Kurs Instruktorski Canid 2017

17 maja 2017, godzina 21:25

Siedzę przy szklance Coli z domieszką rudego trunku pędzonego na myszach, którego smak próbuje przełamać grubym plastrem cytryny. Właśnie wróciłam z ostatniego, trzeciego już zjazdu dla instruktorów w Centrum Kynologicznym Canid. Popijam mojego ulubionego drinka patrząc na śpiące na wersalce psy, okryte kocykami – tak jak najbardziej lubią – i zastanawiam się co poszło nie tak. Jak to się stało, że Donner, który mnie zawsze zaskakiwał w takich sytuacjach, tym razem zawiódł. Czemu pokazał absolutne nic. Ba… zaprezentował się gorzej niż na pierwszych zajęciach, pierwszego szkolenia. Jakby nigdy nikt, nic z nim nie robił. Jak to się stało, że mimo iż ciągle jest progres, ciągle pokonujemy kolejne przeszkody, rozwiązujemy kolejne problemy, zawiodły nas rzeczy, które nie miały prawa zawieźć.

A: No, weź…. // D: Sama sobie weź.

Na nasz spektakularny występ miało wpływ niewątpliwie wiele czynników. Zarówno i przede wszystkim mój brak czasu i przemęczenie pomiędzy kolejnymi zjazdami, w efekcie czego treningi były krótkie, nieregularne, nieprecyzyjne i tak naprawdę nie dawały nam nic nowego, a właściwie powodowały regres. Bo zamiast odkładać nagrodę, ona była niemal cały czas z nami i częściej niż zwykle. Do tego dołożył się mój stres i mimo, że jestem na co dzień człowiekiem, który raczej dobrze radzi sobie ze stresem, w końcu liczne audyty i użeranie się z ludźmi nauczyło mnie dystansu do tego co dzieje się w około, jednak kiedy na czymś zależy nam niesamowicie mocno okazuje się, ze nie jesteśmy takimi chojrakami jak nam się wydawało, czego jestem idealnym dowodem. A mój stres i ambicja, że musimy – spowodowała, że Donner uznał mnie za osobę której dla własnego dobra lepiej nie słuchać, bo jest jakaś dziwna.

A więc to moja wina? A może Donner miał gorszy dzień? Pogoda, ciśnienie, osłabianie psa? Ale obiektywnie mówiąc Donner to miał chyba gorszy tydzień…

Już pierwszego dnia kursu pokazywał mi, że jest coś nie tak, zupełnie odmawiając pracy, póki nie zaczęłam stawać na rzęsach by zainteresować łaskawie psa pracą. Kolejnego dnia nie było wcale dużo lepiej, choć przynajmniej Donner postanowił mnie zauważyć (łaskawca). Dnia trzeciego pies do pracy nie wyszedł. Jako, że mieliśmy warsztaty z agility z Tomkiem Jakubowskim dałam psu dzień przerwy i wyszłam z Elą, której taki rodzaj zajęć bardzo się przydał i liczyłam na to, że Donner przemyśli swoje zachowanie i ocknie się z tego amoku.

Ela i Killer

Niestety… ostatniego dnia przyszedł czas na egzamin. Widząc jak Donner pracował, chyba trochę liczyłam na cud. Na to, że nagle mu się coś odblokuje i wróci mój genialny, wpatrzony we mnie piesek i pojawi się na placu to, co potrafi zaprezentować na spacerze, czyli piękny aport. Niestety… kiedy zgłosiłam gotowość do egzaminu, Donner odmówił pracy. W drugim podejściu jakimś niewyjaśnionym zbiegiem przypadków udało mi się rozpocząć egzamin i w jakiś równie niewyjaśniony sposób zrobiliśmy 20 sekund patrza na 100% (tak samo siad zostań) oraz dwa ćwiczenia z siadem z marszu na ponad 80%. Ale potem było już tylko 0… 0… 0…. Odmowa pracy… egzamin niezdany. Ale próbowaliśmy, już nawet, kiedy ćwiczenia były tak skopane, że się nie liczyły musiałam siłą woli przeciągnąć tego mojego Burka przez plac czerpiąc pokłady mocy nadprzyrodzonej, tylko po to by dowlókł się do mnie, nawet jakby miał przewąchać każde źdźbło trawy.

Cóż… cudu nie było. Nie pomogły szeleszczące skrzydła tysiąca aniołów nad moim łóżkiem, które zbudziły mnie pewnego poranka okazując się kopciuszkiem. Tym bardziej jest to dla mnie ważne, bo mało kto wie, że ptaki, ich obserwowanie i „kolekcjonowanie” widzianych gatunków jest czymś co uwielbiam, a kopciuszka na żywo, na wyciągnięcie dłoni jeszcze nie widziałam. Niestety moje anioły nie za bardzo lubią psy i nie pomogły mi w egzaminie, za to umiłowały wiedzę, dzięki czemu teoria poszła mi całkiem nieźle.

