3Lip

Traktat o oddawaniu i pierwsze kroki z aportem

Jak to śmiesznie brzmi, kiedy rozpoczynam naukę aportu z czteroletnim psem. Tak, bowiem aportu Donner nigdy nie był uczony. Okej żeby było jasne, był uczony i nie było źle jak na niespełna rocznego pieska, kiedy sama z nim ćwiczyłam, ale polecono mi nie uczyć go samej aportu, kiedy wspomniałam, że pies miewa problemy z przychodzeniem do mnie i że nauczymy się tego na zajęciach (na zajęciach na których przez trzy klasy nie wprowadzono do szkolenia zabawki), a moje prośby o pomoc w problemie (w końcu był to kurs posłuszeństwa) kończyły się teoretyczną radą zamiast realną pomocą, bo będziemy aport robić później, bo teraz trzeba pogadać o byle czym np: domku nad jeziorem z innymi kursantami. Z kursu na kurs słyszałam, że to będzie na kolejnym stopniu, w końcu gdy doszliśmy na ostatni stopień i okazało się, że Donner ma tragiczne problemy z oddawaniem przedmiotu i kiedy ma już coś w zębach jest nie do przywołania (bo z nim tego nie ćwiczyłam, żeby samej nie pogłębić problemu), dostałam tysiąc bardzo dziwnych rad i zero praktyki, bo nie ma czasu na indywidualną pracę, bo jest grupa i na zajęciach trzeba zrobić kilka ćwiczeń. Po czym okazało się, że Donner jest ciężkim przypadkiem. Na zajęciach dostał OE, a przynoszenia zabawki jak nie było (za to było uciekanie ze znalezionym kijem, by nie pracować), tak… tak OE zniszczyła wszystko (a przecież nie ja ją użyłam, tylko osoba, która ponoć wie jak z niej korzystać…) pies nie dość, że zupełnie przestał przynosić zabawkę, to dodatkowo przestał przychodzić do mnie. Do egzaminu trzeciego stopnia kursu nie przystąpiłam i nie zdecydowałam sie kupić OE uznając, że wolę by pies nie aportował wcale, niż uczyć go w ten sposób. Później problem tylko się pogłębiał. Nie dość, że Donner miał straszne problemy z tym by podejść do mnie z zabawką, (cud, że w ogóle odpracowałam to by przychodził do mnie), to kiedy już udało mi się go zatrzymać pies odłączał mózg i dostawał szczękościsku na przedmiocie, na dobre kilkadziesiąt minut. W efekcie czego nawet nie podejmowałam prób nauki aportu, bo szlag mnie trafiał, kiedy jeden rzut okupiony był czterdziestoma minutami biegania za psem, proszenia, wrzeszczenia, grożenia, próbowania mu wyciągnąć przedmiot z pyska, by ostatecznie się wściec i odpuścić zostawiając psa z łupem myśląc poważnie nad zakupem tej nieszczęsnej obroży elektrycznej (dzięki Bogu nigdy jej nie kupiłam). Bądźmy szczerzy, może w pewnych sytuacjach, w dobrych rękach, użyta z wiedzą i w odpowiednim czasie OE może pomóc, tak jak kolczatka. Ale ja nie odważyłabym się jej zastosować ponownie, raz dlatego że na zaufałabym już treserom, że potrafią z niej skorzystać, dwa dlatego, że da się to wypracować bez OE. Wolniej bo wolniej, może nie tak doskonale, ale skoro się da to OE mi nie potrzebna. Dlatego do końca życia będę przeciwko metodom awersyjnym czy to „delikatnym i ogólnie przyjętym” jak kolczatka czy drastycznym jak obroża elektryczna. Jesteśmy przykładem tego, że te metody (tak, kolczatka też nam wiele w życiu zepsuła) bardziej nam zaszkodziły niż pomogły, za to szkolenie pozytywne odczarowało mi psa… O tym co myślę o kolczatkach przeczytacie tutaj. Tak więc można powiedzieć, że całe życie walczyłam z Donnerem i jego problemami z oddawaniem przedmiotu, a raczej z bardziej złożonym problemem, jakim było:

  • -nieprzychodzenie do mnie, poza czasem, w którym ćwiczymy i pies jest w „trybie pracy”
  • -nieprzychodzenie do mnie z przedmiotem (piłka, patyk, frisbee, ukradziony kapeć) – nigdy
  • -nieoddawanie przedmiotu – zakleszczenie pyska i odcięcie mózgu od ciała.

