Strona główna Nasz punkt widzenia 2022 – to był wyjątkowo psi rok

2022 – to był wyjątkowo psi rok

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Kiedyś czekałam z niecierpliwością na Nowy Rok. Był to czas, kiedy rano otwierałam pamiętnik, pisałam podsumowanie roku, a potem na dołączonej osobnej kartce, którą chowałam do przyklejonej koperty, spisywałam życzenia, plany i wszystko to co przekazać sobie za rok. Potem odnajdywałam zeszłoroczną kopertę i odhaczałam co udało mi się osiągnąć i zmienić. Jednak wiele lat temu zarzuciłam pisanie pamiętnika. Za to powstał blog, na którym co roku robiłam podsumowanie roku i plany na kolejny. Jednak od jakiegoś czasu, chyba od śmierci Dosia pisanie takich podsumowań nie przynosi mi już radości. Jednak robię to nadal, bo jednak pod koniec roku zawsze wspominam sobie, co też działo się rok-dwa-trzy temu. I gdybym nie malała tego mojego blogowego pamiętniczka, wiele wspaniałych wspomnień zniknęłoby bezpowrotnie.

Ogólnie rok 2022 należy wrzucić do szufladki: „całkiem udany”. Przede wszystkim dlatego, że po latach starań w końcu spodziewamy się dziecka i już za niespełna dwa tygodnie Tośka wywróci nasz psi świat do góry nogami. I choć początki były bardzo ciężkie, pokrzyżowały mi bardzo plany i doprowadziły mnie do otarcia się o depresję, wszystko dość szybko się ułożyło. Z psiarskiego punktu widzenia był to o dziwo (bo tak się nie zapowiadał) wyjątkowo dobry i udany rok – myślę, że jeden z lepszych, takie jak najlepsze mieliśmy z Dosiem. Pełen szkoleń, treningów, spotkań i realizacji marzeń. No ale po kolei! Aby tradycji stało się zadość podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy, w dwunastu krótkich akapitach.

Styczeń

W styczniu uczyliśmy się dalej życia z trzema psami, życia z adopciakami. Choć momentami było ciężko, coraz lepiej się dogadywaliśmy, dziewczyny były też coraz pewniejsze. Zaczęłyśmy domowe ćwiczenia posłuszeństwa i w ramach socjalizacji zaczęliśmy pierwsze spacery po mieście i statystowanie na warsztatach weterynaryjnych.

Najfajniejszy wpis z tego miesiąca – chyba ten o moich przemyśleniach jak wygląda życie z trzema psami w porównaniu do dwójki i jednego psa.

Jeden pies, dwa psy, trzy psy!

Luty

W lutym dopadła mnie straszna grypa, która skończyła się zapaleniem oczu. Jak później (dużo później) się okazało był to dość istotny dla kobiet w ciąży wirus, który bardzo dobrze, że zdążyłam odpowiednio wcześnie przechorować. Tak, u nas zdecydowanie nic, nie dzieje się przypadkiem – nawet choroby. W kwietniu dla przykładu kupiliśmy SUVa, no bo zawsze planowaliśmy takie auto – jak pojawi się dziecko, widać kolejność musiałą być odwrotna, ale wszystko ma swój czas i miejsce. Chcąc pomóc Twinsom w zbudowaniu pewności siebie, zapisałam je dość spontanicznie na kurs noseworku w SpaceDog, jak zwykle nie zdając sobie jeszcze wówczas sprawy z tego, że ten kurs bardzo wiele zmieni i pozwoli nam odkryć nowe psio-ludzkie pasje. A ja tylko chciałam niezbyt trudne zajęcia, które zmuszą Twinsy do popracowania nad odwagą… Dodatkowo też zaczęłam z Twinsami pracę nad samodzielnością wdrażając w ich bliźniacze życie spacery indywidualne.

Najfajniejszy wpis z tego miesiąca to zdecydowanie tekst o adopcji o tym, z czym może zmierzyć się przyszły opiekun adopciaka, czy adopcja jest dla każdego jak bardzo odpowiedzialna i przemyślana być powinna.

Adopcja czy kupno psa? – O tym możesz nie wiedzieć.

Marzec

W tym miesiącu działo się wyjątkowo dużo! Twinsy dalej noseworkowały, a my co sobotę zabieraliśmy je na spacer do miasta i winebaru. Przywróciłam projekt Zamerdanych Spacerów i choć pięknie się rozwijał do maja pozwalając mi na fajną socjalizację Twinsów i poznanie nowych psiarzy, później znowu został zarzucony, przez ciążę i problemy, nad czym bardzo ubolewam. Udało nam się też pojechać na przedłużony weekend w Beskidy i choć śnieg mocno pozmieniał nam plany, to był to cudowny zapsiony wypad w góry.

