Strona główna Nasz punkt widzenia O tym, jak zamieniłam owczarki na kundelki.

O tym, jak zamieniłam owczarki na kundelki.

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Po śmierci Dosia wiedziałam, że przyjdzie czas na kolejnego psa. Nie chciałam brać go z dnia na dzień, nie chciałam zapełniać pustki po Dosiu innym psem. Chciałam kolejnego psa, ale w swoim czasie, kiedy będziemy gotowi cieszyć się nowym psem, a nie rozpamiętywać Donnera. Dlatego najbliższe miesiące miałam zamiar w pełni poświęcić się Eli, a kiedy uznamy, że to już czas – pies się znajdzie.

Niestety, życie z jednym psem nie okazało się takie fajne, jak nam się wydawało. Elcia jest przekochana, ale przyzwyczajeni z M. do psich spacerów, gdzie każdy ma swojego psa, długo nie mogliśmy wybrać się na wspólny spacer, bo temu, komu wypadło iść bez psa było najzwyczajniej w świecie przykro.

Żałoba po Dosiu trwała długo… myślę, że zaczęło nas puszczać dopiero tak na koniec lipca. Wtedy też zaczęłam nieśmiało poszukiwać rasy psa, którą bym chciała mieć. Wiedziałam, tylko że to nie będzie owczarek niemiecki, bo choć kocham owczarki całym sercem, nie jestem gotowa na kolejnego onka.

Dlaczego już nie będzie owczarka?

To, co teraz napiszę nie spodoba się wielu z Was, szczególnie tym, którzy czytali Zamerdanych ze względu na owczarki, ale takie niestety są moje odczucia patrząc na te psy i rasę i ich zmianę, na przestrzeni prawie dwudziestu lat, czyli przez życie Buzika i Dosia. Z roku na rok owczarki niemieckie są coraz bardziej niestabilne, rozhisteryzowane i nieradzące sobie z samymi sobą, oczywiście olbrzymi udział mają w tym opiekunowie, którzy nie potrafią ich wychować, ale te rasa się zmienia… niestety nie na lepsze. Od ładnych kilku lat nie spotkałam ani jednego owczarka w pełni stabilnego, który nie miałby jakiegoś problemu (wykluczam zupełnie użytki pracujące w sportach i to co widzimy w Internecie) mówię o psach na żywo i o zwykłych owczarkach w zwykłym domu zwykłego Kowalskiego. Dobitnie pokazał to ostatni HDR, bo na olbrzymią ilość psów, które mijaliśmy w znacznej większości, to owczarki nie radziły sobie z sytuacją i niestety to owczarki non stop coś odwalały.

Także pierwszym powodem rezygnacji z owczarków było to, że znalezienie stabilnego psychicznie, fajnie zsocjalizowanego psa, równocześnie niebędącego użytkiem jest bardzo, bardzo ciężkie…

Kolejną kwestią jest zdrowie. Wszyscy boją się u owczarków dysplazji, ale mało kto już mówi o problemach z trzustką, nowotworach śledziony, spondylozie, łuszczce czy sercu. To nie są choroby „genetyczne” przypisane jak dysplazja dla tej rasy, ale o dziwo wszelkie artykuły na temat tych chorób podają jako rasy zagrożone przypadłością między innymi owczarki. Ale na to się już psów nie bada, bo przecież każdy pies może zachorować. Oczywiście – może, ale kiedy dwa psy z zupełnie innych hodowli i linii chorują mi dokładnie na to samo, kiedy kilka razy w miesiącu dostaję od Was wiadomości o spondylozie, łuszczce czy innych chorobach Waszych owczarków, to człowiek zaczyna się zastanawiać, czy jest gotów przechodzić przez to kolejny raz. Ja nie jestem i mając owczarka, każdego dnia bałabym się czy nie zachoruje. Oczywiście jest to bardzo naiwne z mojej strony, zakładać że żadna z dziewczyn nie zachoruje – i nie zakładam. Ale jakoś jest mi psychicznie lżej.

Ostatecznie, owczarki z psów około 35kg, sprawnych, zwinnych, szybkich i wytrzymałych ostatnio zamieniają się w 50kg molosy, a hodowcy prześcigają się w “mocnych” psach, które już anatomicznie tracą resztkę użytkowości zamieniając ją na ociężały (choć efektowyny) eksterier.

