31Sty

Łańcuch łowiecki i już wiadomo, czemu pies lubi za czymś pogonić

Zastanawiało Was dlaczego niektóre psy lubią za czymś pogonić? Dlaczego w obrębie różnych ras występują różnice w tych skłonnościach i dlaczego tak trudno to wyeliminować u niektórych psów, a inne nie maja z tym problemu? Pokrótce postaram się to wyjaśnić i opowiedzieć niedawną hstorię, która nałożyła na Donnera dożywotni ban na spacery bez smyczy. A co ja przeżyłam, przez tego mojego psiego gamonia to wiem tylko ja… Bo Burek w przeciągu kilkunastu sekund doprowadził mnie kilka razy do zawału serca. A co się stało?

Jak wiecie, Donnera nie puszczam ze smyczy w lesie, bo lubi pogonić zwierzynę i nie chce do tego dopuścić, poza tym jest to prawnie zakazane dla nie wtajemniczonych odsyłam do artykułu o tym dlaczego Donner w lesie zawsze jes na smyczy), nie puszczam w przestrzeni miejskiej, bo nie chcę konfliktów z innymi psami, nie chcę by kogoś przestraszył i po prostu uważam, że duży pies w mieście powinien być na smyczy dla jego bezpieczeństwa i dobrego samopoczucia innych. Kiedy więc chcemy się wybiegać idziemy dosłownie biegać lub pojeździć na rowerze, ewentualnie jak mamy ogrodzony, bezpieczny teren bawimy się w inne sporty: agility czy frisbee. A spacery do eklporacji terenu mamy na kilkunastometrowej lince zazwyczaj po lesie. Do tej pory jedynym miejscem w którym spuszczałam psa by się „wybiegał sam”, a nie na kilkunastometrowej lince, były pola, łąki, lądowiska czy inne ugory – w końcu wydawało mi się to bezpieczne zarówno dla psa, jak i dla zwierzyny. Jak okiem sięgnąć wszystko widać, przed zabawą powtarzamy posłuszeństwo, przywołanie, każe psu poszczekać, żeby wypłoszył wszystko co mogło by tam się zakraść, by nie kusiło do pogoni. Wydaje się że wszystko ok… Tak… tylko nie przewidziałam jednej rzeczy: w takich miejscach mieszkają zające i dzikie króliki, czy inne gryzonie. W końcu to jest oczywiste, ale póki człowiek ich sam nie zobaczy jakoś o tym nie myśli. W końcu tyle razy tam byliśmy i nigdy nie było problemu, a ja wydawać by się mogło zadbałam o wszystko.  Aż do wczoraj…

3082977550_136fab2358_o

Winny mojego zawału

Rzucamy sobie frisbee i nagle dosłownie metr od nas wyłazi z nory zając i zaczyna spierniczać, a pies za nim… Co robi Donner? Co robię ja? [*dalsza części historii poniżej, teraz trochę teorii]
Można mówić o tym jakie to psy mają wspaniałe przywołanie, ja też mam bardzo dobre, ale odwołanie… o nie… odwołanie nie istnieje… nie wtedy, kiedy pies wejdzie w swój naturalny „łańcuch łowiecki”. A łańcuch łowiecki jest to coś co zostało odziedziczone po wilkach, które jednak zostało zmienione na potrzeby poszczególnych grup psów. Tak by pewne cechy u pewnych grup były silniejsze, a inne słabsze. I tak łańcuch łowiecki u owczarka wygląda on następująco:

Namierzanie -> wpatrywanie -> podkradanie -> gonienie -> chwytanie -> rozszarpanie

Wzmocnione ogniwa: gonienie i chwytanie, pozostałe wygaszone.

Ale nie tylko u ONków, ale u wszystkich tzw: „pasących przy nodze” które miały za zadanie zaganiać i paść bydło większych gabarytów poprzez podgryzanie z tyłu w pęciny, w przeciwieństwie do „pasących przy głowie” którego przykładem jest border, który manewrował dystansem ucieczki stada, nie musząc podgryzać. Jego łańcuch łowiecki wygląda tak:

Namierzanie -> wpatrywanie -> podkradanie -> gonienie -> chwytanie -> rozszarpanie

Wzmocnione ogniwa: wpatrywanie, podkradanie, gonienie, pozostałe wygaszone.

U psów stróżującyhc np.: anatolian, owczarek podhalański – które miały żyć ze stadem i pilnować go, niedopuszczalny był łańcuch łowiecki. Przekierowano go więc, na obronę przed drapieżnikami. I tym oto sposobem pies miał namierzyć drapieżnika i przepłoszyć go, samemu raczej nie wdając się w potyczkę.

Namierzanie -> wpatrywanie -> podkradanie -> gonienie -> chwytanie -> rozszarpanie -> // ->(płoszenie/szczekanie)

Wzmocnione ogniwa: namierzanie, pozostałe ogniwa wygaszone.

U psów myśliwskich w zależności od rasy i grupy różne ogniwa łańcucha były wzmacniane np.: speniele i retrivery miały wzmocnione namierzenie i chwycenie, by móc dobrze zaaportować zestrzelone ptactwo, przy tym nie uszkadzając go, stąd rozszarpywanie było mocno wygłuszone. W przeciwieństwie do np.: wyżłów, u których wzmocniono namierzaniewpatrywanie tzw.: stójka, a pozostałe elementy łańcucha wygłuszono.

Aportery: Namierzanie -> wpatrywanie -> podkradanie -> gonienie -> chwytanie -> rozszarpanie
Wyżły: Namierzanie -> wpatrywanie -> podkradanie -> gonienie -> chwytanie -> rozszarpanie

3082977550_136fab2358_o

Mamusiu już pędzę!

