7Paź

Sześć nóg, dwa serca, jedno zwycięstwo!

Dwudziestego trzeciego września wzięłyśmy z Elą udział w Hard Dog Race – ekstremalnym biegu z psami. Kiedy tylko natrafiłam na niego w Internecie, wiedziałam, że jest to coś, w czym muszę wziąć udział. Jestem osobą, która uwielbia wyzwania i pokonywanie przeszkód. Kiedy mogę połączyć zmagania sportowe z psią pasją, nie ma dla mnie lepszej formy spędzenia czasu.

Tak więc w sobotę, piąta pięćdziesiąt, wyruszyłyśmy na nasze pierwsze wspólne zawody, zgarniając po drodze Tajgę i Ankę. Nie ma jak dwie stare baby w aucie, którym najwyraźniej brakuje w życiu atrakcji, skoro decydują się taplać w błotnistych kałużach przy dziewięciu stopniach Celsjusza! Kiedy więc ponarzekałyśmy po drodze i przezwyciężyłyśmy chęć zawrócenia, po trzech godzinach jazdy w deszczu i mgle dotarłyśmy na miejsce.

Fot. Biały Wilk

I tam, jeszcze w aucie zrozumiałyśmy co nas czeka. Pierwszym wyzwaniem było dotarcie na miejsce imprezy. Jako że cały czas lało, a parking zlokalizowany był na łące, stanowczo odmówiłam wjechania na niego. Moje niskopodłogowe, ciężkie auto, które jak się okazało później nie ma na wyposażeniu haka, na pewno zakopałoby się jeszcze za nim byśmy znalazły miejsce parkingowe. Tak więc zaparkowałyśmy pół kilometra dalej, ale przynajmniej bezpiecznie. Oczywiście moje obawy okazały się na wyrost, bo wszystkie samochody powyjeżdżały bez większego problemu, ale wolałam nie ryzykować.

Kiedy więc już dotarłyśmy na miejsce imprezy poszłyśmy na odprawę. Trochę obawiałyśmy się, jak to będzie wyglądało, bo było tyle wymagań i niejasności jak chociażby długość smyczy, że naprawdę nie wiedziałyśmy czego się spodziewać. Na szczęście czekała nas wielka niespodzianka. Badania weterynaryjne były bardzo miłe zarówno przegląd książeczek, jak ocena ogólnej kondycji psa. W kolejnym namiocie gdzie odbierałyśmy pakiet startowy również czekali na nas bardzo mili uśmiechnięci wolontariusze. Mimo ulewy humory od razu nam się poprawiły. W końcu uśmiech jednego człowieka potrafi rozegnać burzowe chmury. Także rozbawione żartami jeszcze z drogi, miło zaskoczone organizacją, wróciłyśmy do auta przygotować się do biegu. Następnie wróciłyśmy w strefę oczekiwania na start uznając, że marsz w deszczu do auta i z powrotem wystarczy za rozgrzewkę. Przed startem dostałam dobrą rade od Rafała: „na początku z całej siły, a potem jeszcze szybciej” czy jakoś tak. Liczyłam, że skończy tę złotą myśl, żeby potem trochę odpuścić, no ale nie przy nim nadzieje na łatwą przebieżką, w końcu to nie był przypadek, że wygrał! Swoją drogą nie przewidywałam innego mistrza!

Kiedy stanęłam na linii startu, wszystkie moje obawy zniknęły, liczyło się tylko to, że za chwilę ruszymy. Krótkie zebranie linki, żeby dobrze wypuścić psa i nie uszkodzić jeszcze na starcie kręgosłupa. Trzy! Może trzeba było jednak wziąć Donnera, Ela ma dopiero nieco ponad rok… Dwa! Damy radę, przecież Elka jest taka jak ja! Jeden! Kuźwa to już!

