2Mar

Spacer nad Zalewem

Nasz spacer rozpoczynamy na ulicy Żeglarskiej. Przechodzimy w stronę parkingu witając wysiadającego z samochodu Wiarusa. Donner reaguje tak jak zwykle: staje na sztywnych łapach z wysoko zadartym nieruchomym ogonem i uszami. Nieznacznie się jeży gotów zaatakować biegającego nieopodal psa. Dopiero lekka korekta kolczatką wybija go z trybu bojowego. „użyj nosa!” mówię, ruszając w stronę przyjaciół. Dopiero po chwili, kiedy Donner przestaje się napinać i zaczyna myśleć dociera do niego, że to znajomy. Wiarus nauczony porywczością Donnera, który wielokrotnie najpierw go atakował, po czym po fakcie orientował się, że to przecież Wiarus, stoi cierpliwie aż Donner go powącha. Dobra, chłopaki pomerdali do siebie i patrzą na nas wyczekująco, żebyśmy już ruszyły. Więc idziemy. Obieramy kierunek i ruszamy!

 


DSC03236

Selfie być musi 😉

Przejdźmy przez tamę, najlepiej w niedzielę około 12, a przy odrobinie szczęścia zobaczymy kąpiących się w zimie morsów. Powoli udajmy się spacerkiem w prawą stronę Zalewu. Koło knajpek i nabrzeża, gdzie w lecie możemy usiąść na chwilę na ławkach i popatrzeć na żeglujące łódki, lub na skaczących po rampach narciarzy wodnych. Potem ruszamy dalej, koło ośrodka żeglarskiego. I znów jeśli dopisze nam w zimie szczęście zobaczymy bojery (żeglarstwo lodowe), a w lecie kitesurfing. Ale my idziemy z naszymi psami dalej. Wchodzimy na chodnik koło ścieżki rowerowej i podążamy przed siebie na koniec Zalewu.

SONY DSC

Smycz nam się poplątała

Przyjemnym ‚deptakiem’, w promieniach ciepłego słońca. Lekki wiatr wiejący znad wody przypomina nam o tym. że jesteśmy nad jeziorem. Po lewej stronie co jakiś czas mijamy wędkarzy. Zarzucanie przez nich wędki zawsze napawa psy radością, które przekonane są, że właśnie rzucono im do wody aport. Ale idziemy dalej. Przy nodze, na smyczy. Trochę niebezpiecznie puścić psa kiedy mijamy tyle rożnych osób, w tym dzieci, które często piskiem i płaczem reagują na widok psa. Ze zwątpieniem mijamy matki zasłaniające płaczące dzieci przed naszymi bestiami nie komentując usłyszanego: „nie patrz na psa, bo się na Ciebie rzuci i Cię zagryzie!” Do tego dochodzą rowerzyści często wyprzedzający się po chodniku, lub przejeżdżający z pełną szybkością, tak blisko, że niemal zahaczają nas kierownicą.

Ale to nic nie szkodzi, spacer przecież może łączyć przyjemne z elementami nauki. Na szczęście mijają też nas normalne osoby obdarowujące nasze psy życzliwym uśmiechem. Grzecznie dziękujemy za miłe słowa, jakie to nasze psy są ładne i grzeczne. Za którymś z kolei zakrętem Zalew zaczyna się zwężać i przypomina bardziej rzekę niż zbiornik, a przed nami widać już most na jego końcu. Przystajemy znowu na chwilę popatrzeć na łabędzie i kaczki. Z sentymentem wspominam Budzika który zapewne zacząłby obszczekiwać ptactwo będąc w stanie wojny z łabędziami. Pokazuję Donnerowi ptaki, jednak ten zdaje się ich nie dostrzegać. Ustawiam jego łeb w ich kierunku; przez chwilę wodzi za nimi wzrokiem machając wolno pióropuszem ogona, jakby się zastanawiał nad tym co widzi, po czym rusza dalej: „pańcia nie stój tak, chodźmy!

Więc idziemy. Przechodzimy mostem na drugą stronę, tam kończy się kostkowana ścieżka, tam też jest o wiele mniej ludzi. Szerokim wałem biegnie wąska polna droga. Rozglądamy się za siebie upewniając się, że za nami i przed nami nie ma zbyt wielu osób, ani żadnego szalonego kolarza, po czym spuszczamy ze smyczy psy. Niech biegną! Niech się wyszaleją! Donner znajduje patyk, albo większy chwast i zaczyna z nim biegać – w końcu musi być jakaś pamiątka ze spaceru. Psy się bawią, a my dochodzimy do zakrętu. Zbliżamy się do dzikiej plaży, pojawiają się działki i domki letniskowe – psy wracają na smycz. Kiedy dojdziemy do kolejnego zakrętu będziemy mogli zatrzymać się na niewielkim piaszczystym cypelku. Psy chętnie schodzą napić się wody, trzeba jednak pilnować by nie zachciało im się kąpać.

