Rozwód z kolczatką – rozliczenie z przeszłością.

Właśnie mija rok odkąd definitywnie wzięłam rozwód z metodami awersyjnymi i kolczatką. Pora więc na kolczatkową historię, przyczyny zmiany, drogę do tej zmiany i efekty, czyli raz, a dobrze i ostatecznie rozprawiamy się z przeszłością. Długi wpis, więc część z Was od razu się zniechęci widząc taki blok tekstu, ale inaczej nie dało się opowiedzieć tego jak moje życie i podejście do psów się zmieniło. Jest to opowieść, dla wszystkich tych osób, które miałam okazje poznać i które po spotkaniu mnie i Donnera, czy też po zagłębieniu się w blog, podzieliły się później ze mną swoją opinią o owczarkach, że zawsze uważali te psy za agresywne i straszne i mało który z właścicieli jest w stanie nad nimi zapanować. A wizerunek owczarka w kolczatce i kagańcu, wcale tego nie poprawiał, a na pewno nie czuli się przez to bezpieczniej. I dopiero kiedy poznali Donnera lub poczytali o jego przygodach przekonali, się że mogą być to normalne psy. Jest to też odpowiedź na dość często zadawane mi pytania na fanpagu: Czy warto kupić kolczatkę, żeby pies nie ciągnął – widziałam, że Donner nosił. Pomogła? Czemu już jej nie nosi? 

Zacznijmy od tego, że wielu treserów starej szkoły, fanów teorii dominacji i osób, które swoją wiedzę zdobywały lata temu i nie postanowiły jej zweryfikować polecają te metody w dalszym ciągu, a już najbardziej polecają je… laicy. Tak i zaczęło się u mnie…

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Budzik – stara, ciężka, źle założona kolczatka.

[Historia prawdziwa – część dla wytrwałych, jeśli nie jesteś wytrwały, przeskroluj do:
koniec historii – pora na teraźniejszość]

Ponad dziesięć lat temu (a bliżej czternastu) kiedy udałam się na pierwsze w swoim życiu szkolenie, z pierwszym psem, na pierwszych zajęciach polecono nam kupić kolczatki – wszystkim psom. Niezależnie od wieku i rasy, a była to grupa mocno szczeniaczkowa. Poinstruowano nas tylko by wybrać takie kolczatki, które nie mają zaostrzonych kolców tylko okrągłe i kolce nie są ustawione prostopadle do szyi, by było to humanitarnie. Oczywiście już tego jak prawidłowo założyć kolczatkę lub jak z niej korzystać nikt nie wspomniał, więc na szyjach psów zawisły piękne srebrne kolie, zarówno u owczarków,  jak i goldenów, na kilkunastotygodniowej miniaturze bullteriera kończąc. Na samą myśl o tym uśmiecham się gorzko, ale nikt nie protestował. Bo i dlaczego? Kto miał protestować, skoro nikt się nie znał na szkoleniu psów i chyba u wszystkich uczestników to były pierwsze psy, a te kilkanaście lat temu (uwierzcie bądź nie) nie było Internetu, a raczej nie był aż tak dostępny, nie było hejterów którzy wykrzyczeli by swoje racje zapluwając od wewnątrz Twój monitor, ostatecznie – nie było też takiej presji społeczeństwa. Wszyscy więc jak na komendę, ze mną na czele, skoczyli po kolczatki i już na następnych zajęciach zaczęło się szkolenie, a ja chłonęłam rady szkoleniowca jak gąbka, bez żadnej poprawki, bo ja też chciałam pracować z psami więc muszę się nauczyć! Korekty, awersja – smaczków nie było, klikerów nie było, głaskania i śpiewania do psa również. Tylko komenda i albo pies się dopasowuje, albo korekta kolcami. Jak się stawia to mocniej. W końcu mają się słuchać. Można się wydrzeć na psa, można sprawdzić go do parteru i w efekcie czego pies pięknie pracuje. Idzie metr za mną, na swoje imię kładzie uszy, później kiedy dorasta jest tragicznie agresywny, ale się słucha. To nic, że psy notorycznie wdają się w bójki między sobą podczas wspólnego „siad zostań”, to nic że ćwiczenia są niedokładne, nie w tempo i ogólnie psy chodzą jak skazańcy, coś na wzór psów Cezara Millana – jedni powiedzą tylko się cieszyć. Ja patrzę na zdjęcia i jest mi wstyd. Ale na tamtą chwilę efekt był i byłam dumna. Wszyscy zdają PT, w tym ja i Budzik w pierwszej lokacie niemal na 100%. No po prostu jesteśmy najlepsi. Skoro są efekty, skoro jesteśmy tak zdolni – jest okej, niby co złego robię? Szkoleniowiec jest hodowcą, mam od niego Budzika, jest treserem ZKwP – dlaczego mam więc podejrzewać, że coś jest nie tak, skoro to psia śmietanka, a dla młodej Amleki psi-guru? Szkoleniowiec jest z nas dumny, ja jestem dumna, a potem przychodzi IPO i pojawia się pierwszy problem, bo Budzik nie atakuje pozoranta. On, największy agresor, pies skaczący do gardła, zupełnie zlewa pozoranta. Trochę na niego poszczeka, złapie od niechcenia wałek, ale o ataku nie ma mowy. Sposób prowadzenia zajęć z IPO z perspektywy czasu i doświadczenia, również pozostawia wiele do życzenia i nie dziwić się, że pies się nie angażuje. Mimo to przystępujemy do egzaminu – może zdarzy się cud. Cud się nie zdarza. Posłuszeństwo zdane świetnie, trop przyzwoicie, atak – oblany. Mówi się trudno i żyjemy dalej. Budzik spaceruje sobie w kolczatce jak w kolii z diamentami, mimo, że chodzi zazwyczaj bez smyczy. Kolczatka została obrożą spacerową i co w tym złego? Pies cieszy się na jej widok, bo kojarzy mu się ze spacerem. W między czasie zapisuję się do sekcji kynologicznej na studiach. I pojawia się pierwszy zgrzyt i pierwsza zmiana poglądów i pierwsze czerwone światełko, rozpraszające mgłę otaczającą ZKwP. Już wiem, że na pewno nie chcę mieć w przyszłości niczego wspólnego ze ZKwP. Okej PT, IPO itd. wciąż będę musiała zdawać w związku, ale na tym moja styczność z nim się skończy. Nie podejmujemy się dalszych szkoleń, a Budzik przeżywa sobie w spokoju 10 lat, a ja się cieszę moim mądrym psem, ale jakoś nie przychodzi mi do głowy by założyć mu inną obrożę do pewnego momentu, kiedy Internet stał się bardziej pro-psi, kiedy pojawił się FB (a raczej ja się w nim pojawiłam) i dodarły do mnie pierwsze informacje o metodach pozytywnych…

