12Mar

Donner in wonderland

Dzisiejszy wpis jest luźną notką ze zdjęciami, o najpiękniejszych odkrytych w tym tygodniu miejscach.

Mistrz jedej miny.

Ostatnimi czasy znudzona i wciąż lekko załamana jakością terenów spacerowych w najbliższej okolicy Grójca, czułam lekką niechęć do spacerów w kółko po tych samych ścieżkach, w tym samym lesie, a właściwie lasku, bo ciężko nazwać lasem coś, co można przejść na wskrość w niecałe czterdzieści minut. Przyzwyczajona do olbrzymich leśnych terenów, kilku pobliskich lasów, tras wzdłuż rzeki, Zalewu czy wąwozów€, jakie oferował mi Lublin, Grójec szybko mi obrzydł. Jak wielokrotnie pisałam, żeby wybrać się na spacer, trzeba jechać dobre kilka kilometrów, a tam wcale nie jest tak kolorowo. W jednym lesie przy sławnej giełdzie Słomczyn można znaleźć sporo całkiem dobrej jakości części do auta, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że jak się dobrze poszukać, to z tych części uda się skompletować nie najgorsze auto. Drugi las w okolicy Grójca, w swoim sercu mieści płot i drut kolczasty, bo znajduje się w nim jednostka wojskowa. I kiedy zaczniemy się wciągać w spacer, nagle zderzamy się dosłownie ze ścianą… i to ścianą, za którą grozi niemalże odstrzelenie i tym razem nie tylko psa, ale i mnie.

Pędzę!

Wielkie tereny przy drodze ekspresowej, jak pokazały ostatnie doświadczenia, nie są wcale tak wielkie, jak mogłoby się wydawać, za to zaludnione przez zające. A zabawy na lince… cóż z jednej strony są mało komfortowe, z drugiej z powodu wielkiej, otwartej przestrzeni, nawet zwykły aport zwiewa podczas rzucenia… o frisbee można zapomnieć.

Pośród drzew

Jako że zbliża się kurs instruktorski w Canid, postawiliśmy ostatnio na wzmożone treningi posłuszeństwa, które ostatnio odpuściliśmy z powodu problemów zdrowotnych Donnera i na rzecz biegania. Postanowiłam do tego powrócić, by podnieść wytrzymałość psychiczną Donnera na zmęczenie intelektualne i wytężoną pracę umysłową. Bo chłopak ma ciągle problemy z dłuższym skupieniem i dokładnością.

Cmentarzysko brzóz – czy tylko ja widzę na pierwszym planie wyjącego wilka? Na końcu wpisu i Wy go zobaczycie 🙂

Spacerując tak któregoś razu na wzrokowym kontakcie po lesie, z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie wiem, gdzie jestem. Nowe ścieżki, nowe miejsca… WOW! Skończyliśmy trening, aby poznać nowy teren. Zagłębiając się coraz bardziej w las, trafiliśmy na prawdziwą ostoję saren. Dziesięć? Piętnaście? Nie wiem. Czmychały po krzakach z każdej strony, przebiegając za nami, przed nami i wokół nas. Idąc tak leśną ścieżką, doszliśmy do niesamowitego miejsca, które nazwałam cmentarzyskiem brzóz. I to dosłownym cmentarzyskiem. Olbrzymia polana, na której stoją piękne stare brzozy, drzewa, do których mam olbrzymi sentyment i które uważam za najpiękniejsze z drzew. W tym miejscu widok ich był jednak niesamowicie smutny, gdyż na jednej wysokości, kilku metrów, wszystkie brzozy były połamane. Dosłownie jakby ktoś przeszedł z kosą i ściął je równo jak od linijki. Straszny widok… szczególnie że las w koło stał nienaruszony. Miejscowe tornado? Lądowanie UFO? Ciężko określić, ale widok niesamowity. Niestety zdjęcia tego nie oddają, ale uwierzcie mi na słowo.

Pokręciliśmy się jeszcze trochę, ale widok dzika w oddali, spowodował, że szybko zawróciłam i czym prędzej zaczęłam szukać drogi powrotnej. Skrajem lasu doszliśmy do znanych miejsc, w sam raz na zachód słońca i powróciliśmy bezpiecznie do domu. Kolejne nasze leśne wypady były właśnie w to miejsce. Dzikie, czyste, bo śmieci na szczęście tam nie ma i dosłownie magiczne. Niestety jest to tylko kolejne miejsce i bardzo szybko stanie się powszechne. Ale warto szukać takich miejsc w swojej najbliższej okolicy. Czasem miejsce, które wydaje się spalone, znane na wskroś i po prostu nudne, może całkiem przypadkowo nas zaskoczyć. Kiedyś już tak zaskoczył mnie, wydawać by się mogło, znany od najmłodszych lat lubelski Stary Gaj, kiedy zapuściliśmy się z Budzikiem za tropem saren w nieznane sobie tereny i znaleźliśmy tor przeszkód z tunelami, schronami, linami do wspinania na drzewach służące do ćwiczeń, jakiejś organizacji harcerskiej czy paramilitarnej i długie lata chodziliśmy tam trenować.

 

Kolejnym magicznym miejscem tym razem z dzisiaj było szmaragdowe jeziorko – a raczej duża kałuża. Będąc z wizytą u rodziców M. w malowniczo położonej leśniczówce, wybrałam się z Donneram na obowiązkowy spacer do otaczającego nas lasu. Kiedy przeszliśmy go na wskroś, doszliśmy do wyrobiska piasku, które prawdopodobnie zbyt intensywnie wybierane wypełniło się wodą, gdyż teren jest bogaty w liczne rzeczki i stawy. Donner jak przystało na psa dowodnego, o czym ciągle zapominam, nim się spostrzegłam, dał nura do wody… a ja na lince za nim. I po raz kolejny zdjęcia z telefonu nie oddają koloru i intensywności wody, ale wierzcie mi, że określenie go szmaragdowym, nie jest przesadzone.

A Wy macie jakieś magiczne miejsca w swojej najbliższej okolicy? Takie, które potrafią Was zaskoczyć, mimo że wydawać by się mogło, znacie je bardzo dokładnie?

Moja bujna wyobraźnia

  • Kasia Żyrafa

    Mam mnóstwo magicznych miejsc, bo mieszkam w Lublinie :p zaraz za Chiron- Vetem :)))
    Pies dowodny…świetne określenie !

    • Oh tak! Lublin był cały magiczny. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś wczesnym rankiem jak ludzi nie będzie, zabrać Donna na sesję na Starym Mieście. To doppiero bedzie magiczne!

  • MiracleSurprise

    Wooow *o* Jakie piękne miejsca… Szkoda, że u nas takich nie ma…
    A te brzuzki najcudowniejsze… Róbta co chceta – ja jadę do Ciebie na te brzozy xP

  • Piękne miejsce! Ale faktycznie te brzozy jakoś podejrzanie ścięte.. ciekawe co jest przyczyną.. Zazdroszczę Donnerowi, że tak się starasz szukając tych nowych miejsc 😉

    • Nie mam pojęcia co tam się stało. Dokłądnie na środku lasu wszystkie równo przycięta. Bardzo dziwny widok, ale magiczny. A co do szukania miejsc… skoro mi obrzydły już te same scieżki, to zdiwiłabym się gdyby i pies nie miał dosyć wciąż tych samych miejsc i tych samych zapachów. A tak to i ja i on mamy z tego frajdę 🙂

      • Z tymi brzozami to może mają coś wspólnego jakieś smoleńskie samoloty ;p Chociaż obstawiam ufo 😀 Pewnie trzeba by było popytać okolicznych mieszkańców