27Gru

Malta – muzeum pod gołym niebem

Koniec roku, a właściwie sam grudzień był dla mnie bardzo ciężkim czasem. Najpierw długa i męcząca delegacja, później wakacje na Malcie, święta i planowany wyjazd na Sylwestra do Asi i cardiganów. Nie dziwcie się więc, że na blogu była cisza. Jeśli doliczymy do tego nieplanowany zgon mojego laptopa, szybko okaże się, że koniec roku wyjątkowo nie sprzyja blogowaniu. Dlatego też korzystając z chwili oddechu, kiedy psy śpią umęczone po godzinnym hasaniu po łąkach, a M. pogrążony w swoich sprawach udostępnił mi swój komputer, w końcu mogłam coś napisać. A naszykowałam Wam wpis, którego większość z Was się nie spodziewa. Nie jest on bowiem psi. Będzie to relacja z naszej podróży po Malcie. To co? Potrzebujecie trochę słońca? Jeśli tak, zapraszam Was na niesamowitą przygodę po wyspie, która nie bez kozery nazywana jest muzeum pod gołym niebem.

Wakacje na Malcie zaplanowaliśmy, a raczej M. zaplanował „z dnia na dzień”. Pamiętam, że wróciłam wtedy z warsztatów Canid i M. zapytał mnie, czy mam jakieś psie plany na grudzień, bo właśnie kupił bilety lotnicze na Maltę. No i tak to się zaczęło…

Dnia 12.12.2017 późno w nocy wylądowaliśmy na Malcie, skąd taksówka, czy raczej hotelowym Uberem pojechaliśmy do Bugibby, gdzie mieliśmy zarezerwowany hotel. Jeszcze ostatkiem sił udaliśmy się o północy na pizzę i po zameldowaniu się w hotelu SeaShells padliśmy nieprzytomni. Niby tylko 3h lotu, ale sama odprawa, oczekiwanie na lotnisku, stres związany z podróżą i grudniowe przemęczenie po intensywnych delegacjach dały nam w kość. Mimo to kolejnego dnia zerwaliśmy się bardzo wcześnie gotowi na podbój Malty.

Pierwszy dzień:

Na pierwszy ogień zaplanowaliśmy sobie mały trekking, wybrzeżem na klify widoczne nieopodal. Malownicza droga Saint Paul’s Bay prowadziła nas wzdłuż nabrzeża przez kolejne dzielnice Bugibby do Il-Mistra, które okazało się, że leży zdecydowanie dalej niż nam się wydawało. Kiedy dotarliśmy do założonego celu, jakim było Selmun Palace. Po ponad 8km trekkingu stwierdziliśmy, że wrócimy autobusem linii 221, gdyż droga powrotna, którą zaplanowaliśmy wiodła ulicą.

Komunikacja na Malcie:

Malta jest świetnie skomunikowana, jeśli chodzi o autobusy. Wiele przewodników poleca wynajęcie samochodu, co jest dość ryzykowne przy ruchu lewostronnym i mentalności włoskich kierowców. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę wysokie temperatury w sezonie, samochód może okazać się zbawieniem. Bowiem, mimo że komunikacja na Malcie jest świetna, bilety za 1,5€ są dwugodzinne, więc na jednym bilecie można przejechać na drugi koniec wyspy, to niestety autobusy mają swój tajny rozkład. Nie zdarzyło nam się, by jakikolwiek przyjechał zgodnie z rozkładem. Po pewnym czasie wychodziliśmy na autobus – ot tak, po prostu. Bo nigdy nie można było mieć pewności czy autobus nie był już kilkanaście minut temu, czy będzie dopiero za jakiś czas. Co więcej, jeśli ktoś ma problemy z chorobą lokomocyjną polecam zaopatrzyć się w Aviomarin, ponieważ 80-90km/h w komunikacji miejskiej po serpentynach to raczej norma.