Co w przełożeniu daje na chwilę obecną problemy miedzy innymi z aportem, a raczej jego składowymi.

SONY DSC

Z czego według mnie składa się aport:

[D-tam ma problem Donner, B -tam miał problem Budzik.] 

  1. – opanowanie i spokój przed rzutem (D)
  2. – opanowanie i spokój w trakcie rzutu
  3. – bieg po przedmiot na komendę
  4. – podniesienie przedmiotu
  5. – trzymanie (B) i przyniesienie przedmiotu (D)
  6. – podejście do opiekuna (D) i trzymanie przedmiotu (B)
  7. – zajęcie pozycji przy nodze i trzymanie przedmiotu (B)
  8. – pozycja siad przy nodze (D) i trzymanie przedmiotu (D i B)
  9. – oddanie przedmiotu (D)
  10. – zachowanie pozycji (D)
  11. – opanowanie (D)

Indeksy w tekście są odwołaniem do konkretnego punktu w składowej aportu.

Nie ukrywam, że wiele problemów zawdzięczam sobie sama, z powodu ambicji – marzeń na temat tego: co to ja nie będę z nim robiła, błędów wychowawczych, które później zostały pogłębione przez dobór nieodpowiednich metod szkoleniowych, szkół i treserów i rozwiązywanie tego radami z kosmosu szerzej o tych metodach przeczytacie tutaj: jak nie uczyć oddawania. Przełom pojawił się rok temu (Donner miał nie całe 3 lata – więc przez 3 lata problem był pogłębiany) podczas zajęć z agility, gdzie w końcu nie udzielano nam tylko teoretycznych rad i nie stosowano na nas „złotych awersyjnych metod”, a gdzie poświęciłyśmy z Ewą wiele godzin zajęć na torze na pracę z zabawką – praktyczną pracą, o której pisałam tutaj: praca domowa z agility. Nie żałuję tego, choć mogłabym powiedzieć, że umawiałam się na hopsanie, a nie na pozornie bezproduktywne obserwowanie psa, ale było to nam potrzebne. I jemu i mnie. Wtedy pojawił się promień nadziei. Że jest szansa… szansa na to, że jak już pies zakleszczy się na przedmiocie, to się kiedyś odkleszczy. A przynajmniej udało mi się robić z psem „zmianę” zabawki9.

SONY DSC

Władca aportów

Kolejnym krokiem było Seminarium Frisbee z Paulą Gumińską, które również w dużej mierze straciłam z powodu problemów Donnera, bo więcej czasu zeszło nam na oddawaniu przedmiotu, niż na samych rzutach z psem. Ale tego również nie żałuję. Na seminarium nauczyłam się pracować, ze spanikowanym Donnerem, który obsesyjnie bał się utraty frisbee. Odbudowywaliśmy zaufanie i podchodzenie do mnie z przedmiotem. Gdzie na sucho, bez pokazania jak pracować, w życiu nic, by to nie dało, bo teoria nie ważne jak świetna i szczegółowa nigdy nie będzie porównywalna do zobaczenia czegoś na żywo5,6. Koniecznie obejrzyjcie filmik z postu o seminarium, zobaczycie w nim jak poważny problem miał Donner.