Dlatego jeśli ktoś się zastanawia dlaczego niektóre rasy lubią sobie pogonić rowerzystę, samochód, czy sarenkę – ma tutaj odpowiedź. I nie można wrzucać wszystkich ras do jednego worka, zrzucając winy na wychowanie lub jego brak. Oczywiście wszystko zależy od indywidualnych cech psa i predyspozycji, ale u niektórych osobników te cechy są bardziej wykształcone niż u innych. I dlatego owczarka jest dużo ciężej odwołać niż bordera. Biorąc pod uwagę fakt, że sam bieg i pogoń jest dla psa czynnością samonagradzającą (bla, bla, bla ktoś zaraz rzuci mądrą regułką o tym że coś takiego nie istnieje i trzeba szukać przyczyny… to prawda, co nie zmienia faktu, że bieg jest dla psa przyjemnością, gonienie zwierzyny u pastucha tym bardziej, więc skoro bieg i pogoń sprawia mu przyjemność, jest to jedną z przyczyn dla których to robi). W momencie kiedy uruchamia się łańcuch łowiecki pogoń jest praktycznie najsilniejszym jej ogniwem. W przeciwieństwie do bordera, który nie zacznie od razu gonić. Najpierw namierzy ofiarę (mamy czas zareagować), potem będzie się podkradał (mamy czas zareagować i wytrącić go z  łańcucha) po czym będzie gonił, ale mimo, że sam bieg jest super, jest to już ostatnie ogniwo, które powoli wygasa, bo łańcuch został spełniony, więc nie ma co dalej robić, najwyżej zagonimi królika Pańciostwu, za to owczarek, królika najchętniej zatrzyma, żeby przestał uciekać, a zanim pomyśli, będzie już biegł – instynkt.

To tak bardzo ogólnie i pokrótce wyjaśnione. Ale wracając do naszej przygody:

[*dalsza część historii] Rzucamy sobie frisbee i nagle dosłownie metr od nas wyłazi z nory zając i zaczyna spierniczać. Co robi Donner? Co robię ja? Nie ukrywam mam spóźniony refleks…
Rzuciłam Donnerowi talerz, a ten po niego pobiegł. Kiedy wracał do mnie, tuż przede mną (nieco na prawo) pojawił się znikąd zając. Mądry Polak po szkodzie, ale teraz tak sobie myślę, że powinnam jak tylko zobaczyłam zająca wyrzucić drugie frisbee w innym kierunku, bo pies go (zająca) nie widział, póki szarak stał i się nie ruszał. Może pies skoncentrowany na talerzu (jeszcze wtedy) pobiegłby za nim i nie zauważył zająca? Bo zauważył go dopiero kiedy ten zaczął uciekać. I od razu mogłam chociażby rzucić w psa frisbee. Tak, dosłownie rzucić w psa –  krzywdy bym mu nie zrobiła, ale może by na chwilę oderwał wzrok i ochłonął? W sumie mogłam zrobić cokolwiek… Ale po prostu zbaraniałam. I kiedy zaczęłam wołać psa (i choć wydawało mi się, że od razu jak ruszył) Donner był już daleko ode mnie, a ja najwyraźniej ten ułamek sekundy za późno zareagowałam. A trzeba było go chociaż usadzić w miejscu, zanim zając się ruszył. Nie wiem co ja myślałam… (a właściwie nie myślałam chyba w ogóle, bo moje myśli błądziły między tym: „1-ooo zajączek, dziki zajączek an żywo i tak blisko – jaki piękny” „2-jak ładnie Donner złapał ten talerz!” „3-biegnie do mnie, ależ ładnie przynosi, jestem taka dumna”. Oczywiście wymyślam, ale jakoś tak człowiek mało konkretnie myśli zaskoczony czymś. A ja chyba uważałam, ze pies przyniesie mi talerz i zignoruje zająca? Że nie zauważy go? Nie wiem. Wszystko działo się tak szybko, że chyba tylko odruch mógłby tu zadziałać, bo ja nie zdążyłam racjonalnie zareagować (nie ma się czym chwalić, ale warto o tym pisać, by inny się uczyli na moich błędach i wyciągnęli z tego wnioski) A Donner, tak jak biegł do mnie z frisbee, tak biegł dalej za zającem, z frisbee w zębach. Że też go po drodze nie wypluł, ale to tylko pokazuje jak mocno mu się mózg mu się zaciął. I co by nie mówić nigdy nie można mieć pewności co by było, gdyby jednak dopadł królika. Mimo, że niemal jestem pewna, że nie biegł dla polowania, tylko dla samego biegu i pogoni (tak jak zawsze po podwórku ganiał obce koty i jak je dopadł przebiegał po nich i je zostawiał, tak samo nie wypluł dysku by mieć wolny pysk, tylko go trzymał, by świętość się nie zgubiła). Ale to tylko moje przypuszczenia, ale gdyby był to pies który umie zabijać i polować… aż strach się bać…

