Strona główna Gdzie na spacer Romantyczny spacer z psami

Romantyczny spacer z psami

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Wszystko zaczęło się jedenaście lat temu… Szóstego października 2008 roku, około godziny dziesiątej; może dziesiątej trzydzieści. Siedziałam pod salą wykładową od matematyki, pierwszymi zajęciami, jakie miały się odbyć na studiach, na które poszłam. Nie z przekonania… bardziej jako alternatywa dla architektury, na której nie poznali się na moim niewątpliwym talencie bynajmniej nie do budowli, ale do wszelkiego rodzaju mang, stworków i innych potworków, który okazał się niewystarczającym, by zasiedlić szeregi żaków na architekturze. Z perspektywy czasu nie żałuję ani trochę, że mój los tak się potoczył i trafiłam na towaroznawstwo, ale tamtego pamiętnego poniedziałku, bardzo poważnie zastanawiałam się, po cholerę jestem na Uniwersytecie Przyrodniczym, zamiast okupować jakiś korytarz na Politechnice. Moje rozterki przerwało irytujące zapytanie, nie mniej irytującego (choć przystojnego) gościa z ironicznym uśmiechem na twarzy. „Co robisz EMO koleżanko?” Możecie tylko domyślać się, jak mocno się zagotowałam. Mój idealnie dobrany punkowy wizerunek: obwieszenie łańcuchami i pieszczochami, trampki nabijane ćwiekami i kilka innych elementów jednoznacznie wskazujących, że EMO nie jestem… w słuchawkach playlista Dezertera, Siekiery i nieco lżejszego KSU, a tu przychodzi mi jakiś rockowy chłopaczek i na dzień dobry wyskakuje z takim tekstem. Jak nic, chce zarobić strzała, no bo któż inny odważyłby się denerwować moją szanowną osobę? Więc pytam grzecznie (lub mniej grzecznie) czy chce spaść ze wskazanych podbródkiem schodów. Facet wybucha śmiechem, po czym dosiada się na moją ławeczkę i na przestaje mi dokuczać przez cały pierwszy dzień studiów…

Oczywiście w miłość od pierwszego wejrzenia nie można wierzyć, to też na drugi dzień, kiedy wysiadając z autobusu, drugi autobus w tym samym czasie, na ten sam przystanek wypuścił tego niemożliwie irytującego (choć czarującego) gościa pomyślałam tylko: „Nie chcę by był moim mężem!”. Od tego czasu staliśmy się nierozłączni. Całe studia przesiedzieliśmy w jednej ławce, wspólnie doprowadzaliśmy do płaczu wykładowców, darliśmy łacha z Bogu Ducha winnych ludzi, przeżyliśmy nie jedną imprezę, by osiem lat później wziąć ślub. M. nic a nic się nie zmienił – dalej bywa irytujący do granic możliwości, ale przy okazji jak najdelikatniejszym i najwspanialszym facetem, jakiego w życiu poznałam. Jestem w nim ciągle zakochana, myślę, że nie mniej niż na początku studiów i choć czasem dziwię, się jak tyle ze sobą wytrzymaliśmy, to wiem, że nasz z wiązek z roku na rok rozwija się i staje mocniejszy i pewniejszy. A jako, że rocznicy ślubu nie świętujemy, bo to takie nie w naszym stylu, bo w sumie była to tylko formalność, mamy swoje rocznice, które znaczą dla nas dużo więcej. Są to między innymi zaręczynki i właśnie świętowane dzisiaj poznancinki. Z tej okazji wybraliśmy się wczoraj na romantyczny spacer po Parkach w Nieborowie.

Lubimy połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli uczcić rocznicę, pojechać na wycieczkę, wyprowadzić psy i jeszcze porobić zdjęcia. To ostatnie to w sumie mój konik, ale tym razem M. chciał mi zrobić przyjemność i choć nie przepada za robieniem zdjęć, to efekty możecie podziwiać w tym wpisie (a więcej będzie na Facebooku i Instagramie – gorąco zachęcam do obserwowania).

Barokowy Ogród w Nieborowie

Ogród barokowy w stylu regularnym (francuskim) w Nieborowie zaprojektowany został w ostatniej dekadzie XVII w. prawdopodobnie przez Tylmana z Gameren i rozbudowany w 70. latach XVIII wieku przez Szymona Bogumiła Zuga. Dominują w nim rodzime gatunki drzew, ale najbardziej okazałe są dwa platany posadzone ok. roku 1770.