Najfajniejszy tekst z bloga – to chyba ten o noseworku, bo te szkolenia zapoczątkowały nasz treningowy rok no i były preludium do truflarstwa!

Mały wielki krok – Twinsy mierzą się z Nosework

Kwiecień

W kwietniu sporo pracowałam, byliśmy z psami dwa razy w Woli, żeby ją odgruzować i przygotować do wynajmu, korzystając z tych wyjazdów zabraliśmy dziewczyny w nasze ulubione miejsca spacerowe – do Młochowa do parku i naszego ukochanego lasu, na łąki i hopsalnie czy do Radziejowic. Rozpoczęłyśmy też przygotowania z Mollcią i z Elą do Hard Dog Race, a dzięki badaniom profilaktycznym dowiedzieliśmy się, że Merci ma wadę serca (dość istotną, ale nie wpływającą, póki co na jej życie), więc dlatego też to Molly została wytypowana do treningów. Jak z czasem się okazało, Merci mimo swojej wady serca jest zdrowym, silnym i aktywnym psem więc nie ma przeciwwskazań do zawodów, ale w przypływie pierwszej paniki postanowiłam wyłączyć ją z treningów.

Tutaj nie ma co wybierać, jeśli chodzi o teksty, bo w kwietniu był tylko jeden:

Hard Dog Race do potęgi trzeciej!

Maj

Maj zmienił wszystko. Można powiedzieć, że był spełnieniem marzeń, a zarazem zniszczył mi wszystkie plany, odbierając nawet najmniejsze normalne radości. Plan był prosty: kontynuować pracę, wziąć udział w zawodach, zaplanować wyjazdy na czerwiec i wakacje i ogólnie cieszyć się życiem, które miałam całkiem poukładane i które lubiłam. Kręciło się między pracą, psami, wyjazdami i treningami siatkówki, ale zupełnie mnie satysfakcjonowało.

I wtedy okazało się, że jestem w ciąży. Z jednej strony wielka radość, bo tyle się staraliśmy i już powoli traciliśmy nadzieję, że kiedyś nam się to uda… z drugiej… z dnia na dzień musiałam zrezygnować z aktywności, z HDR, który miał się odbyć dosłownie za kilka dni, z siatkówki, ograniczyć spacery, by ostatecznie wylądować w drugiej połowie maja na dwa miesiące w łóżku. Możecie sobie tylko wyobrazić, jak było to dla mnie ciężkie.

Najlepszy tekst maja: paradoksalnie nie o ciąży, bo ten się pojawił później, nawet nie pierwsza rocznica śmierci Dosia, a tekst o tym, że mimo że mam trzy psy to każdego z nich kocham trochę inaczej:

Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie… jak kocha psia matka?

Czerwiec:

Czerwiec upłynął mi pod znakiem leżenia w łóżku, zastanawiania się, na co mi to było i czy to jest na pewno to, co chciałam. Jak pisałam wcześniej, bardzo lubiłam swoje dotychczasowe życie i nie sądziłam, że z dnia na dzień będę musiała je tak diametralnie zmienić. Więc w czerwcu nie wiele co się działo, poza tym, że przyłapałam kilka razy Molly na przeskakiwaniu ogrodzenia, żeby pooglądać sobie wiewiórkę… Na szczęście dość szybko zostało to ukrócone, a na blogu powstał tekst o tym: Jak nie zgubić adopciaka:

Jak nie zgubić adopciaka? Nasze sposoby zabezpieczenia psa przed zgubieniem.

Lipiec

To był miesiąc mojego wielkiego powrotu do żywych. I choć masakrycznie wkurzały mnie ograniczenia spacerowania tylko z jednym psem, nieprzemęczania się, spacery do pięciu kilometrów – niezwykle cieszyłam się, że mogę stosunkowo normalnie funkcjonować, choć kończący się pierwszy trymestr dał mi mocno po tyłku i bardzo negatywnie patrzyłam w przyszłość.