Donner oczywiście poszedł w długą za zającem i pół biedy jakby poszedł w pola. Olbrzymi otwarty teren, cały czas widzę psa, choć mogę się na darmo drzeć, piszczeć ukochaną piłką piszczałką, rzucać pozostałe frisbee, samej uciekać czy wyjąć nawet z bagażnika ociekającą krwią, świeżutką półtuszę wołową. Donner ma wszystko w zadzie, bo nie ma nic piękniejszego niż szaleńczy bieg. Ale biegli w stronę drogi ekspresowej po której jeżdżą TIRy. Więc pozostało mi tylko modlić się, by zając nie postanowił wypaść na drogę ekspresową. Szczęśliwie pole od ekspresówki dzieli droga dojazdowa, rów i dość wysoka skarpa, a zając nie jest idiotą i nie ryzykuje tych przeszkód, bo wytraci prędkość, a przeszkody dla Donnera nie stanowią spowolnienia. Więc biegną wzdłuż drogi, a ja jestem już po kilku zawałach. I nagle Donner zwalnia. Rozgląda się zdezorientowany (zając najprawdopodobniej kicnął do jakiejś nory, albo przycupnął w trawie pies wyprzedził go i zgubił obiekt pogoni). Donner namierzył mnie i nagle dotarło do niego, że ktoś go woła. Równie szybkim pędem biegnie do mnie (cały czas trzymając talerz w zębach). I teraz co zrobić? Mam kilka sekund na szybką decyzję. Opiernicz jak stąd do Poznania, z nadzieją że już nigdy nie zrobi czegoś takiego… no należy się, ale po co? Już raz tak zrobiłam, i później miałam olbrzymie problemy, by pies mi zaufał i przychodził na zawołanie. Pogoń była dla psa już tak dawno, że odbierze skarcenie jako karę, za przyjście. Więc zbieram się w sobie i krzyczę jeszcze głośniej: „Donner do mnie, dawaj, dawaj!” Donner przyspiesza i kiedy dobiega do mnie, zamieniam się w fontannę parówek. Niech przynajmniej kojarzy, że przybiegnięcie do mnie jest najlepszą decyzją w życiu jaką podjął. Ale Donner jest mocno pobudzony i nakręcony. Mózg się zaciął i mimo, że podszedł do mnie, włączył się mu syndrom głupkowatej zabawy: „biegam w koło Ciebie udaję, że podchodzę po czym odskakuję”. I jak tu zapiąć psa na smycz?! A jak znowu wyskoczy jakiś zając? Kolejne sekundy paniki, w końcu olśnienie. Mam frisbee, a jak wiemy nie ma nic fajniejszego niż frisbee więc podnoszę je do góry, zaczynam rozbawiać psa po czym daję komendę „łap”. Głupiutki Donnerek dał się na to nabrać i kiedy skoczył do frisbee by je złapać, poszarpałam się z nim chwilę i zapięłam go na smycz. (Ale się zdziwił) I tak skończył się ostatni w życiu Donnera spacer bez linki po nieogrodzonym terenie.

3082977550_136fab2358_o

Mniej więcej w takiej odległości w jakiej są drzewa jest droga ekspresowa, czyli wydawać by się mogło-bezpieczny teren

I niech nikt mi nie mówi, że trzeba być bardziej atrakcyjnym dla psa od uciekającego zająca, że świetne przywołanie psa załatwi sprawę. Guzik. Przywołanie mamy bardzo dobre. Przed zabawą we frisbee kilkanaście minut ćwiczyliśmy posłuszeństwo w tym przywołania. Podczas łapania dysków, również były przywołania i nie było problemu. Poza tym miałam ze sobą wszystko co kocha pies, a mimo to nigdy nie wygram z uroczym puchatym zajączkiem, który ucieka i tak fajnie pachnie. Oczywiście popęd tego nie usprawiedliwia, jedynie wyjaśnia czemu tak się dzieje, a praca z psem od pierwszych dni życia – pozwala to wypracować i żeby to zobaczyć wystarczy obejrzeć kilka filmów z Mondioring’u, i tego jak psy do tego trenowane potrafią goniąc pozoranta odpuścić w połowie biegu i wrócić do nogi przewodnika. Ale to są psi zawodowcy. Nie Pies-Donner, który już zaznał przyjemności jaką niesie ze sobą pogoń za łupem i który jest psem bardzo niezależnym, upartym i w wychowaniu którego popełniłam wiele błędów, których już nie odkręcę. Trzeba pracować – to prawda, ale wiem, że przy takim psie o takim charakterze nigdy nie będę miała 100% pewności, że będę w stanie go odwołać zawsze i wszędzie. Cóż… bieg i pogoń jest uzależnieniem, jak to ktoś kiedyś mądrze pisał – narkotykiem, który wytwarza w organizmie psa endorfinę – hormon szczęścia. Więc co może się temu równać? I co z tego, że Budzika byłam w stanie odwołać w każdym momencie. Ale był to inny pies, gonienie czegoś co ucieka było dla niego bezsensowną głupotą, ale bardzo chętnie za to szedł po tropie, potrafiąc się wtedy zapomnieć. Także reasumując: inwestuję w dłuższa linkę, koło 20m i wybacz Donner, muszę myśleć za Ciebie, bo nie wybaczyłabym sobie, gdybyś z powodu swoich popędów stracił życie pod kołami auta.

A teraz ciekawostka: Różne źródła podają, że zając rozwija prędkość od 60-80km/h. Skoro Donner po starcie szybko zmniejszył dystans do zająca a później, utrzymywał odległość od niego kilku metrów i nie pozostawał w tyle – musiał biec z porównywalną prędkością do zająca. I to na odcinku jakichś 600m… potem jeszcze wrócił prawie drugie tyle do mnie i co? I nie był zmęczony, ani trochę. Chciał się bawić we frisbee dalej, ale że ja się za bardzo bałam drugi raz ryzykować, wywiozłam go do pobliskiego lasu na ponad godzinny spacer na lince. Szybki, silny i wytrzymały – to jest to co charakteryzuje Donnera, a przy okazji głupiutki i nieodpowiedzialny, ale wiemy to nie od dziś, że mięśnie i wygląd nie idą w parze z rozumkiem. Ah… mój psi Johnny Bravo.