Ostatnim krokiem był kurs trenerski Canid, kiedy to nastąpił przełom i wtedy pierwszy raz, już pod koniec kursu, Donner na komendę „puść” – puszczał! Nie potrzebując przedmiotu na wymianę, tylko po prostu była komenda i było puszczenie. Oczywiście potem był regres i na egzaminie Donner zupełnie zapomniał to, co od miesięcy wypracowaliśmy, zakleszczając się na zabawce tak, że mało nie doprowadził mnie do histerii, ale na pewno udzielił mu się mój stres. A potem? Potem było już tylko lepiej!1,9

SONY DSC

Tak ciężko usiąść z aportem przy nodze…

Wszystko zaczęło się od wpychania mi zabawek w ręce. Kiedyś pies z zabawką nie przychodził lub zachęcał mnie do zabawy z odległości 10m, a każdy krok w jego stronę powodował paniczne złapanie zabawki i ucieczkę, jednak w końcu coś się zmieniło! A zaczęło się od patyków w lesie, które Donner nałogowo nosi. Zaczął (nawet nie wiem, kiedy) wpychać mi je w ręce, żeby się szarpać. Zabiegać mi drogę i dosłownie zaganiać kijem, tylko po to bym się szarpała. I tu byłam o krok od porażki, bo nie wiele brakowało, a zaczęłabym przepędzać psa, bo okładał mnie tym kijem po nogach i plecach (w zależności jak sobie złapał) wcale nie zachęcając mnie do zabawy… kije były brudne, często kaleczące ręce, a ilości siniaków na łydkach nie zliczę.5,6

Dzięki kursom, zamiast zignorować psa lub opierniczyć by dał mi święty spokój na spacerze, skoro nie chce bawić się na MOICH zasadach – podjęłam zabawę Donnera, tak jak pokazała mi Paula. Dodatkowo zaczęłam szanować Donnerowe lęki i problemy. Szarpałam się z psem zabawką po czym pozwalałam mu z nią odbiec. Chcąc dalej się bawić musiał ponownie do mnie podejść. Bardzo szybko pies przekonał się, że biegnięcie do mnie z kijem jest najlepszą decyzją w jego życiu. Kiedy za każde wciśnięcie mi drąga w ręce jest nagradzany słownie i zabawą. Z czasem postanowiłam dodać do tego komendę i tu popełniłam błąd. Użyłam słów „do mnie” i „przynieś”. Wyobraźcie sobie Donnera pędzącego do mnie z kijem w zębach i nagle po usłyszeniu komendy zatrzymuje się w miejscu, po czym odskakuje i zaczyna biegać wkoło mnie – jak za dawnych lat. Dopiero wtedy zdałam sobie z tego sprawę, jak złe skojarzenia miały te niepozorne komendy! W sumie się nie dziwię, skoro bezkrytycznie stosowałam wszystkie „złote awersyjne środki” tylko pogłębiając problem, ale wówczas wierzyłam jeszcze ślepo w to co mówią treszerzy.5,6

SONY DSC

Żeby z tym aportem tak ochoczo biegł do mnie…

Nie ugryzłam się w porę w język i musiałam znowu odbudować zaufanie psa. Po kilku dniach (tak! Znowu był bardzo silny regres, do tego stopnia, że byłam gotowa się poddać) pies ponownie zaczął do mnie przybiegać z kijem. Tym razem za każdym razem, kiedy pies ruszał w moją stronę, ja zachęcałam go słowami „dawaj, dawaj, dawaj!” które miały bardziej go rozbawić i przyspieszyć, niż przywołać, w efekcie chyba wyszły nam komendą na przywołanie.

No ale w efekcie tej całej pracy pies ładnie przychodził do mnie i przynosił patyk – patyk, który sam znalazł (bo jeszcze o rzucaniu nie było mowy, bo wtedy mózg się gubił).