Czytałam je jak dobry żart. Praca z psem na klikera i na smaczki – może to dobre dla yorka albo maltańczyka. A potem będzie tak jak przy bezstresowym wychowaniu dzieci, kiedy słyszy się o tych wszystkich pogryzieniach. Pies ma się słuchać bezwarunkowo – to jest wyznacznik dobrego przewodnika.  Wstyd.  Ale tak było. Mądra Amelka, bo ma posłusznego psa, bo dużo interesuje się psami, bo pracowała z psami znajomych i też je ogarnęła. Patrz wymaluj – obecne nasto-psie-frustratki co mają bordera lub assuie i zjadły wszystkie rozumy pouczając innych i radząc jak żyć, a przy problematycznym psie niezafiksowanym na frisbee wyciągają kija, bo sobie nie radzą…

Ale jednak, na ostatnie lata Budzik bierze rozwód z kolczatką, bo jest mu ona niepotrzebna w końcu i tak chodzi bez smyczy, choć do tej pory nie wiem co jest tego przyczyną, ale obstawiam, że jego choroby.

img_3703

Budzik na szkoleniu z IPO

I wtedy pojawia się Donner. Mały słodki szczeniak, który chce nas wszystkich zeżreć, który chce zagryźć wszystko co się rusza, który w ogóle nie pilnuje się mamusi, tylko przy nadarzającej okazji ucieka i ostatecznie na wszystko reaguje agresją.

Kiedy więc dorasta na tyle, że zaczyna się szarpać na smyczy i to dość konkretnie, a ja mam przerwę w treningach siatkówki z powodu kontuzji barku, bardzo szybko zapinam go w kolczatkę. W końcu nie po to leczę bark, by szczeniak mi go wyrwał, zresztą to najlepsza i jedyna metoda którą znam. A skoro raz pomogła, to i tu pomoże.

Zaczynamy szkolenie we własnym zakresie, ale hymmm…. Efektów nie ma, bo na każdą korektę kolczatką Donner oddaje mi zębami.  Okej słucha się, ale ciągnie… Każda metoda awersyjna pogłębia problem – moja frustracja narasta, pies rośnie i okazuje się szybko, że nie waży 30kg jak Budzik tylko dychę więcej i do tego jest zawzięty. Nawet kiedy jeździmy w góry i mam na szczęście choć odrobine rozumu, że wtedy pies jest na szelkach, kolczatka dziarsko błyszczy na szyi – na wypadek gdyby trzeba było go przytrzymać. Idziemy więc na szkolenie… chyba jednak sama nie ogarnę psa. Wybór szkoły jest prosty, tam gdzie mają IPO – zrealizujemy to na czym Budzik poległ. Pierwsze zajęcia i pytanie:

-Co on ma na szyi?
-Kolce – odpowiadam zadowolona.
-A nie woli Pani bez?
-Nie, bo nie mam tyle siły by go utrzymać. – Odpowiadam, najszczerzej jak umiem, co jest prawdą.
-Ok, ale na naszych zajęciach pies nie może chodzić w takim czymś, to stara kolczatka (nie da się ukryć ma 10 lat). Jak już to musi być to nowoczesna, sportowa, z ekstra stopu i super lekka, z atestem i certyfikatem. – Przez chwilę myślałam, że każą mi pracować bez niej, a tak… to spoko! Normalna szkoła, a nie jakieś pozytywne dyrdymały!