Bez nazwy

Wiecie o czym jeszcze sobie pomyślałam w związku z tą sytuacją. O tych wszystkich chorych przypadkach odstrzelenia psa.. Ale wracając do sedna przemyślenia. Coraz częściej czytam o nowym przypadku jak ktoś zastrzelił psa. Bo biegał luzem, bo biegał przy właścicielu, ba! nawet ostatnio pies został postrzelony będąc na smyczy w miejscu uczęszczanym przez wiele osób do treningów. Oczywiście myśliwi tłumaczą się, że pomylili psa z dzikiem – taaa to tylko potwierdza, że myśliwi to *** skoro nie potrafią odróżnić psa od sarny, zająca czy dzika; tłumaczą się, że działali w obronie wyższych celów jak zwierzyny czy dobra ludzi, tylko czemu strzelają do psa przy właścicielu, albo na smyczy? Rozumiem kiedy w okolicy grasują stada dzikich niebezpiecznych psów, ale kiedy czytam „zobaczył psy na polu pobiegł po strzelbę i je zastrzelił na oczach syna” zastanawiam się czy komuś mózg odjęło? I tak sobie teraz myślę, a co by było gdyby myśliwy pomylił Donnera z zającem i go odstrzelił? Niby małe prawdopodobieństwo, żeby byli tam myśliwi, bo i po co, ale może taki zobaczyłby psa biegającego po nieużytku, wyjął z auta strzelbę i strzelił, po czym odjechał jakby nigdy nic, zadowolony, że sobie postrzelał? Mimo że pies był ubrany w czerwone odblaskowe szelki, które widać z daleka, mimo, że miał czerwoną obroże i chustkę, a zazwyczaj zwierzyna nie nosi takich rzeczy, z tego co się orientuję, ale nie jestem myśliwym, więc mogę tego nie wiedzieć, wiec z daleka widać, że albo się zgubił, albo jest z kimś. Mimo, że byłam niedaleko i darłam się jak głupia – mógłby mnie nie widzieć i nie słyszeć, albo mógłby pomylić mnie z czymś i odstrzelić tylko, kuźwa nie wiem z czym, chyba z orangutanem, no ale przecież orangutany mogą wystąpić na terenach Polski jak wiemy… Niech myśliwi wykonują swój obowiązek, ale niech nie robią sobie safari z psów. I chyba już kiedy emocje opadły po tym, że bałam się że pies wybiegnie pod koła TIRa, dotarło do mnie, jakim ryzykiem jest obecnie puszczanie psa bez linki gdziekolwiek.

Na szczęście nic się nie stało, cała przygoda skończyła się dobrze i teraz mogę się z niej śmiać, ale dożywotni ban na spacery bez smyczy zostaje. I to już nie chodzi o zające, czy brak bezpiecznych terenów do spuszczenia psa ze smyczy. Po prostu chyba zaczynam panikować, przytłoczona coraz częstszymi doniesieniami o zastrzeleniu psa, więc po co prowokować jakiegoś idiotę ze strzelbą?

Poniżej fragment filmu z treningu z posłuszeństwa, z dnia o którym piszę.

  • Ola

    Ach, to ciężki temat. Przykładowo- dzisiejszy spacer w lesie, Emet uciekał właściwie cały czas, na takie odległości że przez kilka minut go nie widziałam i zaraz wybiegał z zupełnie innej strony. Dlatego nie puszczam go w lasach gdzie pojawiają się myśliwi, tam gdzie chodzimy las przylega do ogromnego parku pełnego ludzi, biegaczy, dzieci, rolkarzy itd. Dlatego nie chce mi się wierzyć, że ktoś w takim miejscu chodziłby ze strzelbą. Jeśli wiem, że mogą być myśliwi czy kłusownicy, nie schodzę z głównej drogi lub biegnę z nim przypiętym do pasa. Może u Emeta jest inaczej jak u Donnera, bo on zawraca szybciej, raczej goni po to żeby zobaczyć co to jest. Ja nie mogę nir puszczać go ze smyczy, zawsze sobie wyobrażam jak to by ktoś mnie prowadził na smyczy. Właściwie to dla mnie podstawa wszystkiego, żeby pies miał jak najwięcej luzu. Oczywiście najpierw rozważam czy coś mu grozi, pomijając myśliwych nie ma rzeczy której muszę się obawiać. Chociaż rozumiem, że niektóre psy mogłyby wybiec na ulicę nie patrząc na przykład. Nawet bliższa bym była użycia kilkukrotnie oe niż pozbawienia psa luzu. Ale to też kwesta podejścia, ja mam ogromne zaufanie do kilku trenerów i na tym etapie wiem, co jest dla mojego psa najważniejsze. Podejrzewam, że mój pies nigdy nie będzie do końca odwoływalny, ale na ten moment jakoś sobie z tym radzę. Chociaż to rzecz, która przysparza mi najwięcej stresu.

    • helcia90

      Znam to z autopsji tydzień temu Xena mi podobny numer wycieła na szczęście na polach po 3 km w każdą strone i za późno się kapneła więc sarny uciekły 🙂

      • Wy to mimo wszystko macie ładne tereny do puszczania psa luzem, no i mimowszystko ogrodzone mniej lub bardziej ;P

    • Ja na OE bym się nie zdecydowała. Raz się zdecydowałam, właśnie przy problemach z przywołaniem i bójkach z psem na zajęciach w szkole i to był wielki błąd, bo trenerka użyła jej w złym czasie i Donner pogniewał się na patyk bo uznał, że to przez niego, nie z powodu bójki i nieprzychodzenia. I większego efektu nie było. A co do wolności psa, to ze względu na jego bezpieczeństwo, muszę mu ją świadomie ograniczyć, chyba, że będzie to naprawdę bezpieczny teren. Coś za coś.

  • Jowita i Mucha

    Mamy to samo, pogoń sama w sobie jest bardzo nagradzająca a psica goni póki nie otrzeźwieje, wtedy można odwołać, dlatego w polach i lasach jest na lince i ćwiczymy głównie posłuszeństwo – dla bezpieczeństwa psa i spokoju zwierzyny. Bardzo mądry wpis!

