Strona główna Z życia psiary Żegnaj Donner.

Żegnaj Donner.

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Nie tak miało być. Wiedzieliśmy, że choroba Dosia jest poważna, ale nic nie wskazywało na to, że zabierze go nam niemal z dnia na dzień. Zrobiliśmy wszystko, by opóźnić jej rozwój i przez trzy miesiące jej nie było. Systematycznie badaliśmy Donnera robiąc USG, RTG, badania krwi ze wskaźnikami nowotworowymi. Kiedy pisałam, Wam, że jest dobrze USG było piękne i czyste. Miesiąc temu, niespełna miesiąc temu, bo trzy tygodnie przed nawrotem choroby robiliśmy USG i RTG serca i płuc i badania krwi i było pięknie. Miał super dietę, wspomagany ziołami, suplementami i CBD i ni z tego, ni z owego rak wrócił z dnia na dzień.

W czwartek Donner czuł się wyśmienicie. Bawiliśmy się, spacerowaliśmy – było idealnie. W nocy z czwartku na piątek obudził nas jego bolibrzuszek. Cóż biegunki się zdarzają, ale niepokojące było to, że po powrocie do domu Donner nie miał siły wejść po schodach. Pomogłam mu i z samego rana pędziliśmy do kliniki, bo Donner się zataczał i był osowiały. Przerażona przerabiałam w myślach scenariusz babeszjozy. Trochę dziwne, bo Bravecto miało jeszcze dwa tygodnie działania, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. No bo gdzież nawrót nowotworu! Przecież to nie dzieje się w ciągu jednej nocy! A badania sprzed kilku tygodni w mojej głowie zupełnie to wykluczały.

W klinice zrobiliśmy badania krwi, trzustki i USG. W krwi wyszedł stan zapalny w organizmie (dodatkowo okazało się, że zrobiło mu się zapalenie gruczołu okołoodbytowego), niestety na USG wyszła krew w brzuchu. Ale skąd? Jak? Nie było guzów, nie było zmian…

Zatem najprawdopodobniej nowotwór, choć istniał cień szansy, że to jakieś zapalenie, którego uczepiłam się jak światełka w tunelu.

Doś dostał leki i na drugi dzień był jak nowo narodzony. Liczyłam na to, że kryzys zażegnany. Bawiliśmy się w ogródku, byliśmy na spacerze i było cudownie. To był nasz ostatni wspólny, tak radosny dzień, który przeżyliśmy na 120%.

Już w niedzielę rano historia z piątku się powtórzyła. W brzuchu było więcej krwi i Donnera ewidentnie zaczynało już boleć. Dostał więcej silniejszych leków i liczyłam na to, że to wszystko się ustabilizuje. Choć podświadomie jakoś tak dziwnie wiedziałam, że to już koniec. Bałam się tylko, że M. nie zdąży wrócić z delegacji. Choć odsuwałam od siebie tę myśl, choć chciałam być optymistką, widziałam w jego oczach to, że tym razem nie będzie walczył. I tak strasznie mnie tym wkurzał. On najbardziej zawzięty i uparty z psów. Odpuścił. On nigdy nie odpuszczał, nigdy nie rezygnował, a tym razem nie chciał nawet spróbować walczyć.

Donner leżał, nie mając siły się ruszyć. Wstawał tylko na siku i potrzebował do tego mojej asekuracji. I choć był przytomny i całkiem ogarniał życie, leżąc na tarasie i co jakiś czas oszczekując sobie z niego ludzi, widziałam, jak gaśnie nam w oczach.

We wtorek na USG wyszły powiększone węzły chłonne, które jeszcze dwa dni temu były czyste. Choroba postępowała błyskawicznie. Pomimo leków, krew pompowała się do brzucha, a my nie mogliśmy nic zrobić.

Kiedy wrócił M. nie byliśmy w stanie odezwać się do siebie. Każde z nas wiedziało, co trzeba powiedzieć, ale baliśmy się tego. Dopiero w nocy, kiedy na zmianę wstawaliśmy do Donnera, bo był niespokojny, a nawet napicie się wody, którego potrzebę oznajmiał mlaskaniem, wymagało naszej pomocy, by podać mu miskę między łapy, odważyliśmy się ze sobą porozmawiać. Powiedzieć sobie, że to już czas.