Praterriery – Merci i Molly

Poszukajmy praterriera!

Tak więc zaczęłam przeglądać Internet w poszukiwaniu psa idealnego na chwilę obecną dla mnie – o charakterze owczarka, ale… z brodą!

I tak, zamarzył mi się owczarek pikardyjski, ale M. nie chciał owczarka w ogóle. Chciał psa mniejszego, terrierowatego lub wyżłowatego, a najlepiej kundla w typie Eli.

Zaczęłam więc przeglądać terierki do adopcji i trafiłam na zdjęcie dwóch rudych bliźniaczek – Moli i Megi. Na ich widok i mnie i M. serduszko mocnej zabiło, ale to nie był jeszcze czas na adopcję. Poza tym były to starsze suczki i w komplecie. Przeszukiwałam więc Internet dalej, aż w końcu M. powiedział mi, żebym przestała mu podsyłać psy do adopcji, bo jemu podobają się Rude. O Rudych rozmawialiśmy lecąc na tydzień do Albanii, tam też ze dwa razy sprawdzaliśmy, czy ktoś ich nie adoptował, ale przecież nie mogliśmy wziąć dwóch ośmiomiesięcznych suk!

Przełomem okazał się Hard Dog Race, kiedy to M. nie biegł z nami, bo bez psa to bez sensu.

Decyzja zapadła  – adoptujemy psy!

Po powrocie do domu padło pytanie, czy dziewczyny ktoś adoptował. Sprawdziłam – ogłoszenie niedawno odświeżone na jednej z grup – zatem nie. I wtedy mój mąż zaskoczył nas wszystkich (łącznie z Elą), bo zdecydował, że jutro jedziemy je obejrzeć.

Ja zupełnie zgłupiałam, no bo jak to tak? Z dnia na dzień? I jak obejrzeć? M. był przekonany, że się dzwoni i umawia za np. 1h, ogląda, dopełnia, formalności i już. – Jak zakup auta. A na moje uwagi o tym, że wypadałoby chociaż dać wcześniej znać, że jesteśmy zainteresowani, skwitował – co ma być to będzie. No super, u nas wprawdzie to się zawsze sprawdza i nic nie dzieje się bez przypadku, no ale… Nie raz czytałam o problemach z adopcją, udowadnianiu, że niebo jest niebieskie i wręcz walczeniu o pokazanie, że będzie się dobrym domem.

Poza tym ja właściwie o adopcji nie wiedziałam nic, tyle że to nie jest takie proste.

To trzeba się umówić, trzeba przemyśleć jak to rozegrać, czy Elka je zaakceptuje. To przecież nie jest też tak, że pojadę, powiem – „Hej to ja Amelka z Zamerdanych dajcie mnie tego psa.” To są procedury, wizyty, no casting! A poza tym dwa!? Dwie, starsze suczki? Ja po Dosiu nie chciałam psa z problemami, żeby kolejne dziesięć lat walczyć o normalny spacer i nie wracać do domu na przemian wkurzona lub zapłakana.

No ale postanowiłam napisać SMS, tak na wszelki wypadek. Choć jakoś nie bardzo chciało mi się wierzyć, że je adoptujemy. Że to miną jeszcze dni tygodnie, bo w sumie nie miałam naszykowanego nic dla nowych psów. Że M. zobaczy je na żywo i zmieni zdanie. Albo Ela zareaguje jakkolwiek negatywnie. Było tyle zmiennych, które mogły przekreślić adopcję (więcej niż pozytywów), że nie wierzyłam, żeby coś z tego nam wyszło.

Na SMS nie dostałam odpowiedzi, ponowiłam wiadomość na FB i też cisza. Trzymałam się kurczowo „co ma być to będzie” i następnego dnia dostałam wiadomość, że dziewczynki już mają dogadany dom i będą niedługo adoptowane. Zrobiło mi się troszkę przykro. M. również, no ale widać tak miało być, choć poczułam też ulgę, że w sumie możemy zacząć szukać psa, a ja mam czas by się przygotować.