    • Ja nieprzewidziałam tych zajęcy, niby to takie oczywiste. Co bardziej śmieszne, zawsze przed taką zabawą, każę Donnerowi kilka razy zaszczekać, żeby wypłoszył potencjalne sarny, co mogłyby przyjść popatrzeć. Ale na zające nie wpadłam. – Głupia ja. No ale cóż, koniec wolności, a zabawy będą na lince.

  • O rany, na szczęście wszystko skończyło się happy endem. Luna też raz puściła nam się za sarną, nie odbiegła daleko, cały czas miałam ją w polu widzenia, cała sytuacja trwała może 30 sekund, a ja i tak do końca dnia nie mogłam dojść do siebie. I od tej pory bardzo ale to bardzo rzadko spuszczam ją ze smyczy. Tak, jak Ty zainwestowaliśmy w linkę, Luna ma wystarczająco dużo swobody, a ja nie rozglądam się na spacerze jak opętana, czy przypadkiem za czymś nie pobiegnie.
    „…mógłby mnie nie widzieć i nie słyszeć, albo mógłby pomylić mnie z czymś i odstrzelić tylko, kuźwa nie wiem z czym, chyba z orangutanem, no ale przecież orangutany mogą wystąpić na terenach Polski jak wiemy.” My to wiemy, ale myśliwi? Nie sądzę 😀

    • Mimo wszystko bardzo żałuję tego co się stało, bo lubię się bawić z Donnerem w aport, frisbee lub głupie ganianie, a linka zawsze jakoś nam się plącze. Liczyłam na to, że takie przestrzenie są na tyle bezpiecze, że mogę puszczać psa, ale w ogóle nie wzięłam pod uwagę tych nieszczesnych zajęcy. Jak to człowiek nie myśli póki się nie przekona na własnej skórze, a przecież to oczywiste, ze w takich miejscach mieszkają zające czy świstaki. Także w najbliższym czasie kupuję jeszcze dłuższa linkę i tyle.

      • W pełni Cię rozumiem nie ma dla mnie fajniejszego widoku niż Lunka hasająca sobie po swoich ulubionych haszczach i fosach bez linkowego ograniczenia. Na Twoim miejscu nie żałowałabym tego, co się stało, bo dzięki temu znasz kolejne spore zagrożenie, a nie przypłaciliście tego większymi konsekwencjami. Ja cieszę się, że sytuacja z sarną nas spotkała na takim, a nie innym terenie, bo gdyby nie to nadal żyłabym w przekonaniu, że mój pies to ciapa i nie w głowie jej pogodnie. Jak to mówią „nie ma tego złego”, ja bym dodała tylko „o ile się dobrze skończy” 🙂

  • Magda

    Sama mam owczarka i uważam że ta rasa nie koniecznie musi się wybiegać ,owczarki wprost uwielbiają długie męczące spacery razem z opiekunem a nie latać w samopas,a człek sobie na ławce siedzi a poszedł przecież z psem na spacer.My głównie chodzimy na smyczy i lince,nie żeby z posłuszeństwem było na bakier ale chodzi o bezpieczeństwo,na lince psiak też może poszałec.Ja to trupem bym chyba padła jak by mi zwiał…za czymś bardziej atrakcyjnym ode mnie 🙁 Jakby tak bardziej się zastanowić to w większości różne egzaminy zawody sa przeprowadzane na ogradzanych terenach …….ciekawe czemu?może strach przed łancuchem?? Pozdrawim

    • Ja też jestem przeciwna temu, że pies musi się wybiegać i nigdy tego nie praktykuję, bo wybiegać się możemy w inny sposób. Po prostu z braku bezpiecznych terenów do zabawy z psem jeździłam na pola, ale muszę z tego zrezygnować, bo jednak nie jest to bezieczne.

      • gość

        Moim zdaniem kwestia „wybiegania” bardzo zalezy od rasy i jest indywidualna. Nie da sie wybiegac beagla na lince ani też go zmęczyć. U niego zawsze wygra inny pies/węszenie na wlasną lapę. Miałam psa, który do życia jak tlenu potrzebował naprawdę zabaw i wybiegania się z innymi psami pomimo, ze z nim pracowałam. Teraz mam psy, które tego absolutnie nie potrzebują, chociaż… jeden z nich jeśli ma mały kontakt z innymi psami zaczyna być dość niesocjalny, więc wszystko trzeba jednak wypośrodkować.
        Owczarek to inna para kaloszy, jako rasa pracująca i nastawiona na człowieka genetycznie będzie preferowal pracę z człowiekiem nad wylatanie się samopas. I tu się zgodzę.
        Ja nie jestem aż taka radykalna i owszem, puszczam psy luzem, gdyż nie startują w pogoń za zwierzyną i faktycznie są sterowalne. NIe zdarzyła mi się ucieczka na oślep, a już trochę lat je mam. ONka chodzi mniej więcej dwa kroki za mną. Też preferuję długie spacery, bardzo długie, nawet ekstremalne, ale w czasie tak długich wypraw noszenie smyczy za psem, który idzie metr ode mnie w sytuacji, gdy ma się jeszcze bagaż i milion klamotów jest dla mnie osobiście uciążliwe i są miejsca, gdzie wygodniej mi, gdy pies idzie luzem, zresztą są takie sytuacje, że chodzenie luzem jest paradoksalnie bezpieczniejsze dla człowieka i psa niż prowadzenie się na lince czy smyczy.
        Uważam, że wszystko jest ok, tylko trzeba trzeźwo ocenić – jeśli nasz pies może zrobić sobie krzywdę, nie ufamy jemu lub sobie – wtedy zostaje linka Jeśli musi się wybiegać bo taki jest z urodzenia (np. rasa) – dajmy mu tę możliwość, jeśli jest spokojny, sterowalny i nie stanowi dla siebie i nikogo zagrożenia – co za problem w chodzeniu luzem? Kwestia przewodnika i jego mózgu oraz odpowiedzialności.