Nie mogąc zasnąć po tej decyzji, po wyroku, który wydaliśmy na naszego psa, by nie cierpiał. By odszedł, zanim, życie zacznie być dla niego zbyt bolesne, czułam się podle. Choć z drugiej strony wiedziałam, że tak trzeba. Że tak należy, że to jedyne co możemy dla niego zrobić, ale…

Dużo się mówi o tym jakie to humanitarne. Że to jest prawdziwa miłość, że to lepsze niż życie w bólu. Ale jest to cholernie ciężkie. Jako naiwna optymistka, do końca wierzyłam w jakiś głupi cud. Cudowne ozdrowienie, psiego doktora Housa, który połączy wszystkie nitki, wpadnie na genialną diagnozę i w kilka dni uratuje Dosia. Ale cuda się nie zdarzają.O czwartej nad ranem zapakowaliśmy Donnera do samochodu i pojechaliśmy na spacer nad Zalew. Podjechaliśmy na skarpę tak, żeby mógł widzieć wodę i siedzieliśmy tak przytuleni we trójkę, patrząc przed siebie. Przed powrotem wynieśliśmy Donnera na trawę, żeby mógł się wysikać, a Donner, jak to miał w zwyczaju podreptał, pociągając nogami i zataczając się na sam brzeg skarpy, by popatrzeć z niej na okolicę.

Jak on zawsze to uwielbiał! Wyjść na szczyt, stanąć na krawędzi i patrzeć przed siebie! Zawsze to robił. Pamiętam, jak wyszliśmy na Szczeliniec. Jak Donner przełożył łeb przez barierki i wodził wzrokiem, od prawej do lewej, oglądając świat z góry. To samo było na szczycie Bel-Ko. On naprawdę doceniał wędrówki po górach i cieszył się zdobywaniem szczytów…

Po powrocie do domu Donner ułożył się na swoim legowisku przed domem i odpoczywał. Niestety odmówił już śniadania. Dzień wcześniej śniadanie i kolację wmusiłam w niego z trudem, ale już w środę nie chciał nic jeść, a przecież Donner nigdy nie odmawiał jedzenia. On zawsze chciał jeść – wszystko, w ilościach nieograniczonych. Koło południa przestał również pić, a przez leki w ostatnich dniach, w przeciągu dwóch godzin wypijał miskę wody. Wiedzieliśmy, że to już koniec. Mimo wielkiego, napompowanego brzucha, Donner był chudy. Wystający kręgosłup było czuć pod rękami. Blade dziąsła wskazywały na silne odwodnienie, pomimo sporej ilości wody wypitej w nocy i kroplówki dzień wcześniej.

O piętnastej przyjechaliśmy do Kliniki Szmaragdowa

…Zdecydowaliśmy się na kremację indywidualną, żeby pochować go w ogródku, żeby tak jak Budzik był z nami już na zawsze.[Czytaj  więcej  o tym  czy  można  przygotować  się  na  śmierć  psa  i jak  wygląda  eutanazja]

Nie jest łatwo się pozbierać po śmierci przyjaciela.

Kiedy wracamy do domu, Elka z wielkim entuzjazmem podbiega do bagażnika… Obwąchując go widzimy, jak momentalnie uchodzi z niej radość. Przez niemal cały dzień płaczemy, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. M. człowiek racjonalny i opanowany – zawsze. Ja, której się wydawało, że jest gotowa na śmierć Donnera. W kolejnych dniach powoli dochodzimy do siebie. Elza natomiast z dnia na dzień jest coraz bardziej przygnębiona. Za każdym razem, kiedy wracamy podbiega do bagażnika myśląc, że przywozimy Donnera, po czym odchodzi smutna, jak zbity pies. Jedynie na spacerach i w trakcie treningów zdaje się nie myśleć o tym i jest sobą. Poza tym przez większość czasu leży i wzdycha bądź wtula się w jego legowiska. Jej też jest ciężko. Pamiętam jak Donner po śmierci Budzika miał prawie dwa tygodnie depresję, a chłopaki byli ze sobą raptem miesiąc. Elza ma też prawo do swojej żałoby, w końcu Donner ją wychował. Byli ze sobą niesamowicie zżyci. Donner był jej nauczycielem, wsparciem i towarzyszem zabaw.