Równolegle do odbudowywania zaufania ćwiczyliśmy, zazwyczaj w domu, oddawanie przedmiotu. Wywaliliśmy ze słownika źle kojarzoną komendę „daj” zastępując ją „puść”. Nie wyobrażacie sobie ile psich kolacji spędziłam wkładając mu do pyska zabawkę, dając komendę „puść” i nagradzając jedzeniem, (mnie by się już ode chciało jeść, ale Donner był zawzięty.) z czasem odczarowaliśmy też komendę „daj” zamieniając traumatyczne skojarzenia w te pozytywne, ale to dopiero wtedy, kiedy pies ufał mi już w kwestii zabawki. Niemal całą zimę pracowaliśmy nad puszczaniem i choć jeszcze nie jest idealnie, czasem jakiś drobny impuls, gest, spojrzenie powodują, że pies, zamiast puścić zaczyna się szarpać lub zakleszczy na zabawce, ale powiedzmy, jest to raptem jakieś 10% przypadków. W dużej mierze pies na komendę „puść” – puszcza, a nawet jeśli zaczyna się szarpać, nie zakleszcza się na zabawce na kilkanaście minut z taką siłą jakby dostał szczękościsku. Jestem w stanie uspokoić go na tyle by puścił przedmiot w ciągu kilku minut, a nie jak było kiedyś – kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt było za mało.9

SONY DSC

Nie mogę patrzeć na te chore oczka… ale ważne że pyszczek szczęśliwy.

Ale wróćmy do pracy z patykiem w lesie. Kolejnym krokiem było przynoszenie patyka i zabawa dopiero po przyjęciu pozycji „równaj”7. Całkiem ładnie nam to wychodziło, ale już dodanie pozycji „siad” przy nodze okazało się problemem — nie wiedzieć czemu, bo pies zmiany pozycja robił zawsze chętnie, lubił to i umiał w nocy o północy, ale nagle zrobił się problem, tak jakby trzymając w pysku patyk, nie dawało się siadać8. Ogólnie z siadaniem zrobił nam się problem. Pies chętnie staje, chętnie się kładzie, ale na komendę siad (czy to w marszu, czy przy zmianie pozycji, strasznie się ociąga, ale musze pomyśleć na spokojnie co jest tego powodem i jak do zmienić – praca domowa na kolejne treningi)

I znowu był kolejny stopień traumy, który po jakimś czasie do mnie dotarł. Pies bał się, że siadając przy nodze, odbiorę mu patyk, albo zastosuję którąś ze „złotych metod” dlatego od razu go wypluwał, albo zaczynał nerwowo podgryzać, chyba na znak protestu, albo ze strachu? Nie wiem.

Także bardzo długi czas walczyłam z tym siadaniem przy nodze z patykiem w pysku (i walczę, bo ciągle jest z tym problem, wprawdzie już pies nie pluje patykiem na komendę siad, ale zaczyna panicznie go podgryzać). Także musimy jeszcze sporo nad tym popracować, żeby cieszyło go to, co robi, a nie robił, bo go o to proszę8.

SONY DSC

Jest nie źle, bo Donner sam zaczął w domu czy w ogrodzi znosić zabawki i wkładać nam je na kolana – by mu rzucać. Więc rzucamy i ignorujemy. Dopiero kiedy ponownie przyniesie, rzucamy kolejny raz. A czy przyniesie po 30s, 5minutach czy nie – trudno. Jego strata, pies nauczył się zabiegać o nasze zainteresowanie, a nie odwrotnie. To nie ja latam za Donnerkiem chcąc się bawić. To Donner przychodzi do nas i jak spełni warunek – puszczenia przedmiotu i uspokojenia się, możemy się z nim pobawić i na zakończenie rzucić5,6,9.

Co nam to dało? To, że w ostatni weekend bawiliśmy się dobre kilkanaście minut wspólnie! Co było wcześniej nie do pomyślenia, bo po jednym rzucie pies krążyłby z piłką po horyzoncie nie chcąc podejść. A jak się bawiliśmy? Zabawa wyszła przypadkiem: M. chciał pokopać piłkę, a że był pod ręką, a raczej nogą ażurek więc bardzo szybko pojawił się przy nas pies.