Skoro tak radzą, nie ma problemu i bach – 150zł za kolczatkę, wartą połowę tej ceny jakby kupić u producenta. Ale jestem z siebie dumna. Mam humanitarną kolczatkę, pokazano mi jak ja dobrze założyć (potem doczytałam w Internecie jak na niej pracować) i jestem the best. I co? Ale jesteście słabi… macie takie nieprofesjonalne kolczatki… nawet ich założyć nie umiecie… Taka byłam mądra i takie mądrości po dziś dzień czytam w Internecie, szczególnie u… laików, którzy coś tam przeczytali, ale wiedzy u nich żadnej i kolczatki w ręce nie miel.

Na zajęciach część psów pracuje bez kolców i daję radę, no ale na pewno nie są to tak problematyczne psy jak Donner. A ja nawet nie spróbuję inaczej. No i młody Donner szkoli się na kolczatce. Tym razem jest trochę lepiej, bo są wprowadzone smaki, ale nikt nie odważył się puknąć mnie w ten pusty łeb i kazać zdjąć kolce i chyba nikt nie miał takiego zamiaru.

SONY DSC

Donner – lekka kolczatka, założnoa poprawnie.

Z jednej strony i tak  nic by to nie dało, bo do pewnych decyzji trzeba dorosnąć, trzeba je podjąć samemu i chyba trzeba się samemu sparzyć, by zacząć myśleć. Trzeba też się pozbyć buty, przyznać do błędu, otworzyć na nowe metody i… spróbować. Ale mogli mnie nawet wtedy wyrzucić z zajęć… wściekłabym się, ale w efekcie nie miałabym wielu problemów tych co mam teraz o czym pisałam mniej więcej tu, bo to nie była dobra szkoła… No ale…

Więc się szkolimy – trzy kursy, smaczki są, czyli już pozytywnie – ależ jestem miękka, wstyd, ale niech będzie. W końcu dalej ma być korekta kolcami, bo w końcu ma być na moim. Na IPO dowiaduję się, że mam być twarda i stanowcza i nie wolno mi pozwolić by pies się niańczył, bo mnie kiedyś zagryzie. Więc przestaję ćwierkać do psa i wracamy do poprzednich metod, w końcu na IPO szkolą fachowcy. No to pracujemy dalej na tych samych zasadach co z Budzikiem pod okiem fachowców. Oczywiście lęk Donnera przeradza się w agresję, nie jest to na zasadzie zabawy, pogoni za łupem… wspaniale tylko zdaję sobie z tego sprawę dopiero po kilku latach, bo trzeźwe myślenie przysłania mi chęć zrobienia z psem IPO. Ktoś z kursantów pyta o kliker. Odpowiedź brzmi w domu sobie wprowadź. Psy się gryzą, psy w sumie mało co umieją, nieliczni tylko dobrze rokują w tym my i Wiarus. I przechodzimy z kursu na kurs, znowu jesteśmy jednymi z lepszych, jak nieliczni zdajemy egzaminy. Tylko że Donner, dalej ciągnie, pomimo kolców, ciągnie jak szatan, dalej jest agresywny, a nawet jeszcze bardziej, bo do tego stał się nieprzewidywalny, dalej ma swoje problemy i nie ma w nim nic posłuszeństwa i karności którą miał Budzik. Szlag mnie trafia, coraz bardziej się frustruje, coraz drastyczniej pracuję z psem, na zajęciach dają mu obroże elektryczną (o czym przeczytacie tutaj) i… i efektu nie ma. Nagle IPO przestaje się odbywać, rozdrażniony Donner nie nauczył się panować nad swoją agresją, ogólnie jest bosko…

I nagle pies choruje na babeszjozę. Schodzi mi prawie na rękach i nie wiem dlaczego wtedy obiecuję sobie, że jak wyzdrowieje skończymy z kolcami. Pies zdrowieje, kilka tygodni chodzimy bez kolców, ale kilka razy mało mnie nie zabił więc do nich wracamy. Boję się że go nie utrzymam. Więc moja obietnica zostaje złamana…

Niespełna rok później zapisujemy się na kurs z agility i seminarium z frisbee. Tam mi kolce nie będą potrzebne, bo pies pracuje bez smyczy, więc mu ich nie nakładam. O dziwo pies pracuje, wprowadzamy kliker. Donner dalej ma swoje problemy, ale pracuje – kliker w sportach – jest OK.  -stwierdzam ze zdziwieniem. Potem jest weekendowy trening z obrony i pierwszy raz ktoś pokazuje mi namiastkę metod pozytywnych i zupełnie inną pracę z pozorantem. Dowiaduję się wtedy, że minie rok, zanim Donner zacznie ze mną pracować, ale że jest to do zrobienia. Więc próbujemy sobie trochę po omacku, ale zawsze gdzieś tam z kolczatką na szyi.

Aż przychodzi kurs trenerski Canid, który specjalizuje się w metodach pozytywnych. Nie ukrywam jestem mega sceptyczna, ale w sumie co mi szkodzi spróbować, nic nie tracę, bo gorzej niż jest być nie może. 