Teraz tak jak i my, musi się nauczyć żyć bez niego. Jest ciężko, ale czas leczy rany. Powoli przestajemy płakać na każde jego wspomnienie, a zamiast tego wspominamy go z wdzięcznością, że był z nami i tle nas nauczył. Na zawsze pozostanie w naszych sercach, choć Zamerdani bez niego nie będą już nigdy tacy sami, ale mam nadzieję, że zostaniecie z nami, bo Donner i jego życie jeszcze nie raz będzie przywoływane w tekstach na blogu, a Ela myślę, że też opowie Wam jeszcze nie jedną zwariowaną przygodę.

Zdjęcia z jesiennej sesji, kiedy jeszcze nic nie wskazywało na to, że Donner jest chory zrobiła Karolina Mazur z Pies moją Miłością.

Ogółem: 1 127, dzisiaj: 3
16 komentarzy
0

You may also like

16 komentarzy

Justyna 23 maja 2021 - 14:33

Przykro Nam bardzo że tak się potoczyło dużo sił dla Was i Elzy Ściskamy mocno Justyna, Rudi i Lui

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 27 maja 2021 - 19:04

Dziękuję za dobre słowo. Jest dalej przykro, ale powoli się z tego otrząsamy.

opublikuj
Anna 30 lipca 2021 - 07:47

Pięknie opisana ,piękna ,wzruszająca ,prawdziwa miłość,
….nie mogłam się powstrzymać by nie płakać jak dziecko,…
automatycznie wróciły moje przykre wspomnienia,
Ten sam nowotwór zabrał moją sunie Border collie mix- Beschamel w 2012 roku, zupełnie niespodziewanie,…
Ja nie miałam wtedy pojęcia o istnieniu tej potwornej choroby śledziony,
nie mieliśmy też takich cudownych lekarzy,którzy otoczyli opieką i byli z Wami w ten trudny czas….
Nasz weterynarz wszystkie nasze informacje dotyczące objawów zwalał na chore stawy,nawet nie zrobił kontrolnego badania USG,…
My ,nie miałyśmy nawet czasu na pożegnanie ….
Moja Melka nie wybudziła się już z narkozy po operacji ,na którą bylo poprostu
za późno.
Nasza BESCHAMEL , zostala skremowana razem ze swoimi ulubionymi pluszakami, królikiem i Myszą …byliśmy przy tym obecni a później wróciliśmy z Melą do domu . Urna z jej prochami stoi do dzisiaj w honorowym miejscu domu, a jej następczyni sunia Border collie, nosi imię Mela -skrót od Beschamela.
Ma 8 lat . Od dwóch lat robimy systematycznie co pół roku kontrolne badanie USG jamy brzusznej i tej przeklętej śledziony….

Bardzo mi przykro z powodu Waszego ♡Donnerka ,,,,
Jestem pewna, że był bardzo szczęśliwym ONKIEM i odszedł tak jak żył,
– otoczony miłością swoich “ukochanych czlowieków”.
Przytulam całym ♡sercem…. …trzymajcie się

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 30 lipca 2021 - 11:51

Strasznie mi przykro z powodu odejścia suni, swoją drogą Beschamel to przepiękne imię! <3 no niestety te wszystkie choroby są okropne… i tak szybko atakują i się rozwijają, że czasem nie da się ich odpowiednio wcześnie namierzyć… życzę bardzo dużo zdrowia dla Meli i dla Was.

opublikuj
Waldek 23 maja 2021 - 21:28

Piękne pożegnanie. Moja Luna odeszła nagle 24.12.2019. Zawsze myślałem że jak byłaby chora to człowiek by się na przygotował,ale nie to zawsze boli tak samo.
Dlaczego nie żegnamy tak ludzi którzy odchodzą bo ON-KI są wyjątkowe. Kochają nas bardziej niż samego siebie. Tylko dlaczego tak szybko odchodzą.

opublikuj
Krystyna 25 maja 2021 - 18:48

Przytulam. Pokochałam Donera, czytając o nim. Jak bardzo go kochaliście, żyjąc razem z nim. Wszystkie ONki, są cudowne, dlatego tak bili, kiedy odchodzą za TM. Zawsze zbyt wcześnie…..