[Czytaj więcej na stronie Nieborowa]

Swoją wycieczkę zaczęliśmy od Ogrodu w Nieborowie. Wstęp do ogrodu (zarówno w Nieborowie jak i Arkadii) jest płatny (również dla psów), więc musicie liczyć się z dość sporym wydatkiem – bilet dla dorosłego 12zł, dla psa 8zł (tyle samo ulgowy). Więc wejście dla naszej czwórki do dwóch ogrodów wyniosło nas 80zł. Dużo i nie dużo. Z jednej strony biorąc pod uwagę fakt, że parki mamy zadbane i czyste, a w pakiecie do psiego biletu dostajemy papierowy woreczek na odchody, uważam, że cena jest akceptowalna, co więcej zawsze powtarzam, że wolę za psa zapłacić, ale żeby można było z nim wejść, niż mieć nieuzasadniony niczym zakaz wstępu. Ale wracając do ogrodu.

Swoją wycieczkę rozpoczęliśmy wokół kilku stawów, później powłóczyliśmy się po malowniczych parkowych alejkach aż doszliśmy do oranżerii, w której znajduje się kawiarnia. Z kubkami kawy w rękach odwiedziliśmy ogrody uprawne i zakątek pszczelarski i po około 4 kilometrach wróciliśmy do samochodu, by udać się do Arkadii.

Arkadia Heleny Radziwiłłowej

W latach 70. XVIII wieku dotarł do Polski nowy styl ogrodowy zwany angielskim, który narodził się na początku wieku w Anglii, a później ogarnął stopniowo liczne kraje europejskie. Styl angielski zdecydowanie przeciwstawiał się sztuczności i regularności ogrodów barokowych, propagując swobodne i nastrojowe kompozycje ogrodowe sprzężone z sentymentalnym bądź symbolicznym sztafażem złożonym z różnych form i konstrukcji architektonicznych nawiązujących do antyku, średniowiecza, życia wiejskiego, a nierzadko także do zamorskich form egzotycznych. Styl ten przeobrażał się również równolegle ze zmianami zachodzącymi w sferze filozoficzno-ideowej i estetycznej epoki od form sentymentalnych ku wizji ogrodu romantycznego.

[Czytaj więcej na stronie Nieborowa…]

Jeśli Ogród w Nieborowie Wam się spodobał, to Arkadia rzuci Was na kolana. Kiedy przeszliśmy bramy Parku poczułam się jak dziecko przekraczające bram Legolandu. Wszędzie widziałam idealne miejsce na zdjęcia! Tak pięknego miejsca, z tyloma budowlami, magicznymi zakątkami i cudownie kolorowymi roślinami dawno nie widziałam. Arkadia wyglądała ja miejsce z baśni. Mitologiczne rzeźby, przeplatanie stylów architektonicznych, stare mury, na których widać upływający czas i świetnie zachowane obeliski i rzeźby. Błądziliśmy po arkadii zachwycając się kolejnymi odkrytymi miejscami. Spacer po Arkadii to jakieś trzy kilometry, więc jak widzicie wyszła nam całkiem ładna, sobotnia wycieczka, gdzie wystarczająco się zmęczyliśmy i nacieszyliśmy oczy.

Psy po wycieczce również padły, bo jakby nie patrzeć miejskie spacery, kiedy trzeba się ogarniać i zachowywać są dużo bardziej męczące niż kilkanaście kilometrów po lesie. Ale jest to zawsze miła odmiana, która nie pozwala „zdziczeć” psom, bo mają kontakt z cywilizacją. A jak widzicie po zdjęciach wszyscy byli wyjątkowo zadowoleni z wycieczki, do tego stopnia, że Donner mógł spacerować bez kagańca (bo wakacyjny Donner, to zupełnie inny pies) i udało nam się narobić sporo zdjęć w klimacie jesiennej baśni.

Kolejne miejsce niedaleko Warszawy, które warto odwiedzić. Polecamy!

Ogółem: 311, dzisiaj: 1
0 komentarz
0

You may also like

Zostaw komentarz