Co ma być to będzie…

Na pocieszenie wzięliśmy Elkę na grzyby, połaziliśmy 3h po lesie, tachając siatki kani, siedzuniów i wszystkiego innego jadalnego co znaleźliśmy. Po powrocie M. zaczął gotować sos, a ja poszłam do łazienki opatrzeć jakieś skaleczenie na ręce. Wtem dostaję SMS, czy możemy się zdzwonić. Napisał opiekun dziewczynek. Z kołaczącym sercem wypadłam z łazienki powiedzieć M., który sceptycznie podniósł głowę znad patelni próbując z drewnianej łyżki sos. No to oddzwoń, ale jak coś nie chcemy innego psa. Odwróciłam się, odchodząc do salonu, żeby usiąść w fotelu, gdzie jest zasięg i nagle dotarły do mnie słowa M. Jak to nie chcemy innego psa? Znaczy, że co? Poważnie mamy je adoptować?! I nagle cały sceptycyzm minął.

No bo teraz spanikowałam doszczętnie. Bardzo się ucieszyłam, ale zdałam sobie powagę z rozmowy, która będzie mnie czekała. Bo jeszcze nie wiedziałam co usłyszę, ale podświadomie już czułam, że chyba wszystko się zmieniło i jednak mamy szansę je adoptować. Boże… ja nie umiem rozmawiać z obcymi ludźmi, jeśli nie rozmawiam z pozycji pracy. Nie umiem negocjować, nie umiem zaprezentować siebie… No jak, ja ma udowodnić, że warto dać nam szansę. Wykręciłam numer… jaka to była ciężka dla mnie rozmowa. Z jednej strony nic mnie w niej nie zaskoczyło, bo żyjąc z Dosiem nie robiły na mnie wrażenia psy agresywne, rozdzielanie ich czy praca nad nimi. Zabawne, że jak zawsze sobie przypominam rozdzielanie psów, wszystkie blizny po pogryzieniach dają o sobie znać, tak jakby Dosiczek gilgotał mnie od środka, ze swoim heheszkowym uśmiechem, chcąc mi przypomnieć ile mnie nauczył.

No ale jakoś przebrnęliśmy przez rozmowę, po czym oświadczyłam M. że jedziemy dzisiaj do dziewczyn z Elą. Jak przygotować się do adopcji nie miałam pojęcia. Pamiętam, że przyszło mi do głowy czy dżinsy i t-shirt to wystarczająco godne ubranie, żeby zrobić dobre pierwsze wrażenie. Rozumiecie? Tu masz adoptować psa, nigdy nie zwracasz uwagi na swój ubiór i nagle zastanawiasz się, czy to godne ubranie, by zaprezentować się jako przyszła psia matka. Bałam się, że Elka rozemocjonowana po Hard Dog Race wypadnie z samochodu, jak czołg dusząc się na szelkach i nikt mi nie da psa, bo uzna, że mój robi sobie krzywdę na spacerze.

Jedynie, o co była spokojna, że jeśli ktoś postanowi zweryfikować warunki, w których zamieszkają dziewczyny, to nie powinien mieć z nimi problemu, bo już na wstępie zabije się o legowisko i miski, potem potknie o kosz zabawek, by ostatecznie wylądować na kolejnych psich łóżeczkach. No bo wiadomo, przy jednym psie w domu pozostało tylko sześć legowisk + jedno samochodowo-wyjazdowe i trzy nadprogramowe schowane na strychu. Przecież to normalne. Więc o to się nie bałam, bardziej bałam się czy my spodobamy się jako ludzie, godni ludzie psów.

No dobrze, ale pojechaliśmy. Pierwsze co przeszło mi przez głowę, kiedy je zobaczyliśmy, to było zdziwienie, że są takie małe! Widziałam tylko, jak oczy M. błysnęły na ich widok, bo chciał psa do 15-18kg. Poprosiłam o wzięcie ich na spacer, chwilę o nich porozmawialiśmy, ja zobaczyłam jakie to przerażone, panikary i po chwili wróciłam po Elę, bo jednak to jej akceptacja była kluczowa w adopcji. Gdyby na dzień dobry zareagowała tak jak na Tuśkę, nie byłoby, o czym mówić, bo jestem w stanie pogodzić i ogarniać dziewczyny, gdy widzą się kilka razy w tygodniu, ale na co dzień, przez dwadzieścia cztery godziny życie z babami, które czekają tylko na powód, by zrobić awanturę, byłoby to bardzo ciężkie.