Mimo to musiałam znaleźć sobie jakieś sensowne zajęcie, żeby doszczętnie nie zbzikować od tych zakazów i ponurych myśli. Tak więc postanowiłam pochodzić z psami na szkolenia – w końcu nic tak nie poprawia nastroju, jak czas spędzony z psami! Molly zapisałam na podstawowy kurs posłuszeństwa, w międzyczasie wpadły nam pojedyncze spotkania z podstaw Rally-O, w których udział wzięły zarówno Molly, jak i Ela. Dodatkowo zrobiliśmy sobie z M. i Elą super weekend w Zamościu, a żeby przypieczętować moje wstanie z łóżka, dziewczyny zafundowały mi maraton weterynaryjny: najpierw jakiś kot pogryzł Molly (Na mojej własnej działce!), potem pojawiły się problemy Eli z kręgosłupem, by ostatecznie rozpocząć diagnostykę Molly pod kątem problemów z brzuszkiem. Jak się później okazało wszystkie dolegliwości alergiczne, brzuszkowe z sierścią i gruczołami związane były z tragicznym pogorszeniem jakości karmy, którą dotychczas jadły. więc zaczęliśmy wielkie poszukiwanie czegoś, co im będzie służyć. Łapa Mollci, choć z problemami, ale w przeciągu dwóch tygodni od pogryzienia wyleczyła się. Trochę więcej było gimnastyki z Elcią, ale po miesiącu leczenia i rehabilitacji – tak w ramach nadrabiania straconego w łóżku czasu doszły jeszcze wizyty u zoofizjoterapeuty – udało nam się przywrócić sprawność ogona i na razie tfu, tfu zarówno ogon, jak i Ela mają się dobrze. W lipcu byliśmy jeszcze na wycieczce w Jacie i w Nałęczowie, więc powoli zaczęliśmy korzystać z wakacji – choćby weekendowo.

Z lipcowych tekstów, to chyba podrzucę Wam ten o moich rozkminach na temat ciąży, bo naprawdę mało się mówi o tym, co w ciąży jest złe, co przytłacza kobiety i wbrew pozorom o tym, że nie przygotowuje się nas psychicznie na to wszystko, co może nas spotkać – za to nieustannie pokazuje się nam tylko tęcze i jednorożce, a wcale tak nie jest i nie łatwo to sobie poukładać w głowie – nawet jeśli się tego bardzo chciało:

Już nie tylko psia matka.

Sierpień

W Sierpniu byliśmy z Elą w górach (chodząc po płaskim), ja olałam zalecenia i wróciłam do spacerów z trójką psów, szczególnie że mogłam wrócić do normalnych długości spacerów. Przeprosiłam się też, a raczej zaprzyjaźniłam z Flexi, bo jak się okazało jak ma się trzy ogarnięte psy i idzie do lasu w godzinach, kiedy spotkanie kogoś dosłownie graniczy z cudem – Flexi nie jest takim złym pomysłem. W poszukiwaniu też nowych suplementów dla Eli i dla wsparcia jej kręgosłupa, oraz dla Mollciowych łapek rozpoczęłam współpracę z firmą Dianamed i o dziwo znalazłam suple, które bardzo ładnie wpasowały się w potrzeby moich psów i choć nie spodziewałam się tego, bo z dotychczasowych supli byłam całkiem zadowolona Dianamed zostały z nami i towarzyszą moim psom nieprzerwanie do dzisiaj. W sierpniu było znowu mało tekstów, bo i czasu było mało. Każde popołudnie miałam zaplanowane pod psy – jak nie spacery to szkolenie Molly, jak nie szkolenie Molly to szkolenie Merci bo, mimo że zwlekałam z rozpoczęciem jej szkolenia, chcąc by nabrała maksymalnie dużo pewności siebie, kiedy już zapisałyśmy się na szkolenie to od razu wylądowałyśmy na zaawansowanym szkoleniu miejskim (w terenie) i o dziwo Merci wyjątkowo się to spodobało. A i jeszcze w między czasie dwa razy w tygodniu jeździliśmy z samego rana nad jezioro, gdzie Twinsy uczyły się pływać.

W sierpniu więc powstał tylko jeden wpis w związku z tym, jak szukałam suplementów dla Eli i żeby informacje, które zgromadziłam nie przepadły zebrałam je w formie wpisu:

Porównanie suplementów na stawy dla psów

Wrzesień

Spacerom nie było końca, ciesząc się, że w miarę dobrze się czuję, ogarniam trójkę dziewczyn niemal, każdy dzień zaczynałyśmy spacerem, a ja w poszukiwaniu nowych miejsc spacerowych odkryłam zapomniany przez lata las Sherwood, do którego uwielbialiśmy jeździć z Budzikiem. Jakie to było niesamowite odkryć po ponad 10 latach na nowo miejsce, które tak bardzo się lubiło. We wrześniu dalej trenowałam z dziewczynami. Molly zakończyła swoje szkolenie, a Merci zapisała się na szkolenie z zaawansowanego posłuszeństwa, no bo jak wspomniałam wcześniej – musiałam mieć jakieś zajęcie. Więc, żeby nie odpuszczać, do kompletu rekreacyjnie z Elą zrobiłyśmy sobie przypominający kurs Do As I Do w Akademii Pana Psa, bo jedno szkolenie w miesiącu to za mało. Na blogu pojawiło się podsumowanie problemów zdrowotnych dziewczyn, ale najważniejszy wpis to ten o naszym przygotowaniu domu i psów do pojawiania się Tosi.

Gdy pojawia się dziecko pies musi odejść…?

