2Paź

Foto-Canid ‚Pies w Kadrze’

Kiedy rozładowują mi się psie akumulatorki i moja praca z Donnerem przestaje mieć sens, kiedy praca i życie codzienne rozładowały mnie emocjonalnie, kiedy dopada mnie jesienna chandra i zastanawiam się czy mam już oznaki depresji, wtedy jest najwyższy czas wybrać się na jakieś warsztaty do Centrum Kynologicznego Canid. Nic lepiej nie podbudowuje człowieka niż weekend spędzony w gronie przyjaciół rozumiejących i podzielających Twoje pasje.

Tym razem nie spotkaliśmy się w jedynym słusznym celu, jakim są psy. Tym razem nasze pasje poszerzyliśmy o fotografię, bowiem warsztaty „Pies w kadrze jak sama nazwa wskazuje, połączyły miłość do psów i pasję do fotografii.

Były to pierwsze tego typu warsztaty i zaczęliśmy je od poziomu bardzo podstawowego. Część dotyczącą samej fotografii, sprzętu, kompozycji i tajników tej magicznej dziedziny prowadził Bartosz Głowacki ze Studia Poza Kadrem. Część dotyczącą pracy z psem podczas sesji fotograficznych prowadziła jak zwykle niezastąpiona Ewelina Włodarczyk, która położyła olbrzymi nacisk na dobrostan naszych psów podczas robienia zdjęć, ich komfort i samopoczucie. Po raz kolejny przypominając nam, że nasze plany, oczekiwania i pomysły – to tylko nasze wizje, których pies nie podziela i nie rozumie. Co więcej, uświadomiła nam, że pies odczuwających podczas sesji dyskomfort, zestresowany lub zmęczony odda swoje emocje na zdjęciu. Oczywiście wiele osób tego nie wyłapie, bo „uśmiech to uśmiech”, ale świadomi opiekunowie psów, umiejący czytać sygnały od razu dostrzegą, że ten uśmiech, czy uroczo oblizany nos jest oznaką stresu zwierzęcia.

Dowiedzieliśmy się czym jest przesłona, czas naświetlania i ISO. Oczywiście przypuszczam, że każdy o tym słyszał, większości nawet wie, co to jest – ja też słyszałam i korzystałam, ale na czuja. Teraz potrafię korzystać z tego w sposób świadomy, dzięki czemu odkryłam, że nawet standardowym obiektywem dołączonym do mojego aparatu da się zrobić całkiem przyzwoite zdjęcie. Co więcej, uchwycenie niebieskiego nieba w samo południe jest realne! Poznałam większość niezrozumiałych dla mnie opcji w moim aparacie, a co najważniejsze okazało się, że mój sprzęt jest całkiem przyzwoity, tylko potrzeba do niego trochę serca.

Rozłożyliśmy złoty podział i mocne punkty na czynniki pierwsze, o którym pisała kiedyś White Eyed Husky i uważam, że jest to absolutnie niezbędna wiedza, dla każdego kto robi zdjęcia. Dowiedzieliśmy się także, że człowieka tniemy po stawach – cenna uwaga, jakbyśmy chcieli przekształcić Canid w mafię. Póki co robimy to tylko na zdjęciach, ale kto wie, jak to się dalej potoczy!

Poza nauką fotografii każdy z nas miał za zadanie pracować ze swoim psem w trakcie sesji, tak by zaprezentował się, jak najlepiej, by pozostali uczestnicy mogli przećwiczyć zdobyte w części teoretycznej umiejętności.

Ela jak to Ela podbiła serca wszystkich fotografów, tańcząc taniec hula z frisbee w zębach. Ale największą furorę zrobił Donner (no dobra jego okulary), który pokazał swój profesjonalizm i zamiłowanie do pozowania. Pięknie zachowywał się w grupie osób, pozując do zdjęć jakby była to dla niego codzienność. Nie polował, nie zaczepiał ludzi, nie przejawiał agresji czy paniki. Jak nie on! Nawet oddawał podczas sesji zabawki, a ja w końcu czułam wewnętrzny luz… A nie sądziłam, że będzie mi to jeszcze kiedykolwiek dane poczuć przy tym psie. Poza Elą i Donnerem modelami była Tantra – owczarek holenderski, Isa – owczarek niemiecki krótkowłosy, Django – malamut i Tuwim – dog niemiecki. Każdy psiak był inny nie tylko pod względem wyglądu, ale i charakteru, który staraliśmy się oddać na zdjęciach.