        • Wybieganie w zabawie czy to z nami, czy z innymi psami czy podczas pracy, nawet bez smyczy jest inną kwestią niż poruszane w wątku wybieganie na zasadzie „puszczam psa luzem i rób co chcesz” Gdzie właściciel ma w nosie czy idzie zjadać kupy, ganiać zwierzynę czy męczyć przechodniów. Można zapewnić wybieganie się psa mając go pod kontrolą – i tu słowo klucz. Kontrola. Jeśli pies jest odwołalny i kontrolowany – ok, jeśli nie, żadne predyspozycje rasowe czy „widzimisię” właściciela nie upoważnia go do puszczania bez nadzoru w tym wypadku linki, choć inni wybiorą OE lub coś innego.

  • Mam tego farta, że jak moje zechce za czymś pogonić, to najwyżej skoczy do rzeki 😛 (choć biorąc pod uwagę jej różne odpały może powinnam zacząć myśleć o tym, jak o realnym niebezpieczeństwie…) Współczuję niefajnej przygodny. Szila w okresie mojej beztroski i wiary w przywołanie raz ruszyła mi prosto na trasę przelotową na Mazury – tirów od zarąbania. Chyba histeria w moim głosie ja przestraszyła i zrezygnowała z rozbryzgnięcia się pod kołami, ale dziękuję za kolejne podejścia…

    • Na szczęście nie wypadli na drogę, ale nie mogę ryzykować. Zawsze gdzieś kończy się pole i łąka i kto wie co jest obok. A nie musi być to wcale ekspresówka, wystarczy zwykła droga i kierowca który się spieszy..

  • Kalyna

    Rozumiem ten problem, bo mam podobnie. I wielu już próbowałam i w czasie pogoni to za przeproszeniem mogę posrać się, a pies i tak mnie nie zauważy. Co innego nieposłuszeństwo i pies przy byle okazji spieprza i bez wbicia dobrego przywołania nie wróci, bo mu się nie opłaci, a co innego instynkt, pogoń w czasie której pies się wyłącza.
    Nie uwierzę, żeby pies podczas pogoni za zwierzyną zwrócił uwagę na człowieka, bez dosadnego bodźca, czy to wypracowane na lince, kolcach czy OE. Tylko właśnie nie każdy pies to ma np. Gandi i Ciap idzie jak w dym za zającem, który spod łap wyskoczy i bez dosadnego bodźca nie wybiję go z transu, za to Sonia pogoniłaby, bo przywołanie nam się spiedzieliło. Choć intensywnie to naprawiamy 😉 Tylko jak Sonia natrafi na ślad zwierzyny to lubi się zawąchać.

    • Myślę, że nawet wypracowane przywołanie w ten sposób, mogło by zawieść jeśli nie odwoła się psa od razu. Tak teraz myślę, ze gdybym nie była w tak wielkim szoku jakim był ten zając, który wylazł z pod ziemi dosłownie przede mną mogłam wytrącić Donnera z pogoni. Mogłam rzucić w niego frisbee lub rzucić kolejne w inną stronę jak biegł do mnie, bo wcześniej chyba zauważyłam zająca niż on (bo on zobaczył dopiero jak zaczął uciekać), ale byłam w za dużym szoku by zareagować. A później… później chyba pies był za daleko by słyszeć, że wołam. Więc nawet przy wypracowanym przywołaniu mógłby po prostu nie słyszeć. Lub nie mając przy sobie choćby OE, pies szybko zorientowałby się, że tym razem nie ma bodźca awersyjnego, wiec hulaj dusza piekła nie ma.

      • kalyna

        Tak, nawet przy perfekcyjnym odwołaniu to nadal są sekundy, żeby zareagować. Jak już wystartuje to często jest już po ptokach. Można obrzydzać psu zwierzynę i szlifować posłuszeństwo i to zadziała jeśli dość szybko się zareaguje. Miałam czas, że codziennie spotykaliśmy na porannym spacerze stado saren. Na początku Gandi piszczał i rwał się, bo chciał pogonić, potem już mu się utarło, że po komendzie warował. Choć nadal był mocno na nich skupiony. No a teraz ich dawno nie widzieliśmy…
        Szok jest najgorszy, bo pies szybciej przetworzy informację.

        Też co innego jest, gdy pies ma swobodny spacer i spotka zająca a co innego, gdy coś robi z człowiekiem i takie rozproszenie go spotka.
        No cóż mi OE daje często komfort psychiczny 😉

        • Zdecydowanie tak! Ale jak mówisz liczą się pierwsze sekundy. Przypuszczam, że nawet jakbym miała w tym wypadku OE, gdybym nie była na to przygotowana (a nie byłam i chyba nikt nie jest, bo jakbym była przygotowana, pies byłby na lince) zanim wygrzebałabym pilota, zanim bym zareagowała, pewnie pies byłby już bardzo daleko nawet możliwe, że poza zasięgiem OE. Inną kwestią, jak silny musiałby być to bodziec-szok, by go wybić z tego, skoro on był zupełnie nieczuły na kolce kolczatki. W tym wypadku na pewno wibracja by odpadała, więc musiałabym mieć od razu ustawiony silny bodziec, a sekundy lecą… lecą… także poza komfortem psychicznym w tym konkretnym wypadku nic by to nie zmieniło. Inna kwestia, że OE gryzie się z moim sumieniem i wolę linkę niż takie metody, mimo, że testowałam kiedyś OE na sobie. Ale nei zdecydowałabym się chyba…

