Nosem w nos z Wielką Sową – pies w Górach Sowich

A tam w mech odziany kamień
Tam zaduma w wiatru graniu
Tam powietrze ma inny smak
Porzuć kroków rytm na bruku
Spróbuj – znajdziesz jeśli szukać
Zechcesz – nowy świat, własny świat

~Wolna Grupa Bukowina

Wspomnienie Wielkiej Psiej Majówki ciągle jest w nas żywe. Jak na razie podzieliłam sie z Wami tylko wrażeniami z wyprawy na Szczeliniec i w Błędne Skłay. Dziś więc przyszła pora na wędrówkę po Górach Sowich.

Bez nazwy

Co mogę powiedzieć o samych Górach Sowich? To dokładnie te okolice gdzie na początku szukano Złotego Pociągu. Kilka lat temu będąc tam pierwszy raz, wiele lat przed tą cała pogonią za Złotym Pociągiem, poza samą górską wędrówką zrobiliśmy sobie wyprawę po pozostałościach hitlerowskich. Choć nigdy nie byłam miłośniczką II wojny światowej pamiętam, jak wielkie wrażenie wywarły na mnie tamte wyprawy. Ale oczywiście nie po tych wszystkich znanych muzeach i kompleksach, jak „Riese”. Mieliśmy szczęście, że udało nam się spotkać pasjonata tych okolic, który pokazał nam dzikie szkolenie, zazwyczaj zamknięte na głucho, wskazywał gdzie iść w jakieś boczne szklaki, by znaleźć ruiny magazynów i budynków przemysłowych czy bunkrów, lub polskie Stonehenge — dziwną betonową konstrukcję, czy pod statki UFO, czy do wyrzutni rakiet – nitk nie wie. Tak własnie, jako nastolatka zapamiętałam te rejony — jako pełne tajemnic. Teraz kiedy tu wróciłam, po całej tej awanturze ze Złotym Pociągiem powiem szczerze, że nie miałam ochoty buszować po krzakach i szukać tego, co zapomniane. Jakoś tak już jest, kiedy coś staje się modne i popularne ja tracę dla tego zainteresowanie. Choć nie powiem, chętnie kiedyś wybiorę się z M. i zrobimy sobie militarną wycieczkę, ale to chyba za kilka lat, jak na powrót ludzie zapomną o tym regionie. Ale wracjaąc do naszej tegorocznej wyprawy.

Bez nazwy

W drugi dzień majówki postanowiliśmy odwiedzić Góry Sowie. Tak jak w dniu poprzednim, pies zafundował nam pobudkę o szóstej rano, więc już po siódmej byliśmy u podnóży Wielkiej Sowy. Tym razem zaplanowaliśmy sobie krótsze przejście, czując w nogach wczorajszą wędrówkę i wyszło nam jakieś 14-16Km.

Weszliśmy Szlakiem przy schronisku Orzeł pod Wielką Sową. Samo wejście było bardzo przyjemne, pomimo początkowego stromego podejścia. Pod wieżą widokową zrobiliśmy sobie postój na kanapki, niestety na samą wieżę nie weszliśmy, bo byliśmy sporo przed godzinami jej otwarcia. Mówi się trudno, więc poszliśmy dalej w kierunku Małej Sowy. Zejście za szczytu okazało się niezwykle męczące, tym razem dobrze udało mi się zaplanować trasę – przynajmniej do tego miejsca. Wejście pod tą stromą górę, po kamieniach wykończyłoby nawet Donnera. A tak wykończyło tylko moje uda, od ciągłego hamowania. Pies nie chciał iść „noga” i wcale mu się nie dziwię, bo tylne łapy wyprzedzały mu przednie i najchętniej pewnie zbiegłby samodzielnie jak kozica na sam dół. I tu Was zaszkoczę – schodziliśmy dużlo dłużej i dużo bardziej sie zmączyliśmy niż wchodzą. W końcu jednak cali i zdrowi zeszliśmy na obiad do Walimia. Tam dostaliśmy dla odmiany gulasz wołowy i wyruszyliśmy w dalszą trasę. Zrobiliśmy podejście pod Mosznę, które według mapy miało być łagodne, ale po raz kolejny mapa trochę nas oszukała, albo poprostu byliśmy zmęczeni i skierowaliśmy się w stronę Sokolca, by wyjść niemal prosto na nasz parking. Było to typowe, samotne górskie przejście. Jeszcze o ile na podejściu pod Wielką Sowę widywaliśmy turystów, wiadome miejsce, które każdy chce zaliczyć, o tyle już w dalszych etapach wędrówki spotykaliśmy tylko kolaży (są tam liczne szlaki rowerowe), którzy zdominowali turystykę górską.