Na szczęście Ela zareagowała na nie bardzo dobrze. W sensie zignorowała je. Ja natomiast byłam lekko przerażona ich lękliwością. W sumie nie wiem czego oczekiwałam. Papisia lgnącego do ludzi? No dziewczyny miały jakieś 8-9miesięcy, czyli cały okres socjalizacji dawno minął, a ja przecież chciałam psa, którego uformuję sobie jak plastelinę, dokładnie pod to, co będę potrzebowała.

Wróciliśmy ze spaceru i zapadła niezręczna cisza. No bo co w sumie dalej? Nigdy nie adoptowałam psa. Nie wiem, czy to czas na autoprezentację, deklaracje, czy do widzenia. I nagle padło hasło, czy dzisiaj je zabieramy.

Jednak będą nasze!

Nogi się pode mną ugięły. No bo jak to? Naprawdę możemy? DZISAJ? Ale ja mam napchany grafik w tym tygodniu, nic nie gotowe w domu, nie mam podkładów, małych obróżek, klatka na strychu… Nie, nie ma mowy, że już!

I wtedy interweniował M. chyba wyczuwając narastającą we mnie panikę. Szybka analiza danych, czy mogę wziąć w przyszłym tygodniu urlop? Czy sobie z nimi poradzę? Przytaknęłam dwukrotnie, na co M. zadecydował, że podpisujemy umowę, żeby nikt nam ich nie zgarną (a dziewczyny miały już raz jechać do Wielkiej Brytanii, nawet miały paszporty, potem druga adopcja również nie wypaliła, więc pewnie dlatego mieliśmy taryfę ulgową, bo dziewczynom potrzebna była praca no i z każdym kolejnym miesiącem były starsze, a starszemu psu trudniej znaleźć dom, a i im ciężej byłoby żyć bez siebie, gdyby przyszło je rozdzielić).

Podpisując umowę jeszcze nie docierało do mnie, co się dzieje. Wczoraj M. zaproponował obejrzenie psów, dziś rano już były niedostępne, a teraz właśnie są nasze. Popatrzyłam krytycznie na swoje nabazgrolone imię i nazwisko obiecując, że w czwartek po południu zabieramy dziewczyny. A potem jak na nie czekałam, to już wiecie z social mediów. O ich pierwszych dniach w domu opowiem Wam kolejnym razem, bo ten wpis byłby za długi.

Moje praterriery

No ale tak wygląda historia rudych bliźniaczek i pewnej blogerki, która zawsze chciała mieć owczarki, samców i nigdy nie brała pod uwagi adopcji, a skończyła z trójką praterrierzych dziewczyn.

No cóż – nigdy nie mów nigdy.

Więcej o samych dziewczynkach znajdziecie tutaj.