          • kalyna

            Ja sama OE nie mam, bo kosztuje to krocie, a jak już mam kupić to chcę bardzo dobrą. Zasięg mają duży. Wolałabym walnąć takim impulsem, aby pies wybił się z pościgu niż miałby trafić pod kołami.
            Kiedyś przyobserwowałam osoby stosujące OE i u nich to łatwo szło, dlatego ja nie jestem negatywnie nastawiona na nie. I to jest jedyny przypadek, gdzie faktycznie użyłabym takiego sprzętu. Na pewno nie przy nauce posłuszeństwa 🙂

          • Ja jestem sceptycznie, bo juz raz doświadczona osoba stosowała to na Donnerze i nie byłam tym zachwycona, inna kwestia jest taka, ze ni OE nic nie dała i była użyta w złym momencie. Tym bardziej jesli ktoś nie umie dobrze tego zastosować, a już wiem że nie jest to takie proste jak wygląda, można źle zadziałać tym bodźcem. No ale tak jak piszesz, dobra obroża kosztuje nawet do kilku tysięcy, bo te poniżej tysiąca złotych, albo mają kijawy zasięga, albo praktycznie po jednym – dwóch strzałach się rozładowują. Więc na całe szczęście mało kto je stosuje samodzielnie.

  • Oj wiem co czułaś, Taj wczoraj postanowił z psią koleżanką pogonić trzy wielki dziki! Żadne krzyki i prośby nie pomogły. Wrócił po pół godzinie, szczęśliwy jak nigdy… A ja biedna człapałam, szukałam i martwiłam się o głupola

    • Oh… dziki to tragedia. Dobrze, że nie miały młodych i nie chciały ich bronić, bo byłaby wielka tragedia.

  • Loli

    Owczarek podhalański* 😛

  • Niestety rozumiem Twój ból. Niestety wiele psów wbrew pozorom wykazuje pełny łańcuch łowiecki. Znam przynajmniej dwa, które zjedzą upolowaną ofiarę i jednego który zagryzie i przyniesie do przewodnika.

    • Ja cieszę się, że mój tego nie wykazuje (nie wykazywał / nie miał okazji) i mam nadzieję, że mimo wszystko tego nie wykaże… ale nigdy pewności miała nie będę. Mogę tylko na to liczyć. Ale pies który zaznał już przyjemności mordu… cóż wątpię, by się mógł go oduczyć.

  • Pies Berek

    Super wpis – tez kiedyś pisałam o łańcuchu łowieckim u setera. I bardzo mi się podoba ze piszesz ze gucio prawda ze tak latwo wsystko się da i czlowiek bedzie ciekawszy od zająca… Moze zalezy od psa, ale jesli chodzi o mojego to tropienie jest jego najwieksza, ale i wylaczającą w częsci mozg, czynnoscią.
    Berkowi kiedy wyskoczyła na polach sarna i Berek ruszyl. Sarna biegla , biegla jakies 30 metrow, Berek oczywiscie nie mial szans jej dogonić, ale ta postanowila zwolnic i wreszcie zatrzymac. Berek zaczął ją wachać i skakali tak razem po polu. Az jakims cudem zdolalam go od niej odwołac. Wpadlam wtedy w taka histerię ze strachu (nie wiedzialam jak to sie moze skonczyc, bo zalozylam ze przeciez nie odwolam go od stojacej obok niego zwierzyny, sarna do mnie nie podejdzie przecie i myslalam ze tak bede kicać az mi Berek zginie) ze dzwonilam po męza i latał i nas szukał na tych polach bo nie mialam sily wrocic do domu. Berek po lesie tez chodzi i zawsze chodzil na 15 metrach liny.

    • Dzięki 🙂 Piszę z własnego doświadczenia i obserwacji innych osób, może są psy które są odwoływane, może są psy które (z całym szacunkiem dla psych sportowców posłuszeństwa) nie potrafią bez komendy zrobić samodzielnie nic. Ale w dużej mierze każdy z nas ma zwykłego psa, a nie wpatrzonego w nas mistrza świata, wiec musi liczyć się z tym problemem. Zresztą zakładanie, że pies pies zawsze, na 100% i bezapelacyjnie nas posłucha jest głupotą. Jakbyśmy nie uczłowieczyli psa – jest to zawsze tylko zwierze i kiedyś może nie posłuchać (inne otoczenie, strach, stres, złe samopoczucie), dlatego nie rozumiem jak ktoś mówi, że dobrze wypracowane przywołanie w zawsze powinno zadziałać. Powinno, ale nie musi i trzeba o tym pamiętać, a wiele osób zapomina o tym.
      Wrzuć mi link do swojego wpisu o tym, chętnie poczytam inne spojrzenie na to! 😉

