1Maj

O ja cię, pies w Jacie!

Jak zapewne niektórzy z Was wiedzą, nasza górska majówka w Karkonoszach, u uroczych cardiganek mieszkających małym domku z widokiem na góry nie doszła do skutku z powodu śniegu, który nas przestraszył. Alternatywnie postanowiliśmy spędzić długi weekend u rodziców M. na Lubelszczyźnie.

Dzisiejszego dnia zaplanowaliśmy wyjście do rezerwatu Jata. O tym miejscu zaczęliśmy myśleć już jakieś półtora roku temu, a może ponad dwa lata temu (nie pamiętam), kiedy odbywał się tam Dzień Leśnika.

Jak podaje Wikipedia rezerwat przyrody Jata znajduje się na terenie gminy Łuków w województwie lubelskim. Przedmiotem ochrony jest zachowanie wielogatunkowego lasu o charakterze naturalnym z udziałem jodły, występującej tu na północno-wschodniej granicy swego zasięgu. Zachodnia część rezerwatu o powierzchni 337,42 ha, objęta jest ochroną ścisłą, pozostała część, o powierzchni 779,52 ha, to rezerwat częściowy. Z bagien na terenie rezerwatu wypływają rzeki Krzna Północna i Krzna Południowa.

Zanim wybraliśmy się w trasę, szukaliśmy informacji na temat szlaków po tym terenie. Ku naszemu zaskoczeniu w Internecie ciężko znaleźć jakieś informacje o tym rezerwacie przydatne dla turysty, który planuje tam spędzić kilka godzin. Niezrażeni jednak nieudanymi poszukiwaniami, po porannej kawie zapakowaliśmy psy w auto i wyruszyliśmy w kilkunastokilometrową trasę z leśniczówki do leśniczówki.

 

Infrastruktura w rezerwacie jest przygotowana na turystów w jak nie wielu miejscach. Przy leśniczówce, przed wejściem na ścieżkę edukacyjną mamy spory bezpłatny parking, na którym możemy spokojnie zostawić auto. Trzeba jednak pamiętać, że w dni takie jak ten w najbardziej obleganych godzinach południowych może zabraknąć miejsca parkingowego. My bowiem jak przyjechaliśmy po dziewiątej rano byliśmy drugim czy trzecim samochodem. Kiedy wracaliśmy około trzynastej samochodów było już koło dwudziestu i pełen parking.

Rezerwat oferuje dwie trasy około 10km – pieszą, po ścieżce edukacyjnej, pełną ciekawostek i kluczowych dla rezerwatu miejsc. Oraz ponad 20km (po samym rezerwacie) rowerową, jako odcinek na trasie pomiędzy miejscowościami.

Już na początku trasy wita nas miejsce na ognisko i odpoczynek nazwane Ostoją. Gdzie znajdziemy wiaty, ławeczki, plac zabaw i miejsce na wielkie ognisko, na którym możemy rozbić obóz na przykład w drodze powrotnej. Jest to też miejsce organizacji licznych imprez przyrodniczych.

Zdjęcie z sową musi być!

Przerażający zły wilk!

Idąc dalej oznaczoną ścieżką mijamy figurki z drewna zwierząt które możemy spotkać w rezerwacie. Niech nie zrażą Was przerysowane sylwetki owych zwierząt! Ela na poważnie potraktowała dzika i wilka, którym postanowiła wygarnąć co o nich myśli, co zobaczycie na filmie.

Dalej mijamy kładkę nad bagnami, za którą mamy kolejne miejsce na postój i ognisko, oraz rozległe łąki. Podążając wzdłuż ścieżki edukacyjnej dochodzimy do Rezerwatu Przyrody. My w tym miejscu ze względu na psy skręciliśmy w prawo i dalej już trasą rowerową wróciliśmy zataczając koło (wzdłuż strefy otaczającej poligon wojskowy) na ścieżkę edukacyjną.

Jest to nie długa około 10km trasa po płaskim, w sam raz na niezobowiązujący spacer w pięknym miejscu.

 

Intensywny marsz zmęczył w szczególności Elę, dla której była to pierwsza tego typu wędrówka na szelkach i lince z amortyzatorem. Wielokrotnie chodziła już z nami na długie przejścia, ale nigdy jeszcze nie ciągnęła. Jak na pierwszy raz poradziła sobie świetnie, choć nie ma jeszcze tej wprawy co Donner, by dopasować tempo marszu do marszu człowieka, tak by lekko ciągnąc w jednostajnym tempie. Tak więc już po około 8-9km dyszała włócząc się noga za nogą. Z dwojga złego dobrze, że nie pojechaliśmy z nią w góry, bo zapomnieliśmy, że nie każdego psa należy mierzyć miara Donnera, który jest nie do zajechania. Bowiem Pannę Elzę zapewne trzeba by znosić w połowie drogi, bo nie dała by rady dalej iść. Ta wyprawa mam nadzieję dała jej dużo do myślenia, że nie zawsze warto ciągnąć na szelkach i dorównywać kroku Donnerowi i czasem warto zwolnić.

Mały, zmęczony piesek.

Podczas wędrówki testowaliśmy też nowy produkt od GameDog – IsoDog, czyli izotonik dla psów. Jeszcze przed wyjazdem rozpuściłam dwie miarki preparatu w litrze chłodnej wody i energicznie wstrząsnęłam przygotowując napój. Proszek szybko się rozpuścił, a woda zmętniała. W zapachu nie wyczuwałam zmiany, w smaku była lekko słono-gorzka. Psy na trasie bardzo chętnie piły izotonik opróżniając miski na pusta. Bardzo fajne rozwiązanie na wyprawy w góry czy na dogtrekkingi, kiedy sami często zaopatrujemy się w napoje izotoniczne, więc czemu nie skorzystać z podobnego produktu dla psów? Ja swojego czasu przygotowywałam im własnoręcznie izotoniki na trasy, ale kiedy mam gotowca, jest to o wiele wygodniejsze. Także ten produkt jeszcze nie raz zagości podczas naszych wypraw.

Póki co zmęczeni i szczęśliwi wróciliśmy do domu, by odpocząć i już wieczorem pójść na pola zaliczyć kolejny spacer bez linki (!!!). Ah, majówka! Szkoda, że to nie góry ale i tak jest wspaniale! A jak tam Wasze majówki?