Na kolację pierwszego dnia udaliśmy się do restauracji znajdującej się tuż przy naszym hotelu i polecanej przez TripAdvisor. Ocean Basket zaskoczyło nas talerzem pełnym owoców morza i ryb, których we dwoje nie mogliśmy przejeść, a my jeść lubimy i to bardzo. Także z czystym sercem polecam wybrać się do tej restauracji na owoce morza.

Drugi dzień:

Koniecznie musieliśmy zobaczyć stolicę Malty – Vallettę (spod naszego hotelu dojedziecie tu autobusem linii 45). Niestety poza sezonem, całe miasto było w remoncie i wiele znanych miejsc (np. Fontanna Trytona) były zagrodzone płotem. Mimo to miasto zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Po kilkudziesięciu minutach łażenia bez celu po wąskich uliczkach Valletty napawając się ich urokiem zadecydowaliśmy, że najwyższa pora na zwiedzanie. Swoją wycieczkę po muzeach rozpoczęliśmy od Muzeum Wojny, które szczerze polecam. Mimo że nie ma zbyt wielu eksponatów to interaktywnie pokazuje historię i dzieje Malty. Wszystkie sale podzielone na okresy historii usytuowane są w forcie nadając miejscu niesamowity klimat. Było to jedno z muzeów, które zrobiło na nas największe wrażenie.

Muzeum Wojny – wstęp 10€, 4,5/5

Kolejnym muzeum, które mieliśmy w planach było Muzeum Sztuk Pięknych, niestety było tymczasowo przeniesione 300m dalej, jednak tablica informacyjna i strona internetowa nie były wyposażone w tak drobny szczegół, jak informacja w którą stronę. Po kilkunastu minutach krążenia po Vallettcie, trochę zmarznięci udaliśmy się na włoską pizzę, bo mimo iż było ciepło w stolicy niesamowicie wiało, co też trzeba mieć na uwadze i kiedy wróciliśmy tam innego dnia ubraliśmy się już zdecydowanie cieplej, bo tam zawsze wieje. Kiedy ogrzaliśmy się i zregenerowaliśmy siły, ostatnim punktem wycieczki zaplanowanej na drugi dzień, była Katedra Św. Jana. Niesamowicie piękne miejsce, które podobnie jak muzeum wojny zrobiło na nas olbrzymie wrażenie, tym razem jednak emocjonalno-kulturalne. Wspaniale zachowane barokowe malowidła i freski, rewelacyjnie przygotowany przewodnik do słuchania i wrażenia nie do opisania.

Katedra św. Jana – wstęp 10€, 5/5

Dzień trzeci:

Mdina – tales of the silent city (dojechaliśmy autobusem X3, wróciliśmy 186). Rewelacyjne miejsce, w którym można się zatracić, gubiąc poczucie czasu. Można poczuć się jak setki lat temu, chodząc po idealnie zachowanych ulicach i kamieniczkach przekształconych na liczne muzea i restauracje. Zanim jednak udaliśmy się do Mdiny pojechaliśmy nieco dalej autobusem linii 201 na klify, pod kościół, a raczej kapliczkę Świętej Magdaleny. Warto się tam wybrać, by stanąć na brzegu klifów i podziwiać morze. Jeśli nie ma się oczywiście „lęku spadalności”. Dla tych, co czują się niepewnie, przygotowano ławeczki w pewnej odległości od brzegu, skąd można podziwiać ten niezwykły widok. Na tym samym bilecie wracamy do Mdiny, by poddać się magii tego niesamowitego miejsca. I tu ustalamy pewną zależność. Muzea poniżej 10€ nie są warte zwiedzania. Znaczy, można je zobaczyć, ale jak ich nie odwiedzicie nic się nie stanie.

