Strona główna Wakacje z psemNadmorskie opowieści Pierwszy wyjazd nad morze Tosi i Twinsów

Pierwszy wyjazd nad morze Tosi i Twinsów

Wakacje nad morzem z dzieckiem i trzema psami

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Od kiedy Twinsy pojawiły się w naszym domu chciałam zabrać je nad morze. Pamiętałam ile radości sprawiały Donnerowi te wyjazdy i byłam pewna, że małe, lękliwe pieski też docenią taki urlop. Nie dane było nam jednak szybko wyruszyć na podbój Polskich plaż z bliźniaczkami…

Ale jak to się mówi, co się odwlecze to nie uciecze! I tak, kiedy Tosia zaczęła zbliżać się do półtora roku uznaliśmy z M. że można zaryzykować wyjazd nad morze.

Plan na początku był dość szalony: M. jedzie z psami samochodem, a ja z Dzidzią Tosią samolotem, bo obawiałam się trochę 8h podróży autem. Ostatecznie jednak plan lotu legł w gruzach, bo wygrał mój strach przed lataniem i pojechaliśmy nad morze samochodem.

O dziwo wyszło nam całkiem na dobre, bo okazało się, że Tosia jest wielkim podróżnikiem i podróż zarówno nad morze, jak i z powrotem zniosła rewelacyjnie: śpiąc, jedząc, bawiąc się i słuchając piosenek. Oznaki znudzenia zaczynała pokazywać dosłownie w ostatnich 30 minutach podróży, co dało nam wielką nadzieję na kolejne wyjazdy w przyszłości.

Zakwaterowaliśmy się tam, gdzie zazwyczaj, czyli w Kopalinie i już pierwszego popołudnia wyruszyliśmy z psami i Tosią nad morze.

Ela jak tylko nawąchała wiatr z nad morza dostała obłędu w oczach i zaciągnęła nas na plażę zapominając wszystkie zasady kulturalnego spacerowania. No ale nie miała czasu, bo morze mogło każdej chwili wyschnąć, a ona musiała zrobić inauguracyjne zanurzenie, na które czekała dobre kilka lat.

Marcysi udzielił się nastrój Eli, ale wchodzenie do wody wydało się Twinsom nieco głupim pomysłem. Molly, jak to Molly – trzymała się nas i cieszyła się spacerem, ale Marcysia zdawała się być nieco zawiedziona. Nie wiem, czy oczekiwała SPA, czy fajerwerków, ale widać było po niej, że po pierwszej euforii (gdzie naśladowała Elę) entuzjazm trochę opadł i Merci liczyła na coś zupełnie innego. W końcu Ela miała takie emocje, że zapowiadało się coś super, a to tylko piasek i woda.

Mimo lekkiego zawiedzenia Merci nie odpuściła i wzorem Donnera już o 4 nad ranem zaczęła nas budzić, bo ona jeszcze raz chce zobaczyć te atrakcje, na które się tak Ela ucieszyła. I wierzcie mi, mieliśmy z M. Deja Vu, tak jakby Donner był z nami. Bo to on zawsze pierwszej nocy na wyjeździe miał histerię, bo on już musi iść na plażę/w góry/na wycieczkę – w zależności gdzie byliśmy, bo nie mógł się doczekać tego po co przyjechał. Merci pierwszej nocy robiła dokładnie to samo i uspokoiła się, dopiero kiedy wzięłam psy na poranny spacer nad morze, zostawiając Tosię pod opieką M.

Bardzo potrzebowałyśmy takich spacerów tylko dla siebie. No i Merci w końcu odkryła na nich te fajerwerki, na które tak czekała – a mianowicie: wolny spacer w swoim tempie. Po pustej plaży dziewczyny biegały luzem, pieskując, a ja nie przeszkadzałam im, idąc przed siebie. Na początku Twinsy nie wiedziały co robić i trzymały się blisko, szybko jednak odkleiły się, zaczynając samodzielnie eksplorować plażę. Półtorej godziny takiego spaceru, przeplatanego od czasu do czasu tylko przywołaniem na smaka, by się nie zapomniały – dało Twinsom więcej niż miesiące treningów.

Dziewczyny wychillowały i przestały tak obsesyjnie polegać na mnie. Stały się też dużo bardziej samodzielne i pewne siebie, a ja nabrałam jeszcze więcej zaufania do nich. Ela zaś miała to co kocha nad życie: bieganie po plaży, bieganie za piłeczką i kąpiele. W ostatnich latach praktycznie nie rzucam już jej zabawek z obawy na kręgosłup i nadgarstek, ale na plaży było inaczej, bo podejmowała aport z wody, więc w końcu mogła wybawić się za wszystkie czasy.

Potem zmęczone wyspacerowane psy miały jeszcze kilka minut treningu, bo o dziwo tak przewietrzone głowy same dopominały się o jakieś zadania, a ja korzystając z ich otwartości, postanowiłam na wyjeździe poćwiczyć zmiany pozycji i tak w kilka dni Twinsy ogarnęły coś, co od roku nam nie szło, a Ela mogła błyszczeć jak gwiazda popisując się „łatwizną”.

Po powrocie do domu, Tosia i M. czekali na mnie ze śniadaniem. Potem kawa w naszym mini ogródku, psy na drzemkę, a my z Dzidzią na plażę.

Tosia na plaży bawiła się nie gorzej niż psy, zmuszając mnie raz po raz do wchodzenia do morza i moczenia stópek, bo przecież dla Brzdąca woda niebyła zbyt zimna, mimo iż moje stopy były na skraju odmrożenia. Budowanie zamków z piasku jeszcze nam nie szło, za to rozdeptywanie i burzenie piaskowych babek opanowała do perfekcji. Jednak nic nie mogło mierzyć się z morzem, które za każdym razem jak widziała, gdy wchodziliśmy na plaże witała piskiem radości.

Po lażowaniu szliśmy na obiad na obowiązkową rybę z deserem z gofrów i można było wracać do domu na odpoczynek, po którym zabieraliśmy psy i Tosię na spacer po okolicznych lasach, które swoim pięknem i ścieżkami nie ustępowały plaży, a i psom dobrze robił normalny spacer po lesie, choć Ela uważała, że to niepotrzebne marnowanie czasu, który można by przeznaczyć na kąpiel w morzu.

Na kolację czekał nas jeszcze tylko grill i można iść spać regenerując siły przed kolejnym dniem.

Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo potrzebowałam tych wakacji. Tych dwóch godzin z rana bez dziecka. Tego szumu fal i zachodów słońca. Nie dziwię, się czemu Donner tak kochał tu przyjeżdżać i cieszę się, że Twinsy też doceniły ten wyjazd. A jeszcze bardziej cieszę się z tego, że nasze pierwsze wakacje całą rodziną udały się tak fajnie. Że Tosia dała radę i też była zadowolona z wyjazdu, że udało nam się ogarnąć dziecko i trzy psy i że każdy na wyjeździe miał chwilę dla siebie.

Zdecydowanie musimy na jesieni to powtórzyć.

Ogółem: 37, dzisiaj: 1

You may also like

Zostaw komentarz