Ogółem: 759, dzisiaj: 1
10 komentarzy
1

You may also like

10 komentarzy

Magdalena 18 września 2021 - 18:12

Bardzo fajny wpis i niestety mimo mojej miłości do owczarków rozumiem Waszą decyzję. Z bólem serca, wiem że mój pierwszy wymarzony pies, który jest owczarkiem jest również moim ostatnim z tej rasy. Problemy, które miałaś z Dosiem.. u nas wygląda to bardzo podobnie. Mimo moich chęci, szkoleń i mnóstwa pracy włożonej w wychowanie nasz pies to kochany, ale strasznie dziki pies. Ciężko jest go wyciszyć, tak jak Donner nie chce oddawać aportu, na spacerach ciężko o jego uwagę. Nasz to typ psa, którego praktycznie nie da się zmęczyć, zawsze jeszcze na końcu będzie podekscytowany i pełen energii. Jego niezależność i to że zawsze wydaje się, że wie lepiej mnie przytłacza. Po spacerach wracamy na siebie obrażeni i sfrustrowani bardzo często. Nie zliczę spacerów, które skończyły się płaczem. Do tego wiem, że mojemu psu również jest ciężko, a ja czuje, że nie jestem dla niego wystarczająca. Niestety moim zdaniem ta rasa jest mocno zniszczona, a ja czuję że zawodzę jako właściciel psa, który był moim marzeniem od zawsze. Do tego choroby.. nasz prawie 2 letni owczarek już załapał kilka poważnych wizyt u weterynarza. Zawsze są one walką o przetrwanie. Ostatnimi czasy weterynarz przyjmuje nas na podwórku, bo nasz pies tak panikuje na widok przychodni. A ludzie w poczekalni patrzą jakbym wchodziła do poczekalni ze smokiem lub dzikim niedźwiedziem. Nie jesteśmy w stanie wyczekać w kolejce. Boję się co będzie w przyszłości. Dziękuję za ten wpis, pomogło mi, że nie tylko ja mam takie zdanie na temat ukochanej dla mnie rasy. Wiem, że po tym co przeszłaś z Donnerem potrafisz zrozumieć o co chodzi. Ja mojego psa kocham ponad wszystko, nie wyobrażam sobie bez niego życia, robię wszystko i tak, żeby poprawić jego zachowanie i naszą relację, jeździmy razem na wszystkie wakacje, mimo trudności jakie to za sobą niesie. Koniec końców bardzo cieszę się, że go mam, ale czasami jest tak cholernie z nim ciężko. W Donnerze widziałam naszego psa. Pierwszy raz przeżyłam tak smierć czyjegoś psa, którego nawet nie poznałam.

A jeśli chodzi o dziewczynki to są naprawdę świetne, śledzę każdy wpis o nich i widzę, że razem tworzą świetną zakręconą ekipę 😀 życzę powodzenia w pracy z nimi na dalsze długie lata! Na blogu zostaję, mimo, że nie będzie już tak mocno owczarkowy 😉

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 18 września 2021 - 19:38

Dziękuję Ci za ten komentarz. Całych Zamerdanych od początku postanowiłam oprzeć o prawdziwe życie z Dosiem. Niegdy nie udawałam że jest super i nigdy nie ściemniałam, że to marzenie. Doskonale Cie rozumiem, bo wiem ile razy wracalam z płaczem, irytacją i po życiem bezsilności że spaceru. I choć kochałam Dosia do szaleństwa i choć gdybym wiedziała, to co teraz pewnie i tak bym się na niego zdecydowała, nie mam poprostu siły na kolejnego owczarka. Nie mam siły walczyć z owczarkowymi problemami, nie mam siły na przeżywanie każdego miesiąca z obawą czy nie ma dysplazji, łuszczka innych chorób. Wiem, że z dziewczynkami łatwo nie będzie. Też maja swoje traumy, ale to są inne traumy. Nie muszę się martwić, że jak na chwilę stracę czujność to kogoś ugryzą. A dla mnie to już bardzo dużo, mimo że Doś w ostatnich latach bardzo się zmienił, ale tak szczerze – nigdy nie zaufałam mu w 100%, że jak coś go zdenerwuje lub przestraszy to nie postanowi kogoś na serio zaatakować i że zareaguje na odwołanie.

opublikuj
Magda i psy 19 września 2021 - 09:54

Owczarki poprawi dopiero drastyczny spadek ich popularności. Znam bardzo fajne psy w tej rasie, ale jest to mniejszość. Znam też grono hodowców, którzy po prostu hodują byle jak i efekty widać. A linia użytkowa szczerze mówiąc nie jest wiele lepsza od eksterierowej, ani charakterologicznie, ani zdrowotnie. Znowu – poza chlubnymi wyjątkami.

Dla mnie dzisiejszy ON to i tak pies o wiele za duży. Ale cieszę się, że mimo dorastania z tą rasą, we własnym domu jej nie mam.