Usadziłam go przy nodze i dałam komendę „zostań”1, po czym rzuciłam M. piłkę2. Na komendę zwalniałam psa by podbiegł do niego3, po czym on w ostatnim momencie odkopywał piłkę, więc Donn musiał robić zwrot na pięcie, by ją dopaść4. Czyli w sumie nie aport, nie posłuszeństwo, ale elementy przemycone, pod postacią tego, co Donner lubi najbardziej – rywalizację z M.

Niesamowitym zaskoczeniem było to, że po rundzie honorowej wokół nas Donner się zatrzymywał całkiem niedaleko i wypluwał piłkę, ale nie pod swoje łapy tylko wyrzucał ją w taki sposób by poturlała się do nas lub przychodził do mnie na całkiem niewielką odległość.5,6,9 Wtedy wystarczała komenda „stój” i „zostań” opcjonalnie „puść”9 – dorównanie psa do nogi i zabawa od początku7,8.

SONY DSC

Daj!

Donner – pies, który nie przychodził do nas w trakcie zabawy, pies, który nie potrafił oddać przedmiotu, pies niecierpliwy i nakręcony oraz samolubny, zaczął bawić się na naszych zasadach i zaczęło mu sprawiać to frajdę – skąd to wiem? Bo jak psu coś nie sprawia radości lub nie ma ochoty, zabiera piłkę i znika, a on się z nami bawi nie uciekając dla świętego spokoju. A to był pierwszy krok do podjęcia decyzji, że możemy zacząć pracować nad aportem, bo ucieczki i zakleszczanie się na przedmiocie nie są już naszym problemem!

Dlaczego robię aport na lince? Aport nakręca Donnera i mija dłuższa chwila ganiania wkoło mnie, zanim postanowi podejść. A chciałabym wyeliminować to zachowanie, więc nie powinnam dać mu się ujawnić. Stąd też cały czas ćwiczyliśmy, na różnych przedmiotach, nie tylko na koziołkach i cały czas kontroluję go linką, kiedy za bardzo się nakręca.9 Dało mi to też możliwość wypracowania ładnego wyczekiwania komendy do aportu. 1,2 Skoro wyczekanie, i oddawanie mamy wypracowane teraz musimy skupić się na przynoszeniu przedmiotu, bez „rudny honorowej”.

Oczywiście jest to maleńki kroczek w dalszej pracy i nie jestem pewna, czy kiedykolwiek wypracujemy choćby jako – taki aport, ale… ale jesteśmy na dobrej drodze, a mój mały panikarz zrobił i tak rzecz niemożliwą. Coś, w czym wiele osób go skreśliło, uznając, że jest to coś, czego nie da się z nim wypracować bez OE. Fakt potrzeba było na to roku i myślę, że jeszcze drugie tyle nam potrzeba na doszlifowanie i utrwalenie, fakt kosztowało mnie to sporo pieniędzy – szkolenie agility, seminarium, kurs trenerski, o czasie który w to włożyłam, nie wspomnę, ale było warto. Pomalutku, po swojemu, przy pomocy osób, które nie powiedziały jak, lub co robię źle z nadętą wyniosłością, bo w końcu aport to każdy głupi umie – tylko pokazały, co zrobić by było dobrze, tak bym pies się dobrze czuł pracując ze mną, ciesząc się razem ze mną, najdrobniejszymi sukcesami.