I na kurs jedziemy bez kolców, z zabawkami i żarciem i…

[koniec historii – pora na teraźniejszość]

bez-nazwy

Pies który ciągnął, który jest nieprzewidywalny i agresywny, nagle pracuje i… i się cieszy pracą. Zachowuje się jak szczeniak, bawi się, ale na każdym kroku się stara i pyta „mamusiu czy dobrze?” „czy jesteś dumna?” a ja nie wierzę w to co widzę. Chce mi się płakać i chyba kilka razy popłakałam się Ewelinie. Tak mi było wstyd i tak mi było żal tego, że dopiero teraz spróbowałam. Tego, że tak zaciekle trzymałam się tych metod awersyjnych nie różniąc się niczym od części przedstawicieli ZKwP, których tak bardzo neguję. I nagle cała ta buta, cała ta wspaniałość zniknęła. Zrozumiałam swoje problemy, problemy psa, dostrzegłam je i podjęłam pracę traktując najmniejszy krok do przodu jako życiowy sukces. Nie mam już na to parcia, że chcąc pracować z psami, a mój pies musi być idealny. Nie musi. Odwaliłam z nim kawał dobrej roboty i nie jedna osoba pozbyłaby się go zanim ukończyłby rok. Przeszłam z nim przez niemal wszystkie metody szkoleniowe by znaleźć w końcu te właściwe. By w końcu odnaleźć spokój i radość z tego co robię. Ktoś mi zarzuci, że chcę pracować z psami, a mój ciągnie na smyczy lub nie aportuje. No ciągnie i co? Nie zawsze przychodzi na wołanie i co? Ale kiedy zobaczysz to co już osiągnęliśmy, zrozumiesz, że to co według Ciebie nas dyskwalifikuje, jest niczym w porównaniu z tym co osiągnęliśmy. Bo nauczyłam się cieszyć się z małych kroczków i celebrować każdy najmniejszy sukces nie rozpamiętując przy tym porażek. I ostatecznie nauczyłam się rozumieć swojego psa, szanować jego problemy by móc mu w przyszłości pomóc. Przestałam stawiać swoje cele ponad potrzebami i możliwościami mojego psa.

Donner w Canid

Donner ostatecznie nie przestał ciągnąć, nie będę kłamała, dalej nie jestem go pewna w wielu sytuacjach i dalej bywa agresywny, ale… ale radzimy sobie z tym bez kolców. Nawet jak pociągnie do czegoś jestem w stanie go uspokoić. Nawet jak dostaje ataku szału na widok innego psa, jestem w stanie go uspokoić, nawet jak przestraszy się roweru, mężczyzny w kapturze czy pieńka w lesie. Wiem jak pomóc mojemu psu się wyciszyć, wiem co lubi czego nie lubi, wiem jak z nim pracować by nie pogłębiać jego problemów i nie wrzeszczeć na niego na całe osiedle szorując nim po ziemi jak ścierą. I tak w rok od porzucenia kolczatki i metod awersyjnych pies potrafi chodzić ze mną na kontakcie wzrokowym – ok nie jest to poziom wart nawet słabej czwórki, ale potrafi. Potrafi minąć się z ludźmi i ich nie zagryźć oraz ignorować psy. Jestem w stanie zaprosić gości do domu, bez zamykania psa, oddaje i przynosi przedmiot, przychodzi częściej na wołanie, a co najważniejsze znacznie się uspokoił i zaakceptował szczeniaka w domu, co wydawało mi się nierealne póki żyje. Mimo licznych problemów z zewnątrz (jak pogryzienia czy ataki innych psów), mimo licznych problemów wychowawczych – nie ukrywajmy nie jestem nieomylna i popełniam błędy, a Donner ma naprawdę wiele problemów sam ze sobą – dalej pracujemy i zdecydowanie lepiej się dogadujemy. Nigdy pewnie nie będę miała tej pewności co z Budzikiem, zawsze będziemy mieli problemy z innymi psami, a spacer nigdy nie będzie niezauważalny dla mojej ręki, o chodzeniu bez linki kontrolnej również nie ma mowy, ale pies jest do opanowania. Pies jest do okiełzania i pies jest szczęśliwy. Mimo, że waży 40kg, a przez trenowanie sportów zaprzęgowych siły ma na tyle, by bez większego problemu przeciągnąć mnie przez pół miasta i nawet tego nie zauważyć, chodzimy po mieście bez większego problemu i to zazwyczaj w… szelkach! Ale jesteśmy szczęśliwi i nie ma już we mnie frustracji. Nie ma gniewu, że pomimo tylu pieniędzy, tylu godzin pracy, pomimo kolców pies dalej ciągnie. Nie… jest spokój,  zrozumienie i pokora. Zrozumienie tego, że jest to bardzo silny i bardzo mocno utrwalony nawyk, coś co sprawia psu przyjemność. A kiedy dojdzie do tego temperament i emocjonalność Donnera, to, że zawsze będę mniej interesująca niż ten straszny rottweiler z naprzeciwka, czy uciekający królik. Ale kiedy trzeba zapracować Donner zapracuje. Tylko może kilkakrotnie zapomnieć o tym, że dalej pracujemy lub ogłuchnąć na kilka minut, ale na pewno nie zareaguje już agresją w stosunku do mnie, a ja wiem jak mu pomóc pokonać to co go przeraża lub denerwuje. Także nie, kolczatka zdecydowanie nie jest dla nas i dosłownie dostaję furii, kiedy czytam rady w stylu „tylko kolce Ci rozwiążą problem”, „kolce nie robią psu krzywdy”, „kup sobie kolczatkę i olej te metody pozytywne”, „nie mam czasu na prace z psem, kolczatka załatwi problem”. Boże… nie dość, że tak wiele (pseudo)fachowców nie wie jak szkolić psa na kolczatce, to kupują ją jeszcze przeciętni ludzie, którzy chcą je stosować na własną rękę. Wiem, że w pewnym momencie człowiek jest gotów zrobić wszystko, wiem, że nie każdy ma wiedzę i może świadomie i obiektywnie wybrać, ale wiem też, że kolczatka nie zawsze działa (choćby nasz przypadek, kiedy pies ciągnie na niej tak samo, lub nawet bardziej), a wbrew pozorom potrafi wyrządzić większe szkody niż przynieść korzyści (I nie mówię o tych słynnych zdjęciach krążących w Internecie, o tym jak kolczatka poprzebijała szyję psa – nie… takiej krzywdy kolczatka nie jest w stanie zrobić, chyba że się psa na niej wiesza). Przede wszystkim to nie o szkody fizyczne mi chodzi, a psychiczne, które wyrządza zarówno psu, który boi się właściciela jak i opiekunowi, które czuję fizyczną dominację nad psem i który niejednokrotnie używa kolców do rozładowania swojej frustracji i wstydu, że pies znowu ciągnie, lub zaatakował czy na szczekał. Rzadko kiedy sama w sobie służy jako korekta „weź ogarnij się” – zdecydowanie częściej jako „znowu to robisz, już ja Cię nauczę!”, ale przecież jesteśmy humanitarni nie bijemy psów… nie znęcamy się nad nimi…