Na pewno warto zobaczyć Palazzo Falson – kamieniczkę przekształconą w muzeum. Piękne eksponaty i rewelacyjne obrazy, a wszystkiego dopełnił genialnie przemyślany przewodnik, który czytał o danych dziełach po sczytaniu czytnika spod danego dzieła. Żeby było ciekawiej, nie wszystkie czytniki były oznaczone, wiec mieliśmy sporo zabawy w dokładnym przeszukiwaniu pomieszczeń, by znaleźć wszystkie punkty do odsłuchania. Dzięki temu spędziliśmy w muzeum o wiele więcej czasu, niż zrobilibyśmy to normalnie. O wiele więcej uwagi poświeciliśmy eksponatom i mieliśmy świetną zabawę w szukaniu punktów z nagraniami.

Palazzo Falson – wstęp 10€, 4,5/5

W Mdinie odwiedziliśmy również Muzeum Historii Naturalnej (5E), które wyglądało ja każde muzeum historii naturalnej, czyli nie było tam nic wartego uwagi… no, chyba że ktoś lubi wypchane ptaki zebrane w wystawę rodem z PRL-u. Podobnie odradzam zwiedzanie Lochów (Dungeons Muzeum 5€). Dość tandetnie pokazane losy nieszczęśników odsiadujących karę w lochach. Trochę tortur, opatrzonych jękami z taśmy i zachlapanych na czerwono figur.

W Mdinie warto odwiedzić kościoły Carmelite Priory (wstęp bezpłatny) i Katedrę wraz z Cathedral Museum (5€). W sumie ucieszyliśmy się, że wraz z biletem do katedry w gratisie dostajemy muzeum. Ale nie dajcie się zwieść gratisom. Bowiem trafiliśmy na jakąś nieszczęsną instalację, chwilami niesmaczną i żenującą, którą wciśnięto tam na siłę przysłaniając naprawdę piękne barokowe obrazy. Nie wiem jak Wy, ale my będąc w tak pięknym, klimatycznym miejscu, jak Mdina, w muzeum przy katedrze z największą radością oglądalibyśmy sakralne zabytki i barokowe obrazy. Ale kiedy ktoś mi na siłę wciskał pseudo sztukę jakichś włóczkowych bohaterów powieszanych na krzyżach, czy film o artystycznym peklowaniu oliwek, lub składaniu złamanej nogi, to ja się zastanawiam, ile trzeba było wypić, żeby wydać na to zgodę, by tak tandetne instalacje, których sztuką nazwać nie można, przysłoniły stałe wystawy muzeum. Zniesmaczeni i zdegustowani uciekliśmy z tego muzeum do Katedry, która na szczęście nie wpuściła w swoje progi tandety współczesności.

Dzień czwarty:

Tego dnia pogoda nam się zepsuła i musieliśmy jakoś przeczekać deszczowy dzień. Udaliśmy się więc do muzeum starych samochodów (5€) znajdującego się niedaleko naszego hotelu, a później do Akwarium (13,90€). Musicie wiedzieć, że reklamowane na każdym skrzyżowaniu oceanarium w Malcie jest mocno przereklamowane. Znaczy – jest fajne, ale jeśli byliście w Gdyńskim to Maltańskie nie jest nawet w połowie tak duże i fajne. Popołudnie spędziliśmy na czytaniu książek, by na wieczór wybrać się do restauracji Capolinea na lokalnego królika, którego grzechem było nie spróbować. W restauracji tej spędziliśmy kilka godzin walcząc z olbrzymimi porcjami przystawek, dania głównego i deseru, chłonąc włoski klimat miejsca.

Dzień piąty:

W przewodnikach po Malcie na pewno natkniecie się na polecany targ rybny w przepięknej okolicy, jaką jest Marsaxlokk. Cóż… ja całą to wycieczkę określę dwoma słowami: „Miasto ściemy”.