Fot. Biały Wilk

I pobiegłyśmy… Wszystko było pięknie przez pierwsze trzysta metrów… później była pierwsza kałuża nieco ponad pas… . A potem było mi już wszystko jedno. Biegłam od przeszkody do przeszkody ciekawa co będzie za zakrętem, czy damy radę, czy Ela da radę… I biegłabym pewnie dalej, gdyby nie pierwsza góra. Pionowa góra. Błotnista, śliska, pionowa i wysoka góra. W połowie niej oficjalnie umarłam. Cudem zeszłam i gdy tylko stanęłyśmy na płaskim, Elka spojrzała na mnie wymownie ponaglając do dalszego biegu. Nie mogąc złapać oddechu, z mroczkami przed oczami ruszyłam za nią, bo nie mogę jej zawieźć! Kiedy oddech nieco mi się wyrównał dobiegłyśmy do kolejnej góry. Na zbiegu poślizgnęłam się i już myślałam, że spektakularnie zjadę na tyłku, ale jakimś cudem utrzymałam równowagę. Pierwszy raz wtedy zobaczyłam zatroskanie we wzroku mojego psa. Poprosiłam ją by szła noga i… i Elza nigdy nie szła tak pięknie równaj, jak podczas tamtego zejścia. Ja robiłam ostrożny krok, by się nie zabić, a ta do mnie dorównywała kontrolując mnie wzrokiem. Nie pociągnęła mnie ani razu, nie wyprzedziła, byłam jej niesamowicie wdzięczna za tą wyrozumiałość. Kolejne metry po płaskim szybkim marszem i ta myśl, że jak będzie jeszcze jeden bieg pod tą cholerną górę to się rozpłaczę. I wiecie co? Był… tylko z workiem karmy na plecach. Nie rozpłakałam się – zrobiłam trzydzieści przysiadów i ruszyłam dalej. Na szczęście ciągle były wodne przeszkody i szybko spłukałam z siebie zmęczenie z górskiego biegu. Elka co rusz ponaglała mnie, bym nie zwalniała, motywując do biegu. A ja świszcząc z wysiłku byłam bliska histerii, tak bardzo byłam wzruszona tym, że moja mała psinka, mój szczeniaczek, moja dziewczynka jest taka dzielna. Faktycznie wtedy poczułam gdzieś w sercu hasło tych zawodów: „sześć łap, dwa serca, jedno zwycięstwo” i choć byłyśmy dopiero w połowie trasy, ja widziałam, że już wygrałyśmy. Bo zdecydowałyśmy się pomimo pogody i dobiegniemy do mety, choćby nie wiem co. Tymczasem Elka pokonywała kolejne przeszkody. Nasze zabawy nie poszły na marne, bo kierunki przy szybkim biegu, na ostrych zakrętach po błocie musiały być wykonywane perfekcyjnie, by nie wpaść w taśmy wyznaczające tor. Inną kwestią było pokonywanie przeszkód. Wiem, że każdy z moich psów, pójdzie przez każdą przeszkodę jak przecinak im wyższa, tym lepsza. Ale mając mnie na końcu linki, pies nie każdą przeszkodę może przeskoczyć, bo może się powiesić po drugiej stronie lub spowodować mój wypadek. Tak więc umiejętność zatrzymania się na przeszkodzie i poczekania na mnie wielokrotnie uratowała mi życie.

Fot. Katarzyna Twardosz

Fot. Katarzyna Twardosz

Metrowe schody, olbrzymia palisada, to były dla Eli wspaniałe przeszkody. Bardzo zaniepokoiły ją natomiast przeszkody, w których ja musiałam iść na czterech, bo dziewczyna bardzo chciała mi wtedy pomóc, ale nie wiedziała, jak i gdybym nie odsyłała jej co chwila na przód, zalizałaby mnie na śmierć w tym tunelu. W międzyczasie, kiedy zaczęłam grzęznąć w jakichś ruchomych piaskach (!) na równoległej drodze dostrzegłam rozmazany cień Rafała i Flotta. Pamiętam, że krzyknęłam wtedy do niego: „Cześć Rafał, nie dam się wyprzedzić”, a potem silny podmuch wiatru o mało mnie nie przewrócił. Chłopaki pognali dalej, prosząc mnie bym puściła ich do budy, żeby nie musieli czekać. A niech biegną… Do budy miałam jeszcze ze dwadzieścia metrów, zanim tam się potaplałam starając nie zgubić butów, oni już znikali mi na horyzoncie.