Nie ma nawet jak ładnie zakończyć tego wpisu. Są psy którym pomogła – ok, ale czy nie dało się inaczej? Pewnie dało, tylko czy spróbowano? Są przypadki, kiedy kolce służą do podniesienia motywacji i szybkości wykonywania ćwiczeń. To też prawda, ale robią to specjaliści, mistrzowie, używają i odstawiają, a nie stosują na co dzień.  Nie… Żadnej drogi na skróty, żadnej agresji, żadnej awersji. I to już nie chodzi o to, że psa boli, bo w wielu przypadkach – nie boli, więc po co? Bo łatwiej, bo szybciej, bo wszystko dla ludzi. Wybór pozostaje indywidualny, ja swój już podjęłam i jako bardzo świadoma swoich słów osoba, mówię im NIE. Nie, bo na nich pracowałam, nie, bo widziałam ich pozytywne i negatywne efekty, nie bo jestem dowodem na to, że da się inaczej nawet z psem problematycznym. Nie jest to moda, nie jest to gadanie obrońcy zwierząt, czy psiarki, która chce być fajna w Internecie i pouczać innych mimo, że mało co tam wie, tylko przemyślenie osoby świadomej tego co pisze, a piszę to w odpowiedzi na wszystkie pytania, które mi zadajecie: Czy warto kupić kolczatkę, żeby pies nie ciągnął – widziałam, że Donner nosił. Pomogła? Czemu już nie nosi? Moją odpowiedź znacie, a jeśli używacie kolczatek to szczerze jeszcze raz się nad tym zastanówcie, nawet jeśli Wam pomogła. Czy nie dało się inaczej? Czy spróbowałem wszystkiego, za nim zdecydowałem się na kolce? 

To już rok bez kolczatki – da sie!

Na koniec powiem Wam, że miewam chwile zwątpienia. Kiedy Donner ma gorszy dzień i rzuca się na wszystko i wszystkich, kiedy o mało co mnie nie wywróci i nic do niego nie dociera. Idąc wtedy taka wściekła z tym moim burkiem, powtarzam sobie: Założę kolczatkę! Jeden raz, jeden krótki spacer i się ogarnie. Bo już nie mam siły… I wiecie co? Wracam do domu, patrzę na zdjęcie z roześmianym pyskiem Budzika, widzę jak Donner i Elza zaczynają się bawić, a potem za kilka godzin wychodzimy na kolejny spacer na… szelkach. Szczerze powiedziawszy nawet nie wiem gdzie mam kolczatki. Ale chce tylko Wam pokazać, że da się bez kolców. Że można mieć wspaniałego psa, cieszyć się życiem z nim, nawet jeśli nie trenuj profesjonalnie IPO, OBI i nic sportowo nie osiąga (co ostatnio jest bardzo modne: nie trenujesz z psem – nie istniejesz). I nie powinno nikogo obchodzić co robisz ze swoim psem, jak się zachowuje i czy już umie wyszczekać Pana Tadeusza trzynastohaukowcem. Jeśli ktoś ma problem z Tobą i z Twoim psem – to jest jego problem. Jeśli komuś przeszkadza, że Twój pies nie chodzi noga, nie wlepia w Ciebie oczek, lub nie robi czegoś elegancko – to jest jego problem. Nie musisz robić nic by inni byli zadowoleni. Więc jeśli nie przeszkadza Ci, że Twój pies czasem pociągnie, nie ma sensu kupować mu kolczatki, by udawać przed innymi, że teraz jest ok. Ty bądź szczęśliwy, niech Twój pies będzie szczęśliwy i po prostu żyjcie razem.

