23Sie

AHOJ przygodo!

Zanami tygodniowy rejs po Solnie. Rejs o tyle przełomowy, bo pierwszy raz sam na sam z Panem Mężem, który to został niedawno patentowanym żeglarzem. Przełomowy również dlatego, że pierwszy raz na rejs popłynęła z nami Panna Elza, by dopełnić żeglarskiej psiej tradycji w mojej rodzinie, oraz przełomowy ze względu na to, że pierwszy raz Elza pojechała z nami sama – bez Donnera, który na czas wakacji wyjechał do mamy, co opłacił kilkoma nadprogramowymi kilogramami niewątpliwego psiego szczęścia.

Znalezienie łódki pod wynajem z psem niestety ciągle nie należy do najłatwiejszego zadania. Wiele czarterów nie zgadza się na psa lub życzą sobie za jego pobyt bardzo wysokie opłaty, mimo to nie jest to niemożliwe. Zawsze jakoś udawało nam się wyczarterować jacht z psem, tylko dokładaliśmy wszelkich starań, by minimalizować okłaczenie wnętrza kabiny i decydowaliśmy się na jachty „mniej wypasione”.

Zabezpieczenie jachtu

A trzeba o tym bardzo pamiętać, bo mokry od nieuniknionych kąpieli pies dużo bardziej linieje niż zwykle. Dużo więcej nanosi pisaku, a często, jeśli nie doschnie również wilgoci. My zawsze przed wyjazdem na łódkę, bardzo dokładnie wyczesujemy psy, by minimalizować ilość futra na jachcie. Ważnym jest, by odpowiednio jeszcze przed zaokrętowaniem zabezpieczyć kabinę – wyłożyć materace kocami lub prześcieradłami, by nieuniknione kłaczki i piasek znalazły się na nich – nie na materacach. Ważnym jest też dokładnie wycierać i dosuszać psa przed wejściem na pokład. Ostatecznie przy opuszczaniu jachtu dokładnie go posprzątać. Nam zdarza się wozić ze sobą w aucie przenośny odkurzacz, którym możemy doczyścić nie tylko jacht, ale i pokój hotelowy z kłaczków. W końcu im mniej zostawimy, tym pozostawimy lepszy wizerunek i w przyszłości psiarze będą chętniej zapraszani.

Pies na jachcie pierwsze kroki

Suczynka z nami jeszcze nie żeglowała, ale przy każdej nadarzającej się okazji zabieraliśmy ją w miejsca, które przyszłościowo miały ją do tego przygotować – jak, chociażby pływanie rowerkiem wodnym, czy pobyt w pływających domkach HT House. W efekcie czego, kiedy tylko weszliśmy na keję Elza dziarskim krokiem potupała za nami do naszej łódki i nim się zorientowaliśmy była już ze mną na pokładzie. Jak gdyby nigdy nic, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu obeszła sobie pokład w koło, zeszła pod pokład, wyszła na zewnątrz, po czym usadowiła się na dziobie z miną: „załogo jestem gotowa”. Od tego momentu dziób stał się ulubionym miejscem Eli i chętnie wychodziła posiedzieć czy poleżeć na nim nie tylko, kiedy cumowaliśmy, ale również podczas żeglowania.

Mocno nas to za każdym razem zaskakiwało, bo dotychczasowe żeglowanie z owczarkami, zazwyczaj polegało na wiecznej ich asekuracji, bo owczarkowe-pierdoły zawsze się o coś potknęły, gdzieś się gibnęły, a pozostawione same sobie tak przysnęły, że podczas przechyłu nawet nie zauważały, że zsuwają się poza burtę… Ela natomiast poruszała się jak kot. Pewnie, z gracją i zupełnie świadomie. Dzięki temu i zapewne wolności, którą jej dawaliśmy, a więc sama musiała nauczyć się na co i gdzie uważać, praktycznie nie było sytuacji, kiedy pobyt Eli na pokładzie był dla nas, czy dla niej niebezpieczny. Co śmieszniejsze Suczynka bardzo nas obserwowała i naśladowała. Wiedziała, że trzeba się przesiadać – tak by balastować i nawet kiedy zasypiała w kokpicie, po zwrocie budziła się i przesiadała na drugą burtę. Widząc, że często, zamiast siadać w kokpicie, siadam na burcie, Ela od pierwszego dnia zaczęła robić dokładnie to samo, co przy „psim siadzie” wyglądało przekomicznie, ale Sukinia z zadziwiającym uporem cały rejs siadała sobie obok mnie w takiej pozycji (kto jej zabroni?).

Niesamowicie też poradziła sobie podczas wszelkich manewrów. Zarówno Budzik, jak i Donner – pomimo że kochani i posłuszni należą do typu histeryków. Coś się dzieje, zaczyna się lekko napięta atmosfera lub pojawiają się jakieś emocje, bo będziemy cumowali owczarek wpada w histerię: jojcząc, tak na wszelki wypadek. Wyrzucony pod pokład jojczy, że musi wyjść. Kiedy wychodzi, jojczy, że jeszcze nie dobiliśmy, a on nie wie o co chodzi (o ile sam nie postanawia wcześniej wyskoczyć – bo emocje), po czym jojczy, że został na brzegu, jojczy za każdym razem, kiedy zbieramy się zejść na ląd (bo on już musi, a sam nie umie), albo jojczy, że nie schodzimy na ląd, mimo że po zejściu na ląd jojczy z każdego innego powodu. Sam dokładnie nie wie czego chce, ale non stop wymaga uwagi, Pod pokładem za gorąco, na pokładzie samotnie – wszędzie źle, i choć może nie piszczy, może nie skomli, jest to takie charakterystyczne owczarkowe sapanio-jęczenie z podniecenia.

Ela natomiast nie ma takich problemów. Są manewry, idzie ze mną na dziób i z zainteresowaniem obserwuje, jak szykuje cumy