Fot. Dziennik Zachodni

Ale na szczęście było coraz bliżej do mety. Ale myślicie, że nic nas nie pokonało? Mnie pokonała góra z karmą, wszystkie inne przeszkody pokonałam, nawet górkę z beczką, a Ela? Ela wymiękła na przedostatniej przeszkodzie – basenem z wodą nakrytym kratką. Weszłam do niego jako pierwsza, chcąc nakłonić ją do podążenia za mną, ale Ela głupim psem nie jest! Wskoczyła na kratkę i uznała, że przejdzie nade mną. Tak dla odmiany, bo jedna przeszkoda polegała na zamknięciu jej w klatce, a ja przechodziłam nad nią, więc teraz role się odwróciły, tylko że łączyła nas smycz i ten, kto był w wodzie po szyje miał trochę gorzej. Ostatkiem sił wysprzęgliłam smycz i przepłynęłam bajoro. Ela tymczasem przeszła po siatce nade mną starając się pomóc mi wyjść z bajora. W międzyczasie gdzieś się podtopiłam nie wiem, czy w momencie wypinania smyczy, czy kiedy indzie. Wypluwając sobie płuca i zastanawiając, jak mogłam zamoczyć głowę, biegłam na metę. Nie wiem, kiedy dali nam medale. Nie wiem, jak znalazłam się pod namiotami, a później już byłam przy aucie i przebierałam się w suche rzeczy.

Strasznie żałuję, że miałyśmy tak daleko, bo zaraz po biegu musiałyśmy wracać, bo czekało nas jeszcze 4h drogi z trzema wypadkami po drodze. Następnym razem trzeba będzie uwzględnić noclegi, bo nie wiele zaznałyśmy samej imprezy. Inną kwestią była pogoda, która nie sprzyjała imprezowaniu, bo każdy myślał tylko o tym, by znaleźć się w domu pod kocem ze szklaną herbaty w ręce.

Fot. Biały Wilk

Jeszcze na odchodne dopadł mnie Rafał i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, tak Instruktorzy Canidu spędzają sobotę!

Ah to była wspaniała impreza. Było błoto, była krew (rozcięłam palec i rozbiłam kolano), był pot i były łzy. Ale warto było. Jestem z nas niesamowicie dumna i wiem, że następnym razem możemy poprawić czas, tylko musimy zacząć biegać po górach. W końcu 39 miejsce w klasyfikacji ogólnej i 8 w klasyfikacji kobiet na 212 uczestników, jest całkiem przyzwoitym wynikiem. Wprawdzie moje 47,45min w porównaniu do 28,32 Rafała to… pozostawmy bez komentarza, ale gdzież mi porównywać się do mistrza!

Zdjęcie z mistrzem

No ale to tyle moich odczuć, teraz trochę moich przemyśleń dla Was.

HDR ma niesamowitą atmosferę, wszyscy są dla siebie mili, witają się przed startem i na trasie pomagają sobie. Jest rywalizacja, ale zdrowa. Nie za wszelką cenę. Nikt nikomu nogi nie podstawia, jeśli potrzeba robi przejście szybszemu, wyciąga pomocną dłoń potrzebującemu. Brawo dla nas! Dla każdego, kto brał udział, każdego, kto pomógł lub uśmiechnął się do drugiej osoby! To było wspaniałe.

Czy to jest bieg dla każdego? Zaskoczę Was – tak. Moje serce podbił Pan z boston terierem! I niech ktoś mi powie, że jego pies nadaje się tylko na krótki spacer i siedzenie na kanapie! Były psy małe, średnie duże. Młode, starsze i dawały radę, to samo ich opiekunowie. Żeby wystartować w HDR nie musisz biegać, choć to bardzo ułatwia sprawę. Jak zacząć biegać z psem przeczytasz tutaj. Nie musisz podnosić ciężarów, nie musisz nawet wysoko skakać. Możesz przejść trasę wykonując przy trudniejszych przeszkodach przysiady. To żaden wstyd. Jeśli Ty lub Twój pies nie dajecie rady wybierzcie to, co dla Was najlepsze! To też jest zwycięstwo, odpuścić coś ze względu na dobro psa!