Killer

I co teraz? Różne rzeczy chodziły mi po głowie. Najłatwiejszym wyjściem było by wysłanie Donnera na zasłużoną emeryturę i zrobienie Elki, która już całkiem nieźle radzi sobie z częścią ćwiczeń. W końcu z Donnerem zrealizowałam już tyle rzeczy! Ostatnie 4 dni, chodziliśmy na spacery bez linki, nie tylko po polach i pastwiskach, ale i w lesie. Kiedy na naszej drodze pojawiali się koledzy kursu z psami, Donner nie zachowywał się agresywnie ignorował ich, dawał się zapiąć na smycz – ot normalny pies. Przecież na egzaminie podchodził do Eweliny i jakoś wszyscy go przeżyli, mimo że wokół placu kręcili się robotnicy, koparki i inne rozproszenia, które Donner powinien był zabić za samo pojawienie się w zasięgu wzroku. No właśnie… zrobiłam z Donnerem tyle rzeczy, że nie wyobrażam sobie nie zrobić z nim egzaminu. Więc postawiłam sobie cel zrobienia dwóch psów. Tak, egzamin mam zamiar zdać zarówno z Elką jak i z Donnerem. Czy to będzie wrzesień, czy październik, czy wiosna 2018 – nie wiem. Nie wiem ile będę miała czasu, a raczej ile go nie będę miała, ale to zrobię. Szczególnie, że jak patrzyłam na nasz protokół to jestem przekonana, że Donner pracując tak, jak na drugim zjeździe zdałby go bez problemu, na minimum, bo trzeba by poprawić szczegóły i precyzję, ale by go zdał. I to mówię z pełnym obiektywizmem. Wiem na co stać mojego psa i wiem, że są to rzeczy, które umie, i to nie przypadek.

No ale cóż teraz żyjemy dalej. Cieszę się tym co mam, co wypracowałam z Donnerem, tym że oddaje zabawkę, że może chodzić bez linki. Że zrobiłam kurs instruktorski i w końcu rozumiem to co robię, to co widzę i to co się dzieje z psami, a nie tylko to robię, bo się tego nauczyłam, albo mam „intuicję”. Jestem w stanie przeanalizować zachowanie, sytuacje i wyciągnąć z tego wnioski, ale również znaleźć przyczyny, by w przyszłości stało się inaczej. Świadomość tego co się dzieje i tego co się robi, jest tak samo ważna jak doświadczenie wypracowane metodą prób i błędów kiedy działa się tylko na efekt końcowy. A dzięki wiedzy, mam nadzieję, że nie będzie to błądzenie po omacku w celu znalezienia właściwej drogi, bo teraz wystarczy tylko zastosować w praktyce to co się wie, by zadziałać nie na efekt ale na przyczynę, by zmienić to co już widzimy.

Przed nami ciężka praca, dużo zabawy, wbrew pozorom dużo samorealizacji i ciągle trwającej bajki pod tytułem spełnianie marzeń.