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 27 maja 2021 - 19:06

Wiele nas nauczył… dalej jest przykro, ale jestem mu wdzięczna za te ponad 8lat i wspólne życie. To były cudowne lata.

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 27 maja 2021 - 19:05

To niesamowite psy. Doś bardzo wiele nas nauczył i jestem mu za to niesamowicie wdzięczna.

opublikuj
Joanna 24 maja 2021 - 11:38

Bardzo mi przykro… cudowny, piękny psiak.. trzymajcie się <3

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 27 maja 2021 - 19:05

Dziękuję…

opublikuj
Marta 26 maja 2021 - 12:20

taki piekny pies.. też mam Owczarka. wysyłam dużo Ciepła w Waszą stronę!!

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 27 maja 2021 - 19:06

Dziekuje…

opublikuj
Ania 11 czerwca 2021 - 06:07

Pamiętam jak znalazłam waszego bloga. Zobaczyłam zdjęcie Donnera i pomyślałam sobie “Cóż za piękny pies!”.
Przykro mi, że choroba tak szybko wam go odebrała. Trzymajcie się dzielnie. <3

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 11 czerwca 2021 - 19:26

Dziękuję. Doś był wyjątkowy. Pamiętam jak rok temu na wiosnę tłumaczyłam przypadkowo spotkanym ludziom na spacerze, że ma prawie 8lat i nie chcieli mi uwierzyć bo 2 mu nawet niedawali. To straszne, że to wszystko podziało się tak nagle. Patrząc na niego niemal do ostatnich dni nie było widać po nim wieku i choroby…

opublikuj
Justyna 16 września 2021 - 12:26

Też to przechodziłam. Mojego niespełna 15 letniego setera musiałam uśpić bo przegrał walkę z czwartym nowotworem. U nas walka trwała 4 miesiące, ale wiedzieliśmy że ze względu na stan jesteśmy na przegranej pozycji, bo guz był niemożliwy do zoperowania. Tak samo gasł w oczach. Do końca życia będę miała przed oczami ostatni wdech po podaniu zastrzyku. Mięliśmy o tyle szczęcie, że odszedł w zaciszu domowym – znajomy weterynarz przyjechał do nas, jednak nie umniejsza to rozpaczy. Ostatni tydzień życia przepełniony był kroplówkami, wmuszaniem jedzenia i wstawaniem w nocy przy każdym westchnięciu. Kiedy przestał wstawać na łapy i się załatwiać wiedzieliśmy że musimy mu ulżyć, zrobić to dla niego i dać mu odejść. Bardzo duży czytałam o żałobie po śmierci psa, żeby sobie jakoś wytłumaczyć to co się stało, bo męczyły mnie wyrzuty sumienia że zabiłam przyjaciela z którym spędziłam ponad połowę życia. Gdzieś było napisane, że utrzymywanie zwierzaka przy życiu za wszelka cenę jest egoizmem ze strony właściciela, a świadoma decyzja o tym że może odejść oznaką miłości. Lepiej godzinę za wcześnie niż dzień za późno powiedział mi weterynarz. Z upływem czasu było żyć bez niego było łatwej ale pomimo zarzekania się że już nigdy nie weźmiemy żadnego psa nie ostało się to w rzeczywistości. Potrzeba wypełnienia pustki jaka panowała w naszym domu, sprawiła że pojawił się nowy mieszkaniec, zupełnie inny. Teraz ich porównujemy, jak który co robi, w świadomości pozostały tylko te miłe chwile, na ścianie zdjęcia i ponownie odwiedzamy różne miejsca … żeby nasza nowa pociecha była tam gdzie był jej poprzednik. Nasze życie bez zwierząt nie miało by wartości.

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 17 września 2021 - 16:01

15lat to cudowny wiek! Ja po chorobie Dosia też uważam, że lepiej dzień wcześniej ulżyć psu niż na się hodować go jak roślinkę dwa dni za długo i pozwalać się męczyć. Wielkie ściski dla Was!

opublikuj

Zostaw komentarz