Jakaś rada ode mnie, dla osób które planują spróbować za rok? Nie spinajcie się. Przede wszystkim jest to walka ze sobą i swoimi ograniczeniami. Jeśli je pokonasz – wygrywasz! I to nie jest chwytliwe hasło. To prawda. Przeżyłam to. Czułam jak powietrze rozrywa mi płuca, zwalniałam żeby już nie biec tylko maszerować, a potem ruszałam dalej zaskoczona tym, że biegnę zamiast leżeć twarzą w błocie i umierać.

Każdy da radę. I każdy, kto chce powinien spróbować. Nie ważny deszcz, nieważne dziewięć stopni Celsjusza – na prawdę. Po pierwszej wodnej przeszkodzie będzie Ci wszystko obojętne. Co więcej, powiem Wam, że po jednej trzeciej trasy wodne przeszkody były zbawieniem, bo w wodzie było cieplej, ale co lepsze woda zmywała błoto z butów i przestawały ważyć kilka kilogramów! Nie omijałam kałuży, specjalnie w nie wbiegałam, bo było to przyjemne!

Nie ma wymówek. Nie ma, że boli. Nie ma, że brzydka pogoda. Trzeba spróbować i trzeba to przeżyć!

A teraz pora na kontrowersje i niedociągnięcia:

Powiecie, że impreza droga. Dla jednych droga, dla innych nie, ale chyba bilecik mi się zwrócił, poza świetnymi porządnymi medalami dla mnie i dla Eli, poza koszulkami dostaliśmy krople na kleszcze dopasowane do wagi psa na trzy użycia, szelki Julius K-9 i smyczkę. Dla mnie bilet w wyjściowej cenie był akceptowalny, jednak już późniejsze ceny faktycznie były za wysokie.

Wiele osób narzekało na oznakowanie trasy, że się gubili, nadkładali kilometrów, a wolontariusze przy przeszkodach wprowadzali ich w błąd. Ja pokonałam trasę bez najmniejszego problemu, ale niektórzy jakimś cdem się pogubili także warto o tym wspomnieć.

Nagrody – tu chyba najwięcej osób miało zastrzeżenia. Brak rozmiarów szelek, więc większość brała za duże lub za małe. Dla mnie też nie było rozmiaru na Elę, wzięłam na Donnera, ale okazały się za duże, no ale jakoś to przeżyłam, bo i tak nie przepadam za tymi szelkami. Krople z krótkim terminem były kolejnym zawodem, ja dostałam wprawdzie z terminem do listopada, ale niektórzy do października, co przy trzech pipetkach, jeśli ktoś nie ma więcej psów, będzie wielką szkodą, że nie można ich wykorzystać. Koszulka, dla mnie bomba, ale Ci, co dużo sportu uprawiają i znają się na odzieży sportowej narzekają, że ich rozmiary nie są tak dopasowane, jak powinny być. Jaka jest z tego konkluzja? Wszystkim nie dogodzisz. Ja jestem zadowolona z nagród, ale rozumiem rozczarowanie niektórych.

Jedzenie, ja nie jadłam, więc nie mam obiektywnego zdania. Nigdy nie jadam tuż po wysiłku, a w samochodzie miałam zapas kanapek. Ale uczestnicy narzekali na jakość potraw, co przy dość wysokim koszcie zgłoszenia jest sporą wtopą, bo wiele osób jechało z drugiego końca Polski i chętnie by coś zjedli.

