Strona główna Wakacje z psemNa górskim szlaku Beskid Niski z terierami

Beskid Niski z terierami

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Odkąd pamiętam zawsze chciałam chodzić po górach z psem. Od dziecka uwielbiałam góry, ale moim marzeniem było zawsze przemierzać szlaki z czworonożnym kompanem u boku. Niestety niedane było mi spełnić tych marzeń z Budzikiem z uwagi na jego zdrowie, ale kiedy tylko Donner osiągnął bezpieczną granicę wieku dziewięciu miesięcy od razu wyruszyliśmy na szlak w Beskidy. Podobnie było z Elcią, choć ona swoje pierwsze góry przemierzała już za szczeniaczka. Bliźniaczki trafiając do naszej rodziny, zostały skazane na aktywne życie, więc kiedy tylko oswoiły się z nami na tyle, że wiedziałam czego po nich mogę się spodziewać. Kiedy przepracowaliśmy wychodzenie na spacer i pokazaliśmy, że wycieczki są super. No i ostatecznie, kiedy miałam pewność, że klatka jest na tyle dobrze zrobiona, by być azylem dla Twinsów, czyli niemal dokładnie po dwóch miesiącach od adopcji dziewczęta pojechały z nami w góry.

Tak jak każdy z moim psów, tak i one zaczęły od Beskidu Niskiego w okolicach Dukli. Od gór, które z M. darzymy wyjątkowym uczuciem, bo to tutaj rozpoczynaliśmy nasze pierwsze wspólne górskie wojaże. To w tych okolicach spędzaliśmy czas na praktykach i to tu pierwszy raz byliśmy na szlaku z psem.

Zanim Twinsy wyruszyły na szlak, musiałam być pewna, że sobie na nim poradzą. Praktycznie od pierwszego dnia adopcji rozpoczęliśmy regularne spacery, stopniowo wydłużając je aż do 10km. Dobra karma i suplementy szybko zbudowały dziewczynom mięśnie i zabezpieczyły młode stawy. Dzięki temu, widząc jak się rozwijają, dokładając im treningi na piłkach do fitnessu, byłam pewna, że podołają górskim szczytom.

Na listopadowy długi weekend zaplanowałam nam trzy trasy – niezbyt długie, bo po jakieś 14-15km, po najfajniejszych szlakach. Życie i nasz entuzjazm oczywiście zweryfikowało plany i tak z niewinnych 15km wychodziło nam ponad 20km.

Trasa pierwsza: Jaśliska

  • Łatwa, podejścia łagodne
  • 18,4km według mapy, 19,5km według GPS
  • Czas przejścia: 5,5h
  • Start: Parking na skrzyżowaniu żółtych szlaków w Jaśliskach, przed rzeką Bielczą.

Podróż rozpoczynamy od pokonania rzeki Bielcza. Pokonanie jest dobrym określeniem, ponieważ niezależnie od tego, o jakiej porze roku tu jesteśmy, rzeka zawsze płynie drogą (dlatego też dalej będzie ciężko przejechać, choć ludzie jeżdżą). Warto mieć to na uwadze planując tą trasę, bo jeśli nie uda Wam się przejść nie zamaczając butów, najbliższe kilometry zrobicie z mokrymi skarpetkami, a po drodze czeka Was jeszcze jedno podobne przejście, więc dobrze mieć zapasowe skarpetki.

Ale kiedy już uda nam się przeprawić przez rzekę ruszamy łagodnym podejściem drogą w stronę granicy, cały czas żółtym szlakiem bądź Transgranicznym Szlakiem rowerowym „Beskidzkie Muzea”, aż dotrzemy do skrzyżowania szlaków Żółtego z Niebieskim. Tam odbijamy w lewo (w niebieski) i dalej drogą szutrową na początku której przywita nas znak „Uwaga Niedźwiedzie”, ruszamy ścieżką przyrodniczą na pierwszą górę – Bredonne. Trasa jest łatwa, choć szutrowa droga może być mało przyjemna dla delikatniejszych psów. Moje nigdy nie miały z nią problemu, ale jeśli psiaki mają tendencje do otarć lub uszkodzeń opuszek może się okazać, że przydadzą im się buty. Droga ta prowadzi przez las wzdłuż malowniczo wijącej się rzeki Beskid, a co jakiś czas opatrzona jest tablicami informacyjnymi o występującej tu roślinności. Jednak nie mamy czasu na czytanie tych ciekawostek, bo jesienny dzień jest krótki, a przed nami bardzo długa trasa!