Mimo, że na pewno miniemy wiele kąpiących się osób, z doświadczenia wiemy już, że kąpiel naszych chłopaków skończy się alergią i swędzącą wysypką, która nie minie bez wizyty u weta. Idziemy brzegiem jeszcze kilkanaście metrów i dochodzimy do uroczo położonego mostka, w zakolu Zalewu. Siadamy na nim na krótki odpoczynek i przekąski. Cisza, spokój, śpiew ptaków, delikatnie szumiąca woda i dookoła las. Zupełnie nie przeszkadzają za naszymi plecami ogrodzone tereny działek i domków letniskowych. Tutaj jest zupełnie inaczej niż nad zatłoczonymi popularnymi jeziorami jak Białe czy Firlej. Nie słychać kosiarek, głośnej muzyki, krzyków i śmiechu. Można w pełni odpocząć, ale trzeba iść dalej, żeby wrócić o przyzwoitej porze na obiad, a jesteśmy dopiero w połowie trasy! Jeśli uda nam się w miarę szybko wrócić wpadniemy do mnie na kawę a psy wyszaleją się w ogródku, ale z drugiej strony po co się spieszyć skoro tu jest tak przyjemnie? Zobaczymy. Szybko obchodzimy zaciszne zakole i znajdujemy się już (patrząc od tamy) na lewym brzegu. Teraz mamy do wyboru trasę lasem – szerszą, żużlową drogą na której spotkamy na pewno rowerzystów, osoby chodzące z kijkami i innych uprawiających sporty, lub trasę brzegiem zalewu (lub skarpą nad brzegiem). Tam możemy jedynie spotkać pojedynczych spacerowiczów, lub crossowców, którzy chcą sobie poszaleć na rowerach w trudnych warunkach. Jest to trochę frustrujące, szczególnie kiedy rowerzyści nie używają dzwonków i dowiadujesz się o ich obecności kiedy niemal wpadną na Ciebie, krzycząc z wyrzutem „z drogi!” Zaskoczone nie wiele mniej od nas psy odskakują w popłochu, lub w przypadku Donnera, atakują rowerzystę, który w ich odczuciu zaatakował nas jako pierwszy.

 

IMAG0649

Biegamy!

Trzeba wtedy wykazać się nie lada refleksem by w porę przytrzymać psa lub zablokować Flexi. Część osób zupełnie nie rozumie po co rowerzyści pchają się w takie rejony kiedy mają ścieżkę, ja w swoim życiu próbowałam różnych sportów, więc jestem w stanie zrozumieć ich pasję przyznam jednak nie rozumie swoistego samolubstwa. Wszak każdy ma takie same prawa korzystać z tej dróżki i nikt nie jest uprzywilejowany. Jednak w takich przypadkach, szczerze mówiąc sama najchętniej zakazałaby wjazdu tam rowerom, kiedy mam do czynienia z burakiem pojawiającym się znikąd i wjeżdżającym w zad mojego psa, lub zatrzymującym się na rozciągniętej w poprzek drogi smyczy, z pretensjami, że musiał zwolnić. A przecież wystarczyłoby wcześniej użyć dzwonka czy krzyknąć „uwaga!” – nie w momencie kiedy w nas wpada, ale dać czas na reakcję. Nie jestem osobą, która uważa, że świat należy do niej i wcześniej uprzedzona przywołam do nogi psa lub skrócę smycz. Niech nas minie i jedzie dalej. Ale większość rowerzystów uważa to za czynność zbędną. To nasza wina, że pies za wolno schodził z drogi i on w niego wjechał, to także nasza wina, że pies go obszczekał kiedy z krzykiem pojawił się nagle krok za nami i to nasza wina, że spacerujemy obok siebie wąską leśną ścieżką, a nie krzakami, by rowerzysta miał miejsce. A przecież wystarczyłoby tylko wcześniej zasygnalizować, lub trochę zwolnić.

No nic idziemy dalej, nerwowo oglądając się co kilka kroków do tyłu, czy kolejny nie zamierza nas rozjechać. W miarę jak zbliżamy się do ośrodka Słoneczny Wrotków przybywa spacerowiczów. Coraz częściej mijamy innych spacerujących z psami. Mimo, że cały spacer przegadałyśmy właśnie o psach, teraz wymieniamy się uwagami na temat mijanych ras i zachowania innych psów, nie omieszkując skrytykować między sobą niewłaściwego postępowania z psem. W końcu ponownie dochodzimy do chodnika pomiędzy ścieżkami rowerowymi. Ostatnie metry i jesteśmy na parkingu. Pożegnanie, wsiadamy w samochód i wracamy. Przyjemny weekendowy spacer dobiegł końca. W zależności od wybranej trasy mniej więcej 13 km około 2,5-4h. Psy szczęśliwe, zmęczone, my dotlenione – można zaczynać kolejny tydzień.

Zapewne niejedna osoba zapyta po co chodzimy tam na spacer skoro spotyka nas tam tyle nieprzyjemności. To prawda, właściwie nie ma spaceru w tamtych regionach, by ktoś nie próbował nas rozjechać, lub ktoś nie rzucił uwagi o potworach chcących go zabić. Jednak są to sytuacje marginalne; pozostające w pamięci i potrafiące mocno zdenerwować, jednak spokój i piękno tej trasy w zupełności to wynagradza. Co więcej im ludzie częściej będą spotykać na swojej drodze innych, może nauczą się wspólnie korzystać z dobrodziejstw miasta i to w wielu kwestiach, od dbania o czystość, po kulturalne zachowanie.

Ogółem: 675, dzisiaj: 1