No i to co mnie osobiście najbardziej bolało. Fotografowie. Było czterech z HDR, plus kilkoro prywatnie. Przerażające jest to, że załapałam się na dwa prywatne zdjęcia, które musiałam kupić, byście mogli je zobaczyć. Okej, nie mam nic do kupowania zdjęć, spoko, ale skoro są imprezowi fotografowie i na 200 osób nie udało mi się załapać na żadne zdjęcie, to jest już strasznie słabe. (Po 25 startujących na jednym biegu, a przed moją zmianą był cały jeden uczestnik, na mojej godzinie dziewięciu, w kolejnym biegu kilkunastu – więc nie jakieś niesamowite tłumy na raz.)  Były robione zdjęcia podczas startów, widziałam dwóch fotografów, którzy robili zdjęcia na trasie i chyba ktoś robił na mecie. Wiem, że nawet miałam kilka ala pozowanych i co? No właśnie nie wiem co… Ale widać nie każdy był godzien, co jest bardzo nie fajne, szczególnie że wszyscy fotografowie, którzy udostępnili już swoje zdjęcia, mają zdjęcia mniej więcej tych samych osób. Jakby zrobili na hurra relację z określonej godziny, a potem to już od przypadku, do przypadku. Oczywiście jeszcze to nie wszystkie – zaktualizowałm wpis o wszystkie zdjęcia na których się znalazłam, ale przyznajcie sami… za 170zł wpisowego nie jest to powalająca pamątka…. (Okej wiem, że pogoda nie sprzyjała zdjęciom, no ale uczestnicy też łatwo nie mieli…) Chyba następnym razem po prostu wynajmę znajomego fotografa, skoro i tak, żeby mieć jakiekolwiek zdjęcie muszę za nie zapłacić ciesząc się, że miałam szczęście być, chociaż na dwóch zdjęciach… To mogę mieć kilka prywatnych zdjęć z trasy i sesję po, za podobne pieniądze. Także dla mnie to było mega słabe, żeby nie zapewnić każdemu uczestnikowi zdjęcia chociażby ze startu i po biegu…

Było zdecydowanie za mało namiotów dla startujących i gości. W naszych godzinach biegu nie było zbyt wielu startujących, ale i tak ciężko było znaleźć miejsce pod namiotem, nie mówiąc już o siedzącym, a padało więc każdy chciał się schronić. Zarówno widzowie, czyli rodziny z dziećmi jak i zawodnicy z psami, dla których nie było zbytnio miejsca…

To tyle narzekania, bieg i impreza i tak były super! Najważniejsze są wrażenia i duma, że to zrobiłyśmy. We dwie dałyśmy radę, ramię w ramię. Jesteśmy przyjaciółkami, partnerkami. Możemy na siebie liczyć i każda z nas dba o drugą. Kocham tę moją sukę i jestem jej wdzięczna za każdy wspólnie pokonany metr. Ona dała z siebie wszystko dla mnie, ja starałam się jej nie przeszkadzać i jej nie zawieźć. Zbudowałyśmy niesamowitą więź i z niecierpliwością czekamy na kolejną edycję na którą na pewno pojadę, choćby miało być oberwanie chmury. Nigdy nie przeżyłam czegoś takiego, a zawody nie są mi obce, bo od podstawówki trenowałam lekką atletykę z większymi i mniejszymi sukcesami. Ale dopiero HDR było dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Prawdziwym wyścigiem po niesamowite i niepowtarzalne zwycięstwo – wygraną samej ze sobą.

*może jeszcze jakimś cudem pojawią się gdzieś nasze zdjęcia, póki co możecie zobaczyć jak wyglądał bieg w Hard Dogowej galerii. 😉

Ogółem: 454, dzisiaj: 1
  • Anna Kobylarz

    „dwie stare baby…” co Ty młodziaku wiesz o starości? 😉 😛 pogadamy za dwa lata 😀 Są kolejne zdjęcia z HDR, oznaczyłam Cię pod 1 na FB. Tak je dziś oglądałam i do dziś nie wiem jakim cudem ukończyłam bieg 😛 Na następny jestem już gotowa jakby co 😉

    • Widziałam, aż się wzruszyłam. 😀 konieczne musimy powtórzyć to w kolejnej edycji.

      • Anna Kobylarz

        Już się pakuję, a póki co pracuje nad formą. Zazdrosze Tajdze, że dla niej błoto nie było śliskie a górki strome, może kolejna edycje na czworaka trzeba pokonywać? Ha ha ha 😉

  • Anna Górniak

    Gratulacje!!! Takie wpisy na blogu są bardzo motywujące 🙂

    • Dzięki! Oj potrzebna jest niesamowita motywacja by wziąć w tym udział, ale warto!

  • Aleksandra Górecka

    Ogromny szacun za ukończenie tego biegu i to na takim miejscu! Kiba wyśmiałaby mnie już przy pierwszej wodnej przeszkodzie, zdecydowanie woli startować we frisbee w suchych warunkach :D. A co do zdjęć, jakbyś miała miejsce w samochodzie przy następnym wyjeździe to chętnie się zabiorę, widzę że było sporo okazji na genialne ujęcia, które ciężko powtórzyć samemu :D.