Po wejściu na pierwszą górę odpijamy w prawo na szlak czerwony i dalej granicą Polsko-Słowacką wspinamy się Fedorkow (766m n.p.m.) po czym schodzimy do Przełęczy Beskid nad Czeremchą (Čertižské sedlo). Tam możemy zrobić w wiacie postój (a nawet ognisko) i podjąć decyzję czy wracamy żółtym szlakiem prosto drogą do samochodu, czy wspinamy się na kolejne szczyty. My, po krótkim popasie z kanapkami i herbatką oraz małym śniadaniem dziewczyn podjęliśmy dalszą wędrówkę. Ruszyliśmy więc dalej na wprost czerwonym szlakiem, by łagodną łąką wspiąć się ponownie na prawie siedmiusetmetrową górę – Klin (689m n.p.m.). I tak dalej pomalutku raz schodząc, raz podchodzą pod wzniesienia przemierzamy czerwony szlak graniczny kolejno zdobywając: Kút, Beskyd, Popadynę, by znosu zejść nieznacznie do przełęczy Sedlo Javoriny (570 m n.p.m.) położonej pomiędzy szczytami góry Pstrzyńskiej (629 m n.p.m.) i Beskydu (665 m n.p.m). Stąd też nasz czerwony szlak zmienia się na czerwono-żółty i prowadzi chwilami nieznacznie ostrzej na Górę Pstrzyńską po zejściu, z której odbijamy w prawo na szlak niebieski, który szybko wyprowadza nas z lasu i ostatnie kilometry wiezie przepięknymi łąkami. To właśnie tu, kilkaset metrów przed dojściem do drogi musimy pokonać kolejny bród, który był o wiele głębszy niż pierwszy (tak na oko do połowy łydki), na szczęście udało nam się znaleźć kilka większych kamieni, po których udało się przejść nie mocząc butów, bo choć pogoda była piękna, a ja mentalnie byłam gotowa na zamoczenie stóp w lodowatej rzece (a rano był przymrozek), naprawdę cieszyłam się, że obeszło się bez takiej atrakcji.

Szybko dochodzimy do drogi i żółtego szlaku, na którym odbijamy w lewo i po kilku kilometrach dochodzimy do samochodu.

Trasa 2: Źródliska Jasiołki

  • Łatwa, dużo podejść, chwilami może nie ostrzejsze, ale męczące
  • 22,7 km według mapy, 24,2km według GPS
  • Czas przejścia: 6h
  • Start: Droga za zakładem karnym w Moszczańcu. Można zatrzymać się na zatoczce przy drodze, przed Leśniczówką Moszczaniec (dalej nie pojedziecie, bo jest zakaz wjazdu)

Odkąd odkryliśmy to miejsce jednogłośnie nazwaliśmy je Beskidzką Narnią. Bo choć pierwsze 6km może zniechęcić – mało fajna szutrowo – błotnista droga, zaczynająca się przy leśniczówce zielonym szlakiem, który później lekceważymy (odbija w lewo), a my uparcie podążamy tą drogą, aż do pola namiotowego, to dalsza część trasy wynagradza mało atrakcyjny początek.

Już samo pole namiotowe z miejscem na ognisko, wiatą i Pomnikiem poległych żołnierzy WOP jest fajną atrakcją, na której kończy wiele wycieczek idących od Woli Wyżnej niebieskim szlakiem, dla nas jest to dopiero początek wyprawy. Tak jakby pod prąd kierujemy się w prawo właśnie na szlak niebieski Rzeszów-Grybów, by przy pomniku Kurierów Beskidzkich AK wejść na szlak czarny – Beskidzka Trasa Kurierska „Jaga Kora”. Kawałek dalej po lewej stronie mijamy ruiny nieistniejącej już wsi Jasiel. Tu właśnie rozpoczyna się nasza Narnia – trasa biegnąca wzdłuż rzeki Jasiołka i jej źródeł. Jest co podziwiać, bo to miejsce wyjątkowo urokliwe o każdej porze roku.

