18Maj

Wyzwanie dwóch serc

W weekend 12.05.2018 po raz drugi wzięłyśmy z udział w Hard Dog Race – jedynej takiej imprezie z psami łączącej bieganie i przeszkody. Nie bez przesady zawody porównywane są do psiego runmageddonu, ale spokojnie – są dla każdego – każdego psa i opiekuna! Młodego, starszego, kundelka i rasowego, niezależnie od wielkości i umiejętności, a nawet dla trójłapka. Także niech nie zrazi Was porównanie, bo to nic strasznego!

W tym roku wystartowaliśmy drużynowo. Jak wspominałam Wam jakiś czas temu na początku 2018 roku skrzyknęłam zaprzyjaźnionych blogerów i ich przyjaciół i utworzyliśmy drużynę Blogerzy Atakują : (Aqua – Alaskan Malamute / Dogoterapia 4 ŁAPY ; Plemię Apacza ; Bros Team – Brothers on Tour ; Stacja drugie życie ; Zapsieni w sieci ; Na wypad z psem ; ADO Jack Russell ; Hawk&Wolf ; Husky Love ; no i my), by wspólnie zmierzyć się z Hard Dog Race, promować imprezę i aktywność z psami, ale przede wszystkim, by zrobić coś razem. Wyłącznym partnerem naszej akcji został Warsztat Koszulkowy, który przygotował dla naszej drużyny niesamowite koszulki. Ale to tyle tytułem wstępu, bo chyba jesteście ciekawi zawodów i jak nam poszło?

Ah! Wspominałam Wam, że kocham tę moją sukę? Nie? Za rzadko? To dzisiaj będzie też pochwalnie dla naszej Eli. Suki, jakiej świat nie widział!

Ojciec, nie zostawiaj mnie z matką!

Sama impreza była o wiele lepiej przygotowana niż rok temu. Dużo na pewno ułatwiła pogoda, przez co były mniejsze oczekiwania względem „dachu nad głową”. Jak zwykle całą imprezę obstawiali bardzo mili, uśmiechnięci od ucha do ucha wolontariusze, co powodowało, że od wjazdu na parking wszyscy od razu się cieszyli, bo naturalnym zachowaniem jest odpowiadanie na uśmiech uśmiechem.

Po krótkiej odprawie, odebraniu pakietu startowego i uzbrojeniu fotografów w kamizelki i identyfikatory ulokowaliśmy się w cieniu czekając na naszą drużynę, żeby przed startem zrobić kilka fotek na czysto.

Mając w pamięci doświadczenia zeszłorocznego biegu, wiedzieliśmy, że bardzo szybko będziemy cali w błocie – przynajmniej tak zakładaliśmy. I wtedy pojawiły się pierwsze przecieki z trasy – będzie jezioro do przepłynięcia. Spojrzałam na tę moją sukinię, która wchodzi do wody po brzuch, czasem pohopsa po wodzie za zabawką, ale ogólnie pływanie nie jest jej mocną stroną. Ela chyba też wyczuła, że coś się dzieje, bo zaczęła pchać się do M. na ręce z miną w stylu: „Ojcze nie zostawiaj mnie samej z matką! Mam złe przeczucia!” Na szczęście kochany M. zrobił Eli mental, powtarzając jej, że jest zwycięzcą i diamentem (nie pytajcie) i Elcia zebrała się w sobie wychodząc ze mną na rozgrzewkę.

A właśnie! Rozgrzewka! Tego rok temu nie było, ale idealnie, że pojawiła się w tym roku! Trochę poruszania się przed biegiem nikomu nie zaszkodzi, a nie będę ukrywała, że bez tego w tym całym zaaferowaniu pojawiłabym się na linii startu przypominając sobie o rozgrzewce dopiero jakbym dostała info, że za pięć sekund startujemy. No i w tym momencie Ela weszła w tryb pracy, który u niej uwielbiam, a odpala się w sytuacjach dla mnie najbardziej stresujących i trudnych – w przeciwieństwie do Donnera, bo jemu wtedy odcina wszystkie dodatki posłuchu, tłumacza i współpracy. A Ela wchodzi w tryb zawodów, gdzie nie liczy się nic, nie liczy się ojciec, otoczenie, psy – nic. Liczy się praca.