SONY DSC

Bo co to za filozofia nauczyć psa aportu? Żadna. Bo tak naprawdę nie jest problemem nauczenia psa aportu, przy pracy od szczeniaka, a nie zwlekanie z tym, aż łaskawie dojdziemy do odpowiedniej klasy by być godnymi się tego uczyć, kiedy problem z dnia na dzień narasta. Problemem jest odpracowanie problemów wrodzonych / nabytych / utrwalonych. Czy przezwyciężenie swoich ambicji i powiedzenie sobie – nie to nie, nie musisz aportować jak mistrz w obedience – dla mnie wystarczy, jeśli będę mogła rzucić Ci piłkę kilka razy i nie dostaniesz zawału z powodu lęku przed jej stratą. Wszystko się da, tylko trzeba się temu poświęcić. I żeby nie było, Donner jest psem specyficznym, z Budzikiem nigdy nie miałam problemów z aportem. Aportował przedmiot przez przeszkodę, równał z przedmiotem, pluł nim przede mną, lub oddawał do ręki – ale to był zupełnie inny pies, zupełnie innych przypadek. I choć miał swoje problemy, bo u niego problemem było trzymanie przedmiotu w pysku jeśli materiał mu nie odpowiadał, ale była to zupełnie inna praca i zmiana zabawki załatwiła problem. Mimo, że to był też owczarek, mimo że wychowywany podobnie, a jednak aporty wyglądały zupełnie inaczej. Dlatego tak ważne jest dopasowanie sposobu pracy z psem indywidualnie. Nie da się tego zrobić na trzydziestominutowych zajęciach w grupie psów, czego jestem przykładem, gdzie dobór metody był mocno nietrafiony i zabrakło tej indywidualnej pomocy i spojrzenia na nas jako na oddzielny przypadek, nie grupowo „wszyscy tak ćwiczcie”. Wszyscy to nie my. Metody dla wszystkich nie są dla Donnera, jego charakteru i problemu. Takie problemy potrzebują czasu, zagłębienia się w przyczyny, obserwację zachowania psa na każdym etapie czynności, by podzielić naukę na małe schodki, których nie przejdzie się na kilku zajęciach, gdzie gna się do przodu, bo zaraz egzamin. Także naprawdę w czasie kiedy każdy może otworzyć psią szkółkę, w czasie kiedy szkółki otwierają pseudo-mistrzowie frisbee, agility, czy innej dyscypliny gdzie udało im się zdobyć jakieś odznaczenie (nie mówię o osobach trenujących wiele lat z sukcesami), w dobie Internetu, gdzie papier można zdobyć korespondencyjne przez Internet, lub dostać uprawnienia behawiorysty psów ucząc się pięć lat o stereotypi u świń i chowie kurczaków…. Obecnie trzeba naprawdę bardzo dobrze znać się na szkoleniu psów, by nie wpaść w złe ręce.

U nas problemem nie jest sam aport tylko pewne elementy, które się na niego składają, w efekcie czego mamy rozpierniczone całe ćwiczenie. Ale po woli składamy je do kupy i kto wie co napiszę za rok o aporcie… trzymajcie kciuki! Ale tym razem pracujemy całkowicie sami, uwzględniając rady tylko osób które szanujemy i mają prawdziwą wiedzę, a nie Internetowych mistrzów.

SONY DSC

Czekanie na komendę do aportu

SONY DSC

Trochę okrężnie, ale biegnę do Ciebie.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Tak wyglądał aport u rocznego Donnera – nie było wcale tak źle…

A tak wygląda aport na chwilę obecną… 

Ale chociaż „puść” jest ładne… Mam nadzieje, że za jakiś czas pokażę Wam kolejny nasz sukces, tym razem będący już aportem… a na razie czeka nas ciężka praca.
Ogółem: 685, dzisiaj: 1
  • PSIOLUBNI

    Niko też miał (i nadal trochę ma) problem z aportowaniem. Nie będę się rozpisywać o co chodziło, bo to temat długi i szeroki, ale stopniowo udaje nam się wypracować ładne przynoszenie zabawki.
    P.s. Jakim aparatem i obiektywem robisz zdjęcia? 🙂

    • Sony alpha 200 + helios. Ale ten obiektyw nie nadaje się do samowyzwalacza stąd nieostre i słabe kolorystycznie zdjęcia.