Już kiedy wyruszyliśmy w naszą podróż na drugi koniec wyspy przeżyliśmy pierwsze zaskoczenie. Zakładaliśmy bowiem, że na jednym bilecie na spokojnie tam dojedziemy, wszak są bilety czasowe. Kiedy więc wysiedliśmy z 45, by przesiąść się w specjalny autobus zawożący turystów prosto na targ rybny (TD10) byliśmy w ciężkim szoku, kiedy kierowca poinformował nas, że w tej linii czasówki nie obowiązują, za to nowy bilet kosztuje 3€, żeby było śmieszniej na wieść, że jedziemy na targ rybny, kierowca obdarzył nas pobłażliwym spojrzeniem i zapytał rozbawiony, czy lubimy łowić ryby. Nie zrażeni tym dziwnym pytaniem i niespodziewanymi komplikacjami uparcie postanowiliśmy odwiedzić ten zachwalany targ rybny.

No i cóż mogę Wam powiedzieć? Na miejscu okazało się, że ten wielki targ rybny to pięć straganów z rybami (dla mnie w porównaniu do targu rybnego w Chorwacji to był żal na kółkach). Co więcej, sam targ miał dobry kilometr długości ciągnąc się nadbrzeżem, jednak nie różnił się bardzo od niedzielnej giełdy w Słomczynie. Trochę rozczarowani postanowiliśmy na poprawę humoru pójść na dobrą rybę. W końcu tuż przy jednym z nielicznych stoisk z rybami, ale bądź co bądź w mieście portowym musi być dobra ryba. Cóż, nie musi. Tak podłej zupy rybnej to ja w życiu nie widziałam… resztę relacji pozwólcie, że Wam daruję. Poza kilkoma ładnymi zdjęciami łódek, które udało mi się zrobić, w Marsaxlokk nie było nic – zupełnie nic wartego zobaczenia. Rozczarowani i trochę źli rozpoczęliśmy wyprawę powrotną, która była dopiero początkiem naszej przygody. Okazało się, że wcale nie jest tak łatwo wydostać się z tego ponurego i brudnego jak na Maltę miejsca.

Po kilkudziesięciu minutach oczekiwania na autobus, który pomimo rozkładu nie podjechał ani razu na przystanek, zaczęliśmy zwracać uwagę na taksówki, które coraz podjeżdżały oferując, że zabiorą turystów za bagatela 40€ do Valletty. Coś ewidentnie było nie tak! Po kolejnych kilkunastu minutach, na przystanek przybiegła przesympatyczna włoszka, krzycząc do zdezorientowanych turystów, żeby ruszyli za nią, bo w dniu targu rybnego autobus z tego przystanku nie jeździ. Na poparcie swoich słów, pokazała nam niewielką informację znajdującą się pod rozkładem.

Przeprowadziła nas przez całe miasto, przy każdym kolejnym przystanku mówiąc, że to jeszcze dalej. Dopiero na obrzeżach (blisko 5 przystanków dalej) dotarliśmy w miejsce skąd autobus powinien jeździć. I nie byłoby tak, źle, gdyby nie to, że przepełnione turystami-frajerami takimi jak my autobusy startujące z końcowego, nie miały już miejsca, by zabrać nas po drodze. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że pasujący nam autobus jeździł raz na godzinę. Kiedy kolejne przepełnione 81 minęło nas, nawet nie zwalniając, zaczęłam panikować, że na pewno przyjdzie nam tu zginąć. Na domiar złego zaczął padać deszcz. Ku mojemu zaskoczeniu Maltańczycy są niesamowicie sympatycznymi i miłymi ludźmi. Kiedy tylko zaczęło padać, Ci co mieli parasole pootwierali je i pozapraszali pod nie turystów, prowadząc w najlepsze rozmowę z nimi. Coś, co u nas w Polsce się nie zdarza, by obce osoby ze sobą rozmawiały. I tak dowiedzieliśmy się od naszej przystankowej przewodniczki, że mieszkańcy miasta nie znoszą tego targu, bo komplikuje im to życie, a sam targ niczego dobrego nie wnosi. Przyznała, że zupełnie nie rozumie, po co reklamują w przewodnikach ten targ skoro to jedna wielka ściema i szczerze wierzy, że w końcu go zamkną. To okropne, że sami mieszkańcy tak o tym mówią, ale nie dziwię się, bo nie jest to nic wartego zobaczenia, a dodatkowo masakrycznie utrudnia im życie. To nie był jeszcze koniec historii, okazało się, że w tym mieście autobusy nie zawsze jadą tam, gdzie powinny i mimo iż nr 119 powinien jechać do Marsaskali miał wyświetlone miejsce docelowe Mater Dei, a mijające nas 210 Marsaskalę. Jeśli chcesz się wydostać z targu rybnego – wierz mi, nie będzie to łatwe. Po ponad trzech godzinach spędzonych na przystanku i dwóch interwencjach Włochów na ichnie MPK podstawiono w końcu puste 81 i udało nam się wydostać z tego miejsca i wrócić do hotelu.

