.

Zdjęcia Stefana robione są telefonem, słabej jakości, na szybko, żeby wysłać fundacji, by podpowiedzieli co robić. Pozostałe zdjęcia poniżej, to jeże które gdzieś kiedyś wyciągałam ze śmieci i sznurków z okolicy. Możecie zobaczyć różnicę pomiędzy nimi, a Stefanem, to znaczy jak wygląda zdrowy, odpasiony jeż, a jak jeż, z którymś coś jest nie tak.

amy_i_jez_by_amyzhaotriseriddle

Pierwszy uratowany jeż – zplątany w foliową torebę.

DSC06246

Ten jeż miał owinięte łapki sznurkiem

DSC06248

j.w.

DSC06254

Tego jeża obszczekiwał bezpański pies pod naszą bramą.

DSC06258

j.w.

DSC06260

j.w.

A potem przestałam robić zdjęcia ratowanym jeżom, aż do momentu pojawienia się Stefana.

(Visited 653 times, 1 visits today)
  • Moykah

    Ah te jeże… Stefan ma wiele szczęścia, że przydreptał akurat do was, bo wiem, że większość ludzi by zwierza zignorowała, kub zagarnęła jako domowego pupilka.
    Za czasów, kiedy nie było mnie na świecie, a mój szanowny pan ojciec był smarkaczem, znalazl takowego, przygarnął go. Jeż był zdrowy i wesoły, o ile można tak napisać o kuleczce nabitej kolcami (moje piękne synonimy :). Mieszkał w mieszkaniu, nazywał się Tuptuś, ponieważ wszędzie słychać było tuptanie jego małych nóżek. Historia niby fajna, super ciekawe wspomnienie z dzieciństwa ale teraz… czy ja wiem? Otworzyłaś mi oczy na to, jak naprawdę powinno się postępować z dzikimi stworzonkami, właśnie takimi jak Stefan czy Tuptuś. Dziękuję Stefanowi, że przyszedł później niż wcale, bo będę teraz mądrzejsza. No i zdrowia dla chłopaka!
    Co jesz jeż? Pędraki.
    ^ Uwielbiam ten tekst, kocham. ^

    • Cieszę się, że ten wpis dał do myślenia. Długo zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o Stefanie i jego historii, ale liczne pytania ostatnich tygodni na FB w grupach pomagających zwierzętom w stylu „znalazłem pod klatą jeża, co zrobić?” „przez drogę przechodził jeż, zabrałem go do lasu” itp spowodowały, że postanowiłam napisać o Stefanie, który akurat się napatoczył.

  • W mojej okolicy w takim razie wszystkie jeże są jakieś nieogarnięte życiowo – aż dziw, że wciąż jest ich tu tak wiele. Co prawda prowadzą nocny tryb życia, ale nic – absolutnie nic – nie jest w stanie ich zmusić do zwinięcia się w kulkę ;).

    • Nic? Absolutnie nic? Ani pies, ani człowiek dotykający, czy podnoszący je ich nie płoszy? Jeże level hard 😀

      • Na naszym osiedlu jest mnóstwo psów i wieczorami mało który chodzi na smyczy, więc może się przystosowały ;).
        Ostatnio wyszliśmy w nocy z psami na boisko. Psy się bawiły, biegały… do momentu, aż znalazły jeża. Wtedy zaczęło się oczywiście darcie pyska, dzikie skoki i w ogóle szaleństwo. A jeż nic, dalej sobie spokojnie tuptał. Podniosłam go, wystawiłam za płot… i dalej zero reakcji :D.

        • Jeże są the best 😀 Nie ogarniam ich zupełnie!

  • Dzisiaj w nocy mnie jeden obudził – łaził mi po ogródku i fukał jak wściekły. Niestety u nas jeże widuje się głównie na ulicy, pozbawione trzeciego wymiaru 🙁

    • Uuu to jest bardzo smutne, ale u mnie to samo. Niestety mam wrażenie, że części kierowcom sprawia frajde rozjechanie zwierzaka.
      Mnie tylko raz obudziły jeże gody. Pod moim oknem fukały i warczał na siebie, więc musiałam towarzystwo wynieść w krzaki, bo smac nie dawało, chociaż wyrwana ze snu w pierwszej chwili byłam przekonana, że to borsku 😀 Nie spodziewałam się, że mogą być tak głośne 🙂