A po godzinach chodziliśmy na wspólne spacery. Pierwszy raz od tylu lat nie musiałam się alienować! Chodziliśmy bez linki w grupie psów i innych uczestników! Marzyłam o tym od pierwszego dnia kursu trenerskiego i w końcu moje marzenie się spełniło! Cztery obce psy, grupa obcych ludzi, a pomiędzy nimi Donner. Cóż to było za uczucie iść z wolną głową i nie kontrolować psa i otoczenia! Móc rozmawiać z innymi, nie bojąc się, że pies rzuci się na kogoś, bo ten ktoś za blisko podszedł. Mieć pewność, że jak zawołam, to pies wróci. Może nie od razu i w ułamku sekundy, ale nie zwieje mi do lasu na kilkanaście minut na widok smyczy, tylko kulturalnie da się na nią zapiąć.

I te spacery były największą wartością dodaną kursu fotograficznego. Psychoterapią dla mnie i dla mojego psa. W końcu mogłam zobaczyć jak Donner zachowa się w sytuacji „codziennej”. Czy na widok innego psa na łące, będę w stanie nad nim zapanować, czy poleci do niego. Jeśli poleci to, co zrobi? Jak zareaguje na widok człowieka, który dołącza do grupy i jak poważna jest jego agresja. I wiecie co? Okazało się, że Donner ignoruje obecność innych ludzi i psów. Szybko akceptuje inne osoby i pozwala mi z nimi rozmawiać, zaglądać do obiektywu i ogólnie zbliżać się do siebie. Kiedy ktoś spóźniony dochodzi do grupy, zostanie wprawdzie przez niego zatrzymany i oszczekany, ale bardzo szybko akceptuje taką osobę, zajmując się swoimi sprawami i nie prześladuje jej. To samo dzieje się z psami, które jeśli spacerują równolegle do nas w sporej odległości, zupełnie go nie interesują. Dopiero kiedy się do nas zbliżają, idzie do nich. Psy pozostawione same sobie, potrafią pięknie się przywitać i dogadać. Nawet jeśli na dzień dobry jest jakiś zgrzyt, szybko ustalają pomiędzy sobą zasady wzajemnego szacunku postanawiając najczęściej się ignorować. Dało mi to też dużo do myślenia, że nie ma sensu izolowania mojego psa, bo nie jest wcale taką bestią, a większość konfliktów niestety sami zaogniamy, kiedy chcemy rozdzielić psy, które dość głośno i wydawać by się mogło brutalnie próbują się dogadać. W rzeczywistości, jak przeanalizowaliśmy to później na filmikach w zwolnionym tempie, „powitalna walka” nie była wcale walką i poza tym, że było dużo ryku i straszenia się – nikt nikogo nie ugryzł, a całe zajście rozeszło się po kościach. Prawdziwy problem pojawiał się dopiero, wtedy kiedy któryś z opiekunów chce interweniować, wówczas jego pies odczytując to jako wsparcie przestaje podchodzić do sprawy.

Ah! Jakie to było wspaniałe uczucie wyjść z domku z psami bez smyczy. Mieć jedną smycz kontrolnie schowaną w kieszeni, ale nie musieć martwić się o to, co czeka na nas za rogiem. Móc cieszyć się w pełni spacerem psami! Chcę jeszcze! Ale nic co piękne, nie trwa wiecznie. Weekend dobiegł końca…

Na razie czekam na kolejne warsztaty z fotografii – już bardziej zaawansowane i na spotkanie Canidowych przyjaciół i wspólne spacery. Bo nie ma nic piękniejszego niż połączyć dwie pasje i dzielić je z przyjaciółmi!

I wiecie co? Nie ma rzeczy niemożliwych! Moje marzenie się spełniło, choć jeszcze dzień przed wyjazdem pisałam Wam o tym, jak problemowym psem jest Donner. Ale to są właśnie te nasze małe sukcesy, dla których warto pracować z psem i walczyć o niego, bo nic nie daje takiej radości jak osiągnięcie – wydawać by się mogło – niemożliwego!