Październik

Jeśli istnieje coś takiego jak roczna ilość wychłodzonych kilometrów, która statystycznie musi się zgodzić, to październik wyrównał leżący maj i czerwiec. Praktycznie co tydzień jeździliśmy do Lasów Janowskich na grzyby i spacery robiąc po 10-15km i odkrywając piękno tamtego miejsca. Nasze Janowskie wyprawy bardzo przypominały mi zwiedzanie Kampinosu i były bardzo miłą rekompensatą za miesiące ograniczeń. I choć jeszcze nie wszystkie trasy opisałam trzy najfajniejsze zdążyły się już pojawić na blogu, a między nimi Rezerwat Szklarnia od którego wszystko się zaczęło:

Rezerwat Szklarnia – Lasy Janowskie

A no i jeszcze Merci i Ela przeszył sterylizację.

Listopad

Nikt nie spodziewał się tego, co wydarzy się w listopadzie. Zdecydowanie największym zaskoczeniem, zdziwieniem, ale i sukcesem był rozpoczęcie przygody z truflarstwem. Zaczęło się niewinnie od tego, że M. przywiózł mi trufle. A skończyło się na warsztatach z detekcji trufli orgazniowanych przez Psy na tropie przyrody, odkryciem potencjału Eli i Merci i wielką zajawką na pracę węchową moich psów, która do tej pory lekko mówiąc gardziłam. Oczywiście dalej spacerowaliśmy po Lasach Janowskich. Tym razem sterylizację przeszła Mollcia, a ja zaczęłam powoli diagnostykę jej łap i ich przewrażliwienia. Na razie wyeliminowaliśmy pasożyty krwi i odkleszczówki. Ogólnie łapy też wydają się być ok, pod kątem jakichś zwyrodnień czy urazów, choć zaskakujące jest to, że w jednej nodze miała zerwane więzadło (kuleje czasem na drugą), a podczas sterylizacji wyszło podejrzenie, że miała już robioną kiedyś operację, bo ma na brzuchu bliznę – także historia Mollci jest jeszcze większą zagadką niż przeszłość używanego samochodu.

O truflach oraz miłości do psów, jedzenia i podróży

Grudzień

Był to czas, kiedy zaczęłam odczuwać ostatni miesiąc ciąży, właściwie ciążę jako ciążę. Trochę zwolniłam, by po świętach wylądować w łóżku z grypą, ale jak na dziewiąty miesiąc i dziecko, które bardzo pragnie dobić do 4kg, byłam całkiem żwawą ciężarną. Ćwiczyłam sobie różne rzeczy z pieskami, spotykałam z przyjaciółmi, w międzyczasie kompletowałam rzeczy dla siebie i Tosi. I choć choroba położyła mnie w ostatnim tygodniu do łózka, z którego ciągle nie mogę się wygrzebać, chyba ostatecznie po tak intensywnym psim pół roku zasłużyłam na odpoczynek i regenerację sił przed nieuchronnie zbliżającą się nową przygodą.

Z grudniowych tekstów podrzucę Wam ten o potrzebie wspierania psa w sylwestra:

Paradoks wsparcia

No i cóż. To by było na tyle. Nie wiem, czy w styczniu przeczytacie coś jeszcze ode mnie, bo będzie to wyjątkowo zakręcony czas, ale mam nadzieję, że kiedy nauczymy się życia w nowej rzeczywistości wrócę do Was z nowymi przygodami moich praterrierek i ich ludzkiej siostry. W końcu mam na ten rok mnóstwo planów, bo na majówkę chcę jechać w góry. We wrześniu nadrobić zaległości z zeszłorocznego Hard Dog Race i nie dam się wyrolować z tych zawodów, nawet jakbym miała biec z dzieckiem w chuście. Bardzo marzy mi się też zabranie Twinsów nad morze, by mogły pobiegać po plaży, no i nie byłabym sobą, gdybyśmy nie spróbowali detekcji trufli w terenie, ale już takiej prawdziwej, bez podkładania próbek tylko wzięcie udziału w prawdziwym psim polowaniu na truflę.

Jak widzicie nie są to wielkie plany, choć biorąc pod uwagę to, jak zmieni się nasze życie może być to nie lada wyczyn… ale szczerze? Jestem optymistką, bo skoro ogarnęłam Dosia, skoro żyję z trzema praterrierami, dałam sobie radę z Twnsami, to dziecko nie może być dużo bardziej skomplikowane. No przynajmniej ono przez pierwszy rok nie powinno się rzucić nikomu do gardła, jak na chwilę spuszczę je z oczu.

Także wszystkiego dobrego Moi Drodzy w tym 2023 roku. Trzymajcie za nas kciuki, bo do unboxingu został nam nieco ponad tydzień i mam nadzieję do przeczytania już nie długo w powiększonym stadzie.

Ogółem: 151, dzisiaj: 1
0 komentarz
0

You may also like

Zostaw komentarz