Jeszcze słówko o łańcuszkach zaciskowych i dławikach: nie mam i nie miałam, i nie widzę sensu ich stosowania. Okej dostałam jakiś czas temu do testów półzaciski (nie jest to wprawdzie dławik, ale niektórzy stosują je do oduczania ciągnięcia dopasowując jako „bezpieczny” zacisk z funkcją stop) ale efektu nie było, więc zostały dopasowane jak zwykłe obroże i podpinane są tak, by się nie zaciskały. Ale wróćmy do dławików i zacisków. Może nie są tak brutalne jak kolczatki, ale cudów też nie robią, (w sumie skoro kolczatka nie pomogła, to co może pomóc dławik?) a więcej o dławikach i łańcuszkach przeczytacie na stronie Canid: Łańcuszki zaciskowe – fragmenty. Co do halterów, czy też „kagańców uzdowych” …  też odradzam. Wyobraźmy sobie sytuację: 40kg pies na halterze wyrywa przed siebie za rowerzystą, na pełnej prędkości, halter odwraca go za mordę, a w powietrzu słyszymy trzask skręconego karku… (Nie realne? to ja Wam powiem jak boli kręgosłup, kiedy taki pies wyrwie, będąc na szelkach, smyczy z amortyzatorem a ja mam pas do biegania… mnie się słabo zrobiło, a amortyzator przecież zamortyzował całe szarpnięcie, to pomyślcie co się dzieje z odcinkiem szyjnym u psa, kiedy tak go halter obróci…) to chyba jeszcze gorsze niż kolczatka, szczególnie u psów, które mają takie odpadły (mówię o sytuacjach skrajnych psów z faktycznymi problemami)… dalej je polecajcie je jako rozwiązanie problemu ciągnięcia w psach poza kontrolą, razem z OE. Eh…  Mam nadzieję, że odpowiedziałam przynajmniej na część Waszych wątpliwości, trochę to trwało, bo chciałam opublikować ten post w (mniej więcej) rocznicę kursu w Canid, od którego to wszystko się zaczęło, ale chyba warto było czekać i dobrnąć do końca. (Mam nadzieję).

wp_20160827_15_22_06_pro

Elza – szkolenie metodami pozytywnymi, w domu.

(Visited 1 485 times, 1 visits today)
  • Magdalena

    Prawie jak moja( nasza historia tez z owczarkiem) stare awersyjne metody,ale nie na kolczatce tylko dławiku bo niby krzywdy nie robią,kołowrotki itp każde spojrzenie na psa,nie wykonanie komendy ostra korekta,Kliker dla owczarka chyba przewodniczka śmieszna jest…..takiego psa ostro bo zagryzie ludzi i psy, Dużo złego żeśmy przeszli na związkowym szkoleniu ZKwP, spróbowałam tego co nie możliwe klikera smaczków ,robienie z siebie pajaca, Wprawdzie jest jeszcze ta kolczata bo narazie jeszcze są wyskoki do psów (flustracja,) a ja niska więc kontrole na ulicy musze mieć,ale jest coraz lepiej malę kroczki duża radość i kiedyś bedzie obroża na codzień (anie jak teraz tylko do ćwiczeń,zabaw ze mna badz z psami) Niestety będą na grupie fb ludzie tam uważają ze owczarek ma być z charakterem i owczarka nie szkoli sie klikerem bo to brednia,takiemu psu trzeba pokazac jego miejsce.Według mnie więcej powinno się mówić naświetlać szkolenia przez ZKwP bo człowiek nie świadomy tego jak się psa szkoli robi tak jak każą ,wyrządzając tym samym psu krzywde jak również pies traci zaufanie.My idziemy drogą Donnera 😉 więć wiem jak to jest.Pozdrawiam

    • To nie jest reguła. Miałam jedną trenerkę z ZKwP, niestety bardzo szybko odeszła z tej szkoły w której się uczyliśmy i ona bardzo dobrze i pozytywnie prowadziła szkolenia. No ale zabrakło jej tego czegoś by walnąć mnie w ten pusty łeb. A kiedy odeszła, druga osoba wprowadziłam rygor… policyjny? Myślę, że te złe szkolenia to domenta starych, wieloletniech treserów, którzy nauczyli się tak x lat temu i przez lata to działa więc po co zmieniać. Młodsi teserzy są już trochę bardziej otwarci, ale zawsze znajdą się tacy, którzy wierzą w metodę siły i dominacji.