Na rozgrzewce było kilka ćwiczeń dla psów. Obroty, obiegi, zmiany pozycji. Ja nie mam smaczków, nie mam zabawek, jestem tylko ja i moje emocje, a Elka tańcuje jakby miała w ręce polędwicę wołową. Już wiedziałam, że dziś dla Eli nie będzie rzeczy niemożliwych.

Podejście do strefy startu. Wymiana kilku słów z samym Andreasem, który przyszedł życzyć nam powodzenia ruszyliśmy zaczynając od czołgania się. (Tu pierwszy raz zgubiłam kamerkę shit!) Krótki bieg i przebijanie się przez opony (tu drugi raz zgubiłam kamerkę, którą przejęli Na wypad z psem – dzięki kochani!). Moja żeńska część drużyny utknęła w kołach, więc pobiegłyśmy z Elą dalej. Wskoczenie do jeziora, wydrapanie się na brzeg i dalej do przodu, groblą. Elka ciągnie, ja zastanawiam się, kiedy przekroczę wyćwiczoną granicę 2km i umrę. Kolejne przeszkody – tym razem budy. Elka wpada w nie, jakby pokonywała je milion razy. Za budami M. robi zdjęcia. Myślę „już po biegu… suka zostanie z M…” Elcia rzuciła mu porozumiewawcze spojrzenie i pognała dalej. Obiegłyśmy jezioro i trafiliśmy na etap płynięcia. Niby woda tylko po szyje, ale co raz jakieś głębsze dziury, więc wygodniej płynąć. Elka zasuwa jak mały wodołaz, co raz tylko poprawiam jej kurs, bo znosi ją na środek jeziora. Ale pływa! Elka pływa! Spróbowałam się do niej podczepić, jak to robię z Donnerem, a ten holuje mnie do brzegu, ale Elcia ma za mało siły. Więc płyniemy osobno. Wychodzimy na wyspę. Ela ląduje w klatce ja górą po drabinach. Odbieram psa i z powrotem przez jezioro na trasę. Biegniemy dalej. Przyjemnie ochłodzone i orzeźwione. Za chwilę schody. Pokonujemy je bez problemu i ruszamy dalej. Worek karmy? Elza zignorowała rozsypane chrupki – nie ma czasu! Ja tym razem przebiegłam odcinek z karmą! Opłacało się noszenie raz w miesiącu ponad 40kg karmy Belcando (kurierze dzięki, że Ci się nie chciało wnosić). Dalej tunele do agility, opony do przebiegnięcia po nich, czołganie się pod oponami, bieg lasem z naturalnymi przeszkodami i rzeką. Elcia myśli. Niesamowicie myśli. Wybiera drogę między konarami tak, żebym i ja dała radę (kocham Cię suka!) Mimo że wielokrotnie łatwiej było jej przejść na wprost pod konarami, bo nawet nie musiałaby się schylać, Elka przystawała, rozglądała się i wybierała trasę dla mnie. Nie wierzycie? Ona to robiła! Wybierała obejścia brzegiem, gdzie się dało, wskakiwała na drzewa i przebierając nerwowo łapkami czekała na mnie, po czym pozwalała mi pierwszej zejść, zanim sama zeskoczyła aby biec dalej. Znowu się prawie popłakałam na trasie. W tym roku nie z wysiłku, ale przez sukę, która tak o mnie myślała. Która współpracowała i starała się, mimo małego ciałka dać z siebie 200%. Trzymała się trasy, jakby wiedziała, że żółte linie ją poprowadzą. Pięknie reagowała na komendy kierunkowe skręcając bez chwili zawahania. „Stój” „zaczekaj” „uważaj” – nie trzeba dwa razy powtarzać. Chwilami miałam wrażenie, że komunikujemy się myślami. Nie wierzę w całe te Millanowe „poziomy energii” „emocje”, ale na biegu miałyśmy z Elą taki kontakt, że mam wrażenie, że czytała w myślach. Reagowała na najmniejszy gest, słowo, cały czas skupiona na biegu nie tracąc kontaktu ze mną. Niesamowite doświadczenie, niesamowite poczucie jedności z psem. Wybiegłyśmy na groble, po drodze ktoś z obstawy krzyknął nam, że jeszcze z 10 minut i meta. Meta? Jaka meta? Jeszcze nie poczułam zmęczenia i ciągle biegnę? Coś jest nie tak? Tak mi się dobrze biegło, jak nigdy. Ale teraz przyszło, żebym ja pomyślała o Elzie, która zaczęła znacząco zwalniać i odpuściła ciągnięcia. Grobla w pełnym słońcu, bez odrobiny cienia. Suka momentalnie opadła z sił, więc była tylko jedna opcja. Koniec biegu – szybki marsz, bo mój pies jest najważniejszy. Przeszłyśmy może dwieście – trzysta metrów i suka odzyskała siły. Ruszyła przed siebie, wolniej, bo wolniej, ale zaczęła pracować. Pomimo gorąca i żaru z nieba. Nad nami pojawia się dron, Elka trochę panikuje, bo urządzenie wydaje dziwne odgłosy, ale biegnie dalej. Ja motywuje ją jak głupia, powtarzając jej, że jest zwycięzcą i diamentem i biegnie za, a raczej dla Donnera. Na imię starszego psa, Elka spina się w sobie. Ostatnia przeszkoda – palisada. Wskakujemy na nią dwoma susami, z taką samą prędkością zbiegamy. Ostatnia woda, czołganie się i jesteśmy na mecie.