Szósty dzień:

Ostatniego dnia wróciliśmy do Valletty, bo nie wszystko jeszcze zwiedziliśmy. Po mini churchingu, nawiedziliśmy muzeum archeologi (5€), które zgodnie z założeniem cenowym nie zrobiło na nas większego wrażenia, ale możliwe dlatego, że po prostu się na tym nie znamy i tym nie interesujemy. Podeszliśmy pod budynek Biblioteki, skąd udaliśmy się prosto do Pałacu Wielkich Mistrzów i Muzeum Broni, po którego odwiedzeniu każda postać w Diablo stałaby się niezwyciężona. Bardzo polecam odwiedzić to muzeum. Na koniec wybraliśmy się na spacer po wietrznej Vallettcie odwiedzając ogrody Barrakka i napawając się widokiem na Trzy Miasta.

Pałac Wielkich Mistrzów – 10€, 4,5/5

Siódmy dzień był zarezerwowany na powrót. Po krótkim spacerze po Bugibbie pojechaliśmy autobusem na lotnisko, na którym swoje odsiedzieliśmy, bo lot mieliśmy dopiero o 21:30, a wymeldowanie z hotelu o 11. Mimo że usilnie staraliśmy się zwiedzić miasteczko przy lotnisku, nie znaleźliśmy tam nic ciekawego. Tak więc po tygodniu na Malcie wróciliśmy do Polski przygotować się do świąt. Był to wspaniały wyjazd, dużo fajniejszy niż nasza podróż poślubna do Grecji, czy Chorwacko-Węgierskie wakacje. Wiemy na pewno, że wrócimy jeszcze na Maltę – tak jak teraz, poza sezonem, kiedy ludzi jest zdecydowanie mniej, a temperatury dla nas wręcz idealne (19-21oC). Zostało nam jeszcze sporo miejsc do odwiedzenia jak, chociażby wyspa Gozo. Jeżeli myślicie o wakacjach na Malcie – POLECAM! Za naprawdę niewielkie pieniądze, można spędzić wspaniałe wakacje korzystając ze słońca niemal w środku zimy.

Ogółem: 275, dzisiaj: 1

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Amelia Bartoń - zamerdani.plMichałAmelia z ZamerdaniBeryl i spółka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Beryl i spółka
Gość

Byłam na Malcie w 2016 i wspominam rewelacyjnie. Chętnie bym jeszcze wróciła – nie dotarłam na przykład, tak jak Wy, na wyspę Gozo. 🙂 Mdina absolutnie skradła moje serce, jest przecudna i pozwala naprawdę na chwilę się zagubić. Podobała mi się chyba nawet bardziej niż Valetta. Zaliczyliśmy też przepiękny rejs na Comino i Blue Lagoon. Było warto, bo nigdy nie kąpałam się w tak pięknej wodzie… 🙂

Amelia z Zamerdani
Gość

My niestety się nie kapaliśmy, bo już było za zimno… ;( może następnym razem!

Michał
Gość

Mi się podoba to podejście w wielu krajach do godzin odjazdu autobusów :). Jeżdżą kiedy chcą jak w Grecji. Po tym widać temperament, luźne podejście do życia, do czasu… nie to co w Polsce – jedna wielka spina…
Pozdrawiam i życzę sukcesów w blogowaniu!