    • Właśnie myślałam nieśmiało o Tobie pisząc ten tekst! 😉

    • Anna Kobylarz

      Tajga też wody unika a dała radę 😉 Jak pańcia każe i robi to nie ma wyjścia i pieseczek też musi 😉

  • Agata

    Wielki szacun za wzięcie udziału w tym wyścigu! Ja niestety dowiedziałam się za późno no i w dodatku kto by babę w ciąży puścił na taki wyścig ;P Chociaż po mnie bardzo nie widać… 😉 Ale jeśli się uda to za rok my też spróbujemy! W tym roku mogę tylko wam pozazdrościć przełamywania swoich słabości i wzmacniania więzi 🙂 Szczerze gratuluję!

    • Impreza będzie powtarzana, także jak będziesz miała tylko możliwość to polecam, bo to niesamowite doświadczenie. 😉

      • Agata

        No ja mam nadzieję, że się uda 🙂 I mam nadzieję, że i was spotkam w końcu na żywo 😀

  • Rzadko kiedy to robię, ale tym razem musiałam, podczas czytania Twojej relacji robić sobie notatki własnych myśli.
    * Nie wszystkie auta radziły sobie z parkingiem. Pod moim osunęło się kawałek ziemi i zaryłam zderzakiem w konar, który był pod błotem. Oczywiście zderzak połamany. Więc żałuję, że nie wpadłam na taki pomysł jak Ty!
    * PIERWSZA KAŁUŻA – podobno miało jej tam nie być (tak słyszałam) , ale deszcz ja zrobił 😉 W niej zanurkowałam, tak na dzień dobry. Poślizgnęłam się i wleciałam w nią twarzą 😛 Przy okazji przywaliłam kolanem o coś twardego i wtedy zaczęłam mieć wątpliwości czy uda nam się ukończyć bieg.
    * Nie wiem co za siła i moc sprawcza działała podczas biegu. Nie wiem czy to może efekt wielu podobnych sytuacji podczas wspólnego chodzenia po górach, ale moja psica – która zazwyczaj z górki ciągnie jak wół, a pod górę ani rusz, tym razem przeszła samą siebie. Tak jakby miała świadomość, że musi mnie wspierać i pomagać przy wejściach pod górki, a w dół obserwowała mnie i ani razu nie pociągnęła <3 Byłam z niej cholernie dumna! Pokonałyśmy wszystkie przeszkody. Choć początkowo Rafał patrzył na nas z politowaniem (startowaliśmy w jednej fali), i nie zapowiadało się byśmy choć jedną kałużę pokonały. Mina Rasty wyglądała tak jakby najbardziej zmanierowaną pańcie wsadzić do błota, którego się brzydzi. Po pierwszej kałuży czort załapał o co chodzi i w każdą kolejną, nawet tą, która przeszkodą nie była wbiegała z pełnym skupieniem i czekała na pochwały.
    * Z szelkami faktycznie lipa, tym bardziej, że przy zapisach podawaliśmy rozmiary psów. Wpisowe też stosunkowo wysokie, tym bardziej dla osób które tak jak my na bieg przyjechały z 2 końca Polski. Organizacja najbardziej dała ciała z fotkami. Często startujemy w biegach, w których startuje kilkaset osób. Często takie imprezy obsługuje 2 fotografów i spokojnie dają radę. I absolutnie za foty nie trzeba płacić, a wpisowe dużo mniejsze! Z resztą wydaje mi się, że na takiej imprezie powinien być jeden fotograf przy każdej przeszkodzie, plus na mecie i starcie, no i jeden "luźny" na podmianę jakby ktoś miał potrzebę zejść z trasy.
    * Mimo sporej ilości negatywów jestem dumna z mojej psicy i siebie i już nie możemy się doczekać kolejnej edycji. Mam nadzieję jeszcze lepszej 🙂

    • Mam nadzieję, że następnym razem organizatorzy wezmą pod uwagę te niedociągnięcia. Ja rozumiem, że deszcz trochę dał im trochę w kość, ale zawodnikom, chyba bardziej…. W pierwszej kałuży też przywaliłam w coś kolanem, myślałam… 🙁