  • Ta od Trixi

    Trixi ma IDENTYCZNY problem. Tyle, że ja nie za bardzo wiem jak se z tym radzić a chyba już czas, też ma 3 lata. Za kilka dni idziemy na seminarium z frisbee, może się czegoś dowiemy 😀

  • evel

    Nie wyobrażam sobie uczyć aportu „za pomocą” awersji. Dla mnie OE to ostateczność przy niektórych poważnych problemach, u nas fenomenalnie zadziałało w rozsądnym treningu, ale naszym problemem nie było to, że piesek nie przynosi aportu, tylko coś dużo gorszego, gdzie szanowny piesek zaczynał stwarzać zagrożenie dla innych i siebie samego też. I znowu wychodzi złota zasada – metody ZAWSZE dobieramy do psa, nigdy odwrotnie…

    • U nas był dzień z OE. Nie wiem czemu, najpierw dostał Donner, bo uciekał z kijem w zębach i nie chciał wrócić, potem dostał berneńczyk bo był nieogarnięty, a doberman który był agresywny, prowokował bójki i atakował inne psy polując na nie całe szkolenie OE nie dostał, bo jemu potrzebne nie było. Ewidentnie osoba nas prowadząca nie potrafiła dobrać metod do psów wszystkie szkoliła jednakowo, a OE chyba poprostu chciała przetestować, bo o ile Donner z jego problemami mógł z niej skorzystać i wyszłoby mu na dobre, gdyby to użyć poprawnie, o tyle berneńczyk nie zasługiwał na nią (mimo prośby właścicielki) bo on potrzebował miłości i pochawły, a dostałe awercję bo był za silnym, rozbrykanym szczeniakiem. Także wszystko się rozbija o dobranie metod szkoleniowych do psa, traktowanie kursanta indywidualnie mimo zajęć w grupie, zaangazowanie tresera i przewszystkim jego wiedzy, bo 20 lat doświadczenia nie równa się wiedzy. Bo 20 lat temu szkoliło się inaczej, teraz świat i wiedza szkoleniowa poszła na przód i trzeba z tego korzystać, a nie zamykać się na nowe metody. 😉

  • Ale się rozpisałaś 😛
    Wiem, że niektórzy używają kolczatek przy udoskonalaniu aportu (choć dla mnie to akurat dość zabawne), ale OE to już ogromna przesada. Ale świetnie pokazuje to, na jakim poziomie jest u nas większość „szkoleniowców”.

    • Czasem mam wenę :p niestety nie wielu jest szkoleniowców z wiedzą, pasją i doświadczeniem. Jak nie szkoleniowcy których wiedzą zatrzymała się 20 lat temu i jej nie aktualizują, to osoby którym udało się coś wygrać w jakichś zawodach i bah! szkoła, a trzeci typ to osóbki co zrobią kilka kursów weekendowych i tyle. A potem takie kwiatki. Co do kolczatek to fakt potrafią podkręcić niektóre psy by robiły coś szybciej, energiczniej ect, ale nie na każdego psa i nie zawsze, ale tu już potrzeba szerszej wiedzy i doświadczenia, a mało który szkoleniowiec jest w stanie rozwiązać psi problem. Ja mam wrażenie że w moim przypadku szkoleniowiec bal się zmierzyć z naszym problemem. O nie dało się go rozwiązać w tydzień i trzeba było pomyśleć…

  • Andrzej

    hi Amelia z jakiej hodowli pochodzi Donner i kto jest tatą i mamą?

    • Wilczy Sekret, rodziców imion nie pamiętam bo Donn nie ma rodowodu.

  • Ilonaax

    Ładniej aportuje jak mój roczny pies, a panika z podgryzaniem powinna minąć kiedy pies będzie pewny że otrzyma z powrotem zabawkę. Mój podnieść nie chce i zawsze na dwa patyki lub piłki bawimy się.

    • On ciagle jeszcze nie jest tego pewien, ale dla mnie i tak osiągnął niemożliwe 😉