A na blogu zostajemy, bo psy to psy, więc… 😀

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 19 września 2021 - 12:55

To jest przerażające jak hodowcy szczycą się 55kg ojcem szczeniąt… I jeszcze żeby to był pies duży… one są poprostu grube. Bo jak podają wymiary psa
to są mniejsze lub porównywalne do Donnera, który ważył 36-37kg. Więc coś tu jest nie halo. Podobnie z wyszkoleniem. Czasem wrzucane na grupy filmy za szkoleń są przerażające… w sensie to co psy prezentują, a mają uprawnienia hodowlane, chyba na zasadzie – fajna linia to dostały. No ale jak związek warunkowo dopuścił reproduktora z dysplazją (wprawdzie podhalana), tylko dlatego, że się ładnie prezentował, to czego oczekiwać… przykre to, ale niestety boom na owczarki nie skończy się nigdy… tak jak minęła moda na beagle, dalmatyńczyki, czy spaniele. Chwilowo była na wilczaki, tak owczarki, retrievery, bc i kilka mikro ras są zawsze w czołówce, bo jest o nich za dużo mitów, w które ludzie wierzą i powtarzają od lat. A przecież żaden hodowca nie powie nagle głośno- słuchajcie to są psy trudne, wymagające i inne niż kiedyś. Tylko będzie powtarzał, że idealne dla każdego, super mądre, odważne i idealne do stróżowania, bo to łatka onka i dobrze się z nią sprzedają.

opublikuj
Justyna 21 września 2021 - 20:17

Nie miałam doświadczenia “owczarkowego” kiedy postanowiłam spełnić marzenia z dzieciństwa o Lessi… I tak do domu w którym mieszka 3 ludziów i pyskaty i niedotykalski psi emeryt Rudi trafił półtorej roku temu Owczarek Szkocki Lui. Pies łagodny jak baranek, aksamitny i pluszowy w dotyku jak miś, żyjący dla mojego zadowolenia, ale też o psychice tak delikatnej o jakiej się nikomu z nas nawet nie śniło. Wystarczy podniesiony głos (i wcale nie na psa, tylko np. na 6 latkę która maluje markerem kwiatki na stole…) a Lu zachowuje się jakby go mieli mordować conajmniej… Czytałam o tym że Collie mają delikatną psychikę, ale że aż tak? Pozatym odkąd jest z nami Lu mamy u naszego weta kartę stałego klienta. Przez 13 lat nasz kundelek Rudi nie zaliczył tylu chorób co ta półtoraroczna kluska Najbardziej rozwaliły nas rzęsy Lu które czasem rosną tak że podrażniają oko. Jeszcze przed kupieniem Luisa marzyłam o całym stadku Collie w każdym możliwym kolorze (bo jak się je tak uwielbia to trzeba mieć każdy kolor, co nie? ) ale teraz trochę się boję… bo jeśli kolejny będzie tak delikatny i chorowity to jak ja dam radę? I nie wiem co wygra, rozsądek czy miłość do tych pluszowych fajtłap…

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 22 września 2021 - 15:33

Ah niekończące się dylematy…. pozostaje wierzyć, że to tylko Lu tak ma… I nie zniechęcać się. 😉

opublikuj
Justyna 23 września 2021 - 07:42

Nie zniechęcam, tylko kombinuje jak namówić męża na jeszcze większy samochód żeby cała psio-ludzka rodzina po ewentualnym powiększeniu mogła w miarę wygodnie podróżować… Bo jednak jeździmy dużo, a jakoś nie widzę moich psów w klatce w bagażniku. A żeby wcisnąć z tyłu dziecko i 3 psy, żeby każdy miał wygodnie i bezpiecznie, to przydałby się samochód na 7 osób. No cóż, marzenia są po to by je spełniać. Trzymam kciuki za Pani Dziewczynki, oby przestały się bać. Z serdecznymi pozdrowieniami Justyna.

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 23 września 2021 - 13:19

Ja to będę musiała z czasem pomyśleć o 9osobowym vanie dla całej rodziny i stada

opublikuj
Elzbieta 7 października 2021 - 06:15

Ja napiszę króciutko ! Czyta się Ciebie Amelio obłędnie pięknie ! A to raz zakręci mi się łezka ze wzruszenia a to raz wybucham śmiechem ! Jak najlepszą książkę ! Masz talent ! Pozdrawiam Cię serdecznie
Ela zakochana również w rudej kundelce Mijusi

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 7 października 2021 - 17:54

Dziękuję <3

opublikuj

Zostaw komentarz