  • Amelia super tekst. Niewiele osób jest takich, które otwarcie mówią o swoich błędach, porażkach – a Ty właśnie tak, bardzo szczerze, zrobiłaś, zagrałaś w otwarte karty i utarłaś nosa paru osobom :).
    To szkolenie, które opisujesz sprzed 10 lat… Brak mi słów – a myślałam, że to ja beznadziejnie trafiłam na pierwszego instruktora (właśnie, co ciekawe, ja dziś też, podobnie jak Ty, napisałam o moich doświadczeniach z pierwszej szkoły), ale o tym, żeby kolczatka była wymogiem, to jeszcze nie słyszałam. Tak bardzo mi żal tych wszystkich psów, które trafiają do takich szkół, że nie wiem. I mimo tego, że wiedza o „nowoczesnym” szkoleniu psów jest dziś na wyciągnięcie ręki, to takie szkoły nadal żyją i zarabiają, tragedia.
    Na koniec – gratuluję postępów z psami i Twojej postawy. Mówiąc fejsbukowo, lubię to 🙂

    • Ah! Tak, zaczęłam czytać Twój wpis w między czasie jak ten sie ładował i byłam w szoku, że jednego dnia mamy takie same przemyślenia, ale potem miałam „tragedię sikową” i pobiegłam z Elką na dwór i zapomniałam dokończyć 😛 (dzisiaj to nadrobię). Niestety lata lecą a nic się nie zmienia, przykałdowo szkoła Donnera do tej pory kiedy pies ciągnie sprzedaje kolczatki i proponuje dławiki mimo tego. Nie wiedzą, że świat się zmienia? Wiedzą, tylko tak jest łatwiej, szybciej i wygodniej i klient będzie zadowolony, bo większe prawdopodobieństwo że pies przestanie ciągnąc nie robiąc właściwie nic w tym kierunku by go tego oduczyć.

  • Nie ze wszystkim się zgadzam, ale podoba mi się Twoja szczerość. Wprawdzie sama kolców nie używam, ale nie mam nic przeciwko metodom awersyjnym używanym stosownie do okoliczności i z głową. Wiadomo, że ludzie przekręcą i wypaczą co się tylko da, więc znajdą się i tacy, którzy będą uczyć „siad” przy pomocy OE – ale sama po sobie widzisz, że jak ktoś się uprze na jedna metodę szkoleniową, to już inne docierają z dużym trudem.

    Jeśli chodzi o docenianie drobiazgów, to mamy podobnie – Sheala wprawdzie wydaje mi się łatwiejszym w prowadzeniu egzemplarzem niż Donner, ale ma swoje odpały, których przepracowanie jest dla mnie ważniejsze niż perfekcyjnie wyćwiczone komendy sportowe. Niby jedno nie wyklucza drugiego, ale po spacerze wśród podwórkowych ujadaczy, których trzeba ładnie mijać suka nie nadaje się już do głębszych przemyśleń 😛

    Wydaje mi się, że pózacisk to nie ma być obroża korekcyjna, tylko taka, które pies nie zdejmie przez łeb ciągnąc w tył. Moja akurat takiej sztuczki nie zna, nie wykazuje też chęci zrywania się ze smyczy, ale są psy, które maja takie karczycho i tak tycią łepetynę, że wystarczy, że się cofną i obroża zjeżdża – półzacisk nie zjedzie. Oczywiście powinien być wyregulowany normalnie, a nie na pętlę szubieniczną, no ale całego świata nie doedukuje się na siłę.

    • dobrze to ujęłaś, półzacisk jest najlepszy dla tych psów które próbują zdjąć sobie obrożę.

      • To prawda, ale w cześci szkół polecają półzacisk jako „humanitarne” zaciski z formą „stop” czyli zaciskamy tylko do pewnego momentu, mając więc w ręce półzacisk postanowiła to przetestować, jako zacisk z funkcią stop stąd to wtrącenie. Czasem muszę na własnej skórze coś sprwdzić.

    • Metody awersyjne mają sesn, ale z głową. Kiedy pozytywne zawodzą, czasem coś bardziej dosadnego pomoże, ale jak cąły czas jedziemy po bandzie, pies po pewnym czasie zaczyna to zlewać, a nam brakuje argumentów. Przykładowo: kiedy zawsze drzemy się na psa „stój”, „do mnie” pies z czasem się przyzywyczaja do tego tonu. Ale kiedy na codzień mówimy normanie, spokojnie i w sytuacji kryzysowej ratującej skórę naszemu psu wydrzemy się na niego wówczas szybciej to do niego dotrze, bo mamy argument.

  • Agata

    Pierwsza myśl to Amen! Bo napisałaś tu wszystko! U nas było podobnie, poprzednia sunia była psem bezproblemowym praktycznie, a potem trafił mi się diabeł tasmański z problemami… Kolce, halter, zacisk też to przerabialiśmy (choć metody pozytywne częściowo znałam bo uczyłam tak poprzednią sunię podstawowych komend o dziwo samodzielnie bez szkolenia, bo i kasy jako uczennica nie miałam na takie rzeczy, ale nie umiałam ich zastosować w życiu codziennym do pracy z problemowym psem). Miałam to szczęście, że jako laik gdzieś na początki drogi z moim pierwszym psem przewinęła mi się książka pani Z. Mrzewińskiej i od niej nauczyłam się pozytywnego szkolenia komend podstawowych (a jak napisałaś, wtedy internet to był luksus w domu). No ale wracając do sedna 🙂 Też sfrustrowana, już nawet w pewnym momencie zrezygnowana, drogą pantoflową trafiłam na fajnego szkoleniowca i z jego pomocą dostrzegłam światełko w tunelu dla nas 🙂 U nas mija już ponad 1,5 roku jak naprawiamy swoje błędy, ostatnim naszym osiągnięciem w końcu było znalezienie sposobu na spacer na luźnej smyczy czasem przy nodze czasem przed, ale ciągnięcie w 90% wyeliminowane 🙂 Nadal ćwiczymy nad agresją na psy, ale za to ludzi mija już obojętnie 🙂 Mamy swoje małe sukcesy i dalej pracujemy nad kolejnymi 🙂 Nie mam już parcia żeby Deni, kochała wszystkie psy naszym realnym marzeniem jest żeby umiała je spokojnie na ulicy minąć (choć wiem, że przy umiejętnym zapoznaniu zaakceptuje innego psa, ale no nie oszukujmy się nie ma szans na takie cuda jak kogoś obcego mijasz z psem a tamten jeszcze szczeka, rzuca się i gapi Deni w oczy…). Pozytywne szkolenie jest o niebo lepsze, fakt czasem bardziej czasochłonne, ale ile daje radości obudów stronom zainteresowanym 🙂 Pozdrawiam i łapa od Deni dla Donera i Elki 🙂

    • Dzięi za ten komentarz! I trzymam za Was kciuki! 🙂

  • Anna Rzepka-Calik

    Hej Hej, my na szczęście nie mieliśmy doświadczeń z kolczatką ani niczym takim, bo szybko już w szczeniaczkowie trafialiśmy do szkół z pozytywnymi metodami szkoleń. Szybko były szelki i tak już zostało, chociaż czasem Bonzo szarpie na smyczy albo pociągnie do rowerzysty czy auta, to jednak na szczęście waży 30kg i jakoś daję radę go utrzymać. Dużo daje korygowanie go na szelkach jak ciągnie na zasadzie po łuku go ciągnę i mówię wróć (też pokazano nam na szkoleniu, bo był głuchy i na nic nie reagował) i po kilku takich przypominajkach jakby sobie przypomina i przestaje ciągnąć. Ale wciąż ludzie myślą, że kolczatka jest wyjściem. Raz gość przyszedł na szkolenie sama obroża i smycz, pół roczny czarny piękny owczarek i wyrywał do Bonza, zasugerowałam gościowi że może na szelkach byłoby mu łatwiej go utrzymać, w odpowiedzi już przy treserce powiedział że w poniedziałek dostanie kolce to się nauczy… na szczęście treserka, szybko zaczęła go przekonywać, że nie tędy droga, a jak widziała że to nie pomaga, powiedziała mu że jak przyjdzie w kolczatce na zajęcia to go nie wpuści…tacy ludzie tylko w Krakowie;)

    • „Jak przyjdzie w kolczatce na zajęcia to go nie wpuści” BRAWO! 🙂

  • Patrycja

    Używałam kolczatki przez baardzo krótki czas, jednak nie dawała efektów. Kiedy była już na skraju załamania nerwowego…ktoś podlinkował mi szelki EASY WALK. Nie, same szelki nie sprawiły, że pies przestał ciągnąć. Sprawiły, że, gdy pociągnął ja nie latałam za psem, a byłam w stanie bez problemu go utrzymać… W AS-ie powiedziano mi, że gdy widzi coś tam i do tego się wyrywa to nie wolno mu się tam ciągnąć, ani ja nie mogę go odciągać – jedynie podszarpywać( żeby smycz była też luźna) i takim podszarpywaniem udało nam się wypracowaćzy ładne chodzenie na smyczy( nie idealne przy nodze, ale przy luźnej smyczy). w tym momencie zakładam już mu te szelki odwrotnie, czyli zapięcie na górze. Jest dobrze, do tego stopnia, że zastanawiam się nad Julius K9…:)
    A Donnera podziwiam za jego zachowanie w stosunku do Elzy! Wygląda na szczęśliwego:):)

    • Nam też tak radzono z poszarpywaniem, ale to nie zdało rezultatu przy Donnerze, który dostawał jeszcze większego ataku szału i starał się wyładować to poszarpywanie na tym na czym się zafiksował wcale się nie dziwię, bo kojarzył to z przyczyną dyskomfortu. Widzi coś strasznego albo interesującego, a ktoś go ciągle poszarpuje dodatkowo denerwując. Ja nauczyłam Donnera zwracać na mnie uwagę w takim przypadku, lub oswajać z tym czymś na zasadzie: spojrzenie na to co się zafiksował = nagroda. Wypracowałam tak rowery, ludzi, psy o ile mam czas go uspokoić, a nie ktoś idzie prosto na nas z rozwrzeszczanym yorkiem. Owszem to nie jest tak, że czasem go nie będę poszarpywać, szczególnie kiedy idzie z odwróconą głową i ma zamiar rozbić się na latarni bo jej nie widzi, bo wpatruje się w pieniek który wydaje mu się że jest psem. Ale to jest bardziej na zasadzie „hallo, ziemia do Donnera”.
      A co do szelek easy-walk, też się przymierzam do kupna i testów, bo są dużo bezpieczniejsze dla psa i rąk opiekuna, kiedy zdarzają się psie odpały. 🙂