Elka dostrzega M. wpada mu w ramiona mało nie przeskakując barierek. Zaaferowana, ściągam ją z płotu, szybkie zdjęcie na mecie i schodzimy z trasy. Siadam nie mogąc uwierzyć co zrobiłyśmy. Przebiegłyśmy niemal całą trasę. Pokonałyśmy wszystkie przeszkody. Żyję. Nie wypluwam sobie płuc, nie umieram, czuję się ogólnie super. Elza siedzi obok mnie z dumnie wypiętą piersią, na której błyszczy medal. Jest ewidentnie dumna. Wspaniała suka. Zrównoważona, spokojna, przyjacielska, a na trasie bestia, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Blogerzy zbiegają z trasy. Wszyscy szczęśliwi, uśmiechnięci, cali.

Zrobiliśmy to! Pokonaliśmy Hard Dog Race! Jeszcze kilka pamiątkowych fotek i wracamy. Super impreza, niezapomniane przeżycie, wielkie emocje. Chyba trzeba wybrać się za granicę, bo w Polsce pewnie dopiero znowu za rok, a mogłabym startować co tydzień.

Cały bieg wygrał jak zwykle Rafał Śmiałkowski (gratulacje mistrzu). My z czasem 41.41 (7 min lepszym niż rok temu) uplasowałyśmy się na 20 pozycji wśród kobiet i 40 w klasyfikacji ogólnej.

Ah! Jeśli masz bloga, fanpage lub instagram. Jeśli chcesz w następnym biegu wystartować w naszej drużynie, śledź nasz profil na facebooku #BlogerzyAtakują. Będziemy robić nabór przed kolejną imprezą, więc nie zwlekaj! Przyłącz się do nas!

Jesteście ciekawi trasy? Plemię Apacza nakręciło film z jej przebiegu, polecam!

Wszystkie nasze zdjęcia znajdziecie tutaj:

Ogółem: 292, dzisiaj: 1

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Amelia Bartoń - zamerdani.plMagda Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magda
Gość
Magda

Superteż myślałam nad startem ale nie wiadomo jakie będą przeszkody i tu akurat woda pies chyba dałby radę ale dla niskiej osoby która nie umie pływać było by kiepsko z dostanie się na drugi brzegale kto wie może za rok będzie więcej błota niż wody