Bez nazwy

Po raz kolejny najlepszym punktem imprezy był biwak na łące. Sama trasa bardzo przypominała przejścia w naszych kochanych Beskidach. W większości lasami pełnymi zwierzyny, bez ostrych podejść (no dobra, nie licząc zejścia z Małej Sowy), w ciszy i spokoju, z dala od innych turystów i zgiełku wycieczek. Donner najwyraźniej niezmęczony przejściem dnia poprzedniego parł do przodu, zachęcając nas przy okazji do zabawy znajdowanymi po drodze patykami. Żałowałam tylko, że nie mogę puścić tego Gamonia na rozległych łąkach, by się wyhasał. Bałam się, że w trawie natknie się na żmiję, choć żadnej nie widziałam, ale ilość czmychających jaszczurek sugerowała, że i żmije mogą się pojawić. Bałam się również, że chłopak pogoni za jakimś rowerzystą lub królikiem i niepotrzebnie się zmęczy, a żadne z nas nie miało ochoty go znosić. Ostatecznie więc, Donner pozostał na smyczy.

Bez nazwy

Po wyprawie w Góry Sowie Donner dostarczył mi jeszcze jeden problem, a mianowicie żywiczne zaklejki na sierści. Chłopak położył się gdzieś w igliwiu, więc pozaklejał futro na łapach, boku i ogonie w żywicy, która szybko zaschła tworząc nierozczesywalne kołtuny. Niestety na wyjazd nie wzięłam grzebienia, tylko jakąś tam szczotkę, bardziej do sczesania kleszczy i piasku. Szczotka zaklejkom nie podołała i musiałam powycinać futro.

Przejście było zdecydowanie łatwiejsze i niż w Górach Stołowych, choć to z pierwszego dnia według mnie przejście było dużo ciekawsze i bardziej emocjonujące. Ale dla psa mniej zaprawionego we wspinaczkach, trasa po Górach Sowich będzie lepsza.

Bez nazwy

Bez nazwy

Bez nazwy

Bez nazwy

Bez nazwy

Bez nazwy

Bez nazwy

Bez nazwy

Bez nazwy

Tam gdzie pokazuję jest wieża i Wielka Sowa, tam byliśmy!

Bez nazwy

Bez nazwy

Bez nazwy

POZNAJ NASZE POZOSTAŁE WYPRAWY W GÓRY:

(Visited 1 565 times, 3 visits today)
  • Za każdym razem jak wchodzę do Ciebie tęskni mi się za górami. I za Wolną Grupą Bukowiną, Starym Dobrym Małżeństwem czy szantami 😛 Normalnie wywalę z lajkowanych, bo za każdym razem serce mi pęka na pół, że do pracy trzeba, a nie się wakacjować 🙂

    No i poza tym – trochę wstyd i głupio, że mamy tylko 1 godzinę do gór, a my trzeci rok z rzędu się wybieramy, i wybieramy i się wybrać nie możemy 😛

    • Kochana, ja też nie mogę sobie pozwolić na wakacjowanie… ale długi weekend jak mamy wykorzysujemy dosłownie dwudziestocztero godzinnie! A za żaglami też mi tęskno… całe życie na żaglach, a mój przyszły Pan Mąż mało pomocny na jachcie i bardziej pilnować się musi by nie utonąć… ale Solina mu się spodobała, więc małymi kroczkami wiercę dziurę w brzuchu, by jakiś weekend przeznaczyć na żeglowanie.
      Ale mieć godzinę do gór i nie korzystać, toż to grzech! Ja mam prawie godzinę do pracy w jedną stronę! Ah… zazdroszczę. 🙂

  • Paulina

    A ja mam pytanie z innej beczki. A mianowicie jaką karmą karmisz per Donnera? Bo my dotychczas byliśmy na bricie premium i chyba czas sie przestawić bo mało chętnie już go je. 🙂

    • Donner je w 90% gotowane zupki – mięso wołowe, lub podroby z warzywami. Dla urozmaicenia surowe mięso i biały ser. Chrupki stanowią dodatek, bardziej na zęby niż jako jedzene, czy jako chrupki treningowe. Także dziennie stanowią raptem 1/3 jego wyżywienia i są to różne chrupki nie mam jednej ulubionej firmy. Wybieram tylko by były bezzbożowe i rybne o wysokiej zawartości mięsa. Puszek w ogóle nie podaje.