Kiedy miniemy po prawej stronie cmentarz, szybko dotrzemy do skrzyżowania szlaków niebiesko-czarnego z zielonym. Tu skręcamy w lewo na szlak zielony, by kolejny raz podczas tego weekendu postarać się nie zamoczyć butów przechodząc tym razem przez rzekę Jasiołkę. Dalej wspinamy się chwilami dość ostro pod górę Łan, by za nią na granicy i skrzyżowaniu szlaków odbić w lewo (szlak czerwony) i wyruszyć granicą Polsko-Słowacką i Jaśliskim Parkiem Krajobrazowym przed siebie. Po kilku kolejnych podejściach dochodzimy do Vodojem, štátna hranica gdzie jak się dobrze rozejrzymy, znajdziemy ukrytą w ziemi studzienkę (niestety tym razem była odgrodzona taśmami – zapewne coś się zaczęło sypać). Granica jest też symboliczna przyrodniczo, bo u nas po Polskiej stronie idziemy lasem, Słowacja zaś zaprasza piękną łąką, wręcz połoniną, tu znajdujemy na słowackiej stronie symboliczną bramę Beskidów „Kapurka do Beskyda”. My wspinamy się dalej na górę Wertyszów (741 m n.p.m.) i tak po kolejnych kilometrach dochodzimy do rozstaju szlaków i miejsca na odpoczynek „Pod Kanasiówką” skąd schodzimy w lewo niebieskim szlakiem do miejsca biwakowego. Stamtąd jeszcze ten mało ciekawy początkowy odcinek drogą i wracamy do samochodu.

Trasa 3: Cergowa tam i z powrotem

  • Średnia, dużo ostrych i stromych podejść – po deszczu ślisko!
  • 4,8 km według mapy, 5,2km według GPS
  • Czas przejścia: 1h 45min
  • Start: parking Ciułówka

W dniu powrotu do domu, chcieliśmy zrobić jeszcze jedną króciutką trasę, do czego idealnie nadała się nasza ukochana Góra Cergowa. Swojego czasu odwiedzaliśmy ją za każdym razem, kiedy byliśmy w okolicy. Robiąc w Dukli praktyki, przez miesiąc, bywaliśmy na niej niemal co dzień. Jednak w ostatnich latach choroby Dosia i pandemia spowodowały, że odkąd na szczycie Cergowej powstała wieża widokowa nie udało nam się tu dotrzeć aż to tego wyjazdu!

Rozpoczęliśmy go na parkingu Ciułówka skąd żółtym szlakiem wyruszyliśmy najpierw do Źródełka Św. Jana z Dukli, by dalej ostro pod górę wspiąć się na Cergową. Ale byliśmy w szoku, kiedy zapamiętany przez nasz szlak miejscami zarośnięty pokrzywami do pasa, słabo oznakowany i ogólnie dziki zmienił się w szeroką wydeptaną drogę. Pionowe niegdyś podejście na górę za Studzienką zostało odgrodzone drewnianym szlabanem, a żółty szlak prowadził nieco łagodniejszym podejściem w kształcie serpentyn. Z nieukrywaną nutką nostalgii, stojąc przy źródełku patrzyłam na nieczynne wejście wspominając, jak pierwszy raz kiedy tu przyszliśmy, po deszczu, zjeżdżaliśmy na nim na tyłkach po śliskiej glinie – przerażeni tym gdzie się wybraliśmy. Teraz trasa na Cergową, choć ostra i wymagająca jest bardzo kulturalna i choć inna niż dziesięć lat temu to równie fajna.

Po dojściu na szczyt przywitała nas wieża widokowa. Nie jakaś tam wieża, a Wieża, przez duże W. Wielka, solidna i mega wysoka. Pierwsza wieża Twinsów! Doś doceniłby ją jak nich, wychodząc na szczyt, by spojrzeć z niej na świat. Ela i Bliźniaczki – wyszły, sceptycznie się rozejrzały i zeszły bez większych emocji. Eh… Tak myślę, że już chyba nigdy nie będę miała psa, który czyta oznakowania na trasie wybierając zawsze szlak zamiast ścieżki, który będzie zdobywał każdy szczyt i wieżę tylko po to, by popatrzeć z niej w dół, psa który rozumie chodzenie po górach, którego cieszy odkrywanie nowych miejsc, a nie traktuje tego tylko w formie spaceru. Ale cóż, Donner był jedyny w swoim rodzaju.

Po krótkiej chwili Dosiowych wspomnień schodzimy z wierzy i tą samą drogą mijając po drodze kilkanaście (!) osób wracamy do samochodu i wyruszamy w drogę powrotną do Lublina.

Beskid jest jednoznacznie naszym ulubionym pasmem górskim i choć byliśmy na tych trasach wiele razy, jest to nasz pewniak, który zachwyca o każdej porze roku niezależnie od pogody.

Sprawy organizacyjne:

  • Nocowaliśmy w Base Camp Carpathia
  • Sprzęt trekkingowy: Sali.pl szelki: V-trek; smycz z amortyzatorem 170cm; pas maszera: Relax.

Widok z wieży na Cergowej

Więcej relacji z naszych górskich wycieczek z psami:

Ogółem: 115, dzisiaj: 1
0 komentarz
0

You may also like

Zostaw komentarz