  • Moja starszawa suka

    Dzięki za ten artykul. Teraz rozumiem ten łańcuch łowiecki. Rzeczywiście trzeba najeść się strachu, żeby zrozumiec, ze smycz to niekoniecznie coś zlego. Ja teraz już tez nie puszczam, nawet na pobliskiej łące. A zdarzyło się kiedyś tak: wyszlam na spacer pod las na łąkę. Drogi nie widać, bo teren górzysty, ale jest dojazdowa wąska droga do posesji rzadko uczęszczana. Moja suka – 10 letnia rodezjanka, już leniwa i ociężała była na smyczy, a jakże. Ale serce mnie bolało, bo nikogo ani żadnego zwierzęcia nie widać, choć sarny, zające i bażanty to stali mieszkańcy tych okolic. Z daleka widoczne tylko dachy 3 domów przy drodze blisko lasu. Ale to conajmniej 500 m. Ja z psem w kotlince, stałe się rozglądam. W końcu puściłam luzem. Mojej suce nawet biegać się bardzo nie chciało. Aportować nie lubiła nigdy, no tak do trzech razy a potem jej się nudziło, więc do rzucania nie miałam nic. Trochę potruchtała, powąchała i nagle stójka. Patrzę w tym samym kierunku i widzę daleko sylwetkę kogoś idącego tą właśnie wąską drogą. Więc wołam i ruszam do psa, niestety ten ułamek sekundy za późno. A moja nieruchawa stara suka mknie jak strzała pod górkę w kierunku sylwetki z głośnym szczekaniem. Ja za nią i drę się ile mogę. A ona nic. Pędzi i szczeka. Kobieta wracała z pracy do domu w jasnym wiosennym płaszczu. Zatrzymała się, wystraszyła, zasłoniła torebką. Moja psica nigdy nikogo nie ugryzła, owszem obszczekała zza płotu. Ale teraz zatrzymała się ze trzy metry przed kobietą i ujada jak wściekła. Już się bałam,że zaatakuje. Na moje wołanie nie reaguje zupełnie. A ja drę się nadal i biegnę przez łąkę. Całe szczęście,że kobieta wrosła w ziemię i nie uciekała. Wreszcie w psim łbie coś zaskoczyło i się łaskawie obejrzała. Po czym przybiegła jak gdyby nigdy nic, zachwycona. Mnie się ręce trzęsły, przepraszałam kobietę jak mogłam, mocno się wystraszyła, wcale się nie dziwię. Dobrze, że się na tym skończyło. Teraz moje suki biegają albo w ogrodzie, albo wychodzę z linką.
    Magda

    • No właśnie, tak się wydaje, że człowiek robi coś dobrego dla psa, że teren bezpieczy i dla psa i dla otoczenia, ale nigdy nic nie wiadomo. Ani czy coś/ktoś się nie pojawi, ani czy nasz pies nagle nie zachowa się inaczej niż zwykle. Dobrze jak nic się nie stanie ani psu, ani komuś innemu, ale ja dwa razy nie ryzykuję i linka już będzie zawsze, za to dziwią mnie osob, którym podobne sytuacje zdarzają się często, a mimo to uznają, że pies musi biegać bez linki, bo to humanitarne. Owszem – jeśli wiedzą że jest nie groźny, karny itp. Ale jeśli raz, dwa albo o wiele częściej pokazał, że potrafi nie wrócić na wołanie, pobiec za czymś lub wykazać się agresją – dlaczego nie wyciągają z tego wniosków? Nikt nie wie.

  • Marta Guzek

    Pies nie jest wstanie robić dwóch rzeczy na raz. Jak już pójdzie w długą, to możemy tylko patrzeć w która stronę biegnie. Nie ma co się łudzić, że się odwoła. Nie odwoła się, bo nas po prostu nie słyszy. Jedyne co może zatrzymać psa w pogoni to silny impuls prądu.

    Moja suka ma rozwinięty popęd łowiecki do momentu złapania i rozszarpania. Nie sprawdzałam czy pożarła by swoja ofiarę.

    Życie z takim psem, to nie lada wyzwanie, a z psem, który swoje łowieckie zapędy źle ukierunkował (np. na psy) to prawie mission impossible 😛

    • Ja wiem, Ty wiesz, ale będą osoby które powiedzą, że się da tylko to kwestia naszych błędów i nie wypracowania tego, bo ich pies nie ma takiego probemu.
      No niestety jest to bardzo ciężki temat i mimo wszystko wolę linkę niż próbować, czy tym razem się odwoła czy jednak nie 🙂

      U nas Donner na szczęście zatrzymuje się na pogoni, nawet jak gania czasem obce koty po ogródku to tylko po nich przegalopuje i odpuszcza – całe szczęście, ale nigdy nie mam pewności czy kiedyś czegos nie złapie i nie rozszarpie, w końcu to tylko pies.

  • Dzięki Bogu, że mój pies nigdy za niczym nie pobiegł (to ja zawsze pierwsza namierzam zwierzę/człowieka i od razu zapinam psa) gdy biegał bez smyczy (teraz chore stawy już mu to uniemożliwiają), ale powiem, że zająca to my bardzo często spotykamy (np.: wczoraj). Biega sobie taki samotny po sadzie/łące obok naszego bloku, ale na szczęście albo ucieka niezauważony przez psa, albo pies stoi w osłupieniu, a potem próbuje go dogonić (będąc na smyczy).

    A najgorsze jest to, że nie wiem co by było po dogonieniu zająca (niby pies ma kaganiec), niby każdego napotkanego królika (domowy i hodowlany) lizał po głowie, no ale udomowiony królik to co innego niż uciekający zając.

    • Niestety psa się niegdy nie przewidzi. Ja obstawiam, że Donner też by nie zaatakował, bo większą frajdę sprawia mu ściganie się, ale może ugryzłby chcąc zatrzymać – jak na pastucha przystało. Tak czy siak nie ryzykuje, chłopak jak tylko zwęszy zwierzynę już sam jej szuka chcąc ją pogonić, ale częściej to zwierzyna nas zaskakuje – dwa tygodnie temu prawie na nas wlazły dwa koźlątka sarny jeszcze nakrapiane… także u nas ja często jako ostatnia zauważam, że mamy towarzystwo, a bez linki nie chcę nawet myśleć co by się wielkokrotnie mogło stać.

      • Właśnie mi się przypomniało jak widziałam stadko sarenek, dzięki Bogu, że pies ich nie zobaczył, bo później jak go spuściłam ze smyczy to węszył w miejscu gdzie były, ale nigdzie nie pobiegł o dziwo.
        I dwa razy było tak, że albo jakaś sarna nam wyskoczyła z krzaków, albo zając przebiegał o 3-4 w nocy obok klatki (raz nawet lisa widzieliśmy, ale pies nie za bardzo wiedział co to jest to i nawet nie chciał pogonić).