Ela – agidog

Czy to co się stało jest porażką? Czy powinnam się wstydzić i zastanowić nad życiem? Cóż… A czy sportowiec zawsze musi zdobywać pierwsze miejsce? Czy nigdy nie może odpaść w eliminacjach? Czy przegrana lub słabsza lokata świadczy o tym, że to pomyłka, że jest nic nie wart? A może po prostu trzeba wziąć się w garść i następnym razem zrobić to lepiej. W końcu waruj w przywołaniu jest do wyuczenia! Jak nauczyłam Donnera nie uciekania po spuszczeniu ze smyczy i wracania do mnie, to czym jest głupia minuta chodzenia noga na kontakcie wzrokowym. No niczym! Po prostu, trzeba wziąć i zrobić. Bo się da i to zrobimy. Tak samo jak zrobiliśmy rzeczy, których mieliśmy nigdy nie zrobić. A zrobimy jeszcze wiele więcej. Bo prawdę mówiąc nawet gdybym zdała egzamin na 100% to i tak (w moim przypadku) nigdy nie będzie to szczyt i zawsze znajdę nowy cel, który postanowię zrealizować. Nowy sport, który poznam lub nową przeszkodę, którą pokonamy z Donnerem, choćby było nią wchodzenie na psi wybieg pełny rottweilerów. Bo wiecie co? Kiedy wracasz z kursu, z jednej strony szczęśliwy, bo zrealizowałeś swoje marzenie, wiesz że jesteś tu gdzie powinieneś być i choć czujesz żal, że nie jest w 100% tak jak chciałeś, to kiedy odpalasz auto i po chwili słyszysz „Doceniaj to co masz; Zapomnij czego nie ma; I nie martw się na zapas” to masz wrażenie, że jest dokładnie tak jak miało być. I jest w tym jakiś głębszy sens. Że egzamin – to tylko egzamin i może to, że muszę go powtórzyć jest tylko dodatkiem do prawdziwego powodu, dla którego muszę wrócić. Może i dobrze się stało, bo zdanie fartem i bez problemów nie dało by nic, poza samozachwytem, butą i przekonaniu o swojej cudowności. A tak, życie po raz kolejny nauczyło mnie pokory. I dobrze, bo im więcej serca wkładam w to co robię, tym lepiej jestem w stanie zrozumieć osoby z którymi przyjdzie mi pracować i wyjaśnić im to, że nie da się ot tak – zrobić, zdać, zapomnieć, a wychowanie psa to nie jest cud tylko ciężka praca i długotrwały proces. Zdecydowanie. W moim życiu mało rzeczy dzieje się od tak, a właściwie każda dobra i zła rzecz miała swój cel. Nawet to, że robię kurs w Canid, a nie gdzie indziej nie jest przypadkiem, choć wydaje mi się że wybór szkoły taki był. No bo czy nie było to w pewien sposób zaplanowane, gdzieś tam na górze, że to będzie tylko początek, bo przecież nawet jeśli myślałam o założeniu kiedyś, w innej galaktyce psiej szkoły, prawdopodobnie bym się nie odważyła. A skończyło się Warszawskim Oddziałem Canidu. I tak jest ze wszystkim. Nawet głupia reklamacja zlewu w Obi, miała głębszy cel jakim było wysłanie nas do innego sklepu do którego byśmy się nigdy nie wybrali, tylko po to by kupić od ręki drzwi, na które w kilku innych sklepach musielibyśmy czekać miesiąc. Te moje aniołki to jednak bardzo przebiegłe istotki, ale jak widać skutecznie popychają mnie tam gdzie chcę, a może tam gdzie powinnam?

Instruktorska ekipa – wspaniała atmosfera i nowe przyjaźnie!

Także kończąc te wpis, posłuchajcie nowej piosenki Kayah. Nie jest to psia piosenka, ale chyba będzie tą, która będzie mi towarzyszyła przez najbliższe tygodnie podczas psich treningów. No bo #PoCo się martwić, trzeba żyć chwilą i tym co jest teraz, tak jak pies, a jutro? Jutro ważne by miało pełną saszetkę smaczków i będzie na pewno fajne!

(Visited 276 times, 1 visits today)
  • Dariusz Kędziora

    Amelia jestem pewien że dasz radę ponownie, czasami różne
    czynniki powodują że jest jak jest w danym momencie, psisko zawsze robotem nie będzie
    ;). Zaszłaś już daleko i pewnie dalej pójdziesz do przodu, a my trzymamy za was
    kciuki. Byliśmy teraz na pierwszym tygodniu trenerskiego i pies z dnia na dzień
    gasł mi w oczach żeby na końcu odmówić współpracy, wróciliśmy do domu i już
    sobie to poukładałem w głowie ( rozbiłem tym wyjazdem psu jego schemat dnia i
    zabrałem w sumie większość przyjemności oferując w zamian tylko pracę, ale mądre
    psisko pokazało że nie tedy droga). Ćwiczymy dalej w nadziejni na przyzwoity efekt końcowy
    za trzy tygodnie, jak nie wyjdzie będziemy walczyć dalej nie zapominając o
    dobrej zabawie z psem.

    Pozdrawiamy serdecznie Issa / Darek

    • Szkoda, że nie dam rady przyjechac do Was nankurs na parę dni… Na pewno efekt będzie niesamowity. 😉 Trzymam za Was kciuki!

  • Ewa

    To za co psom można zawdzięczać najbardziej to ciągłe uczenie nas pokory.
    szkoleniowiec bez pokory nigdy niczego się nie nauczy i nie wyciągnie żadnych owocnych wniosków.
    A kopciuszka…toć to w mieście jest ich mnóstwo! To chyba najczęściej widywany przeze mnie ptak miejski 🙂 Ale, jeśli nadal nie będzie chciał Ci się ukazać, zapraszam do siebie. Ja po raz pierwszy w życiu widziałam ostatnio na wyciągnięcie ręki kukułkę. Słyszałam i widziałam w locie nie raz. Ale widzieć tą pokraczną kreaturkę z bliska to było prawdziwe objawienie 🙂

    Głowa do góry i do przodu!
    podopieczni.blogspot.com

    • O widzisz, a ja kukułkę nieraz widziałam, haha. Ale w mieście gdzie teraz mieszkam, prawie nie ma ptaków (opryski w sadach rbią swoje) a w Lublinie mieszkałam pod lasem więc widziałam mało miejscie ptaki. Blotniaki zbożowe, zielone dzięcioły, wilgi – to codziennie, także co region to coś nowego 🙂
      A co dosamego kursu – to cóż, widać jeszczę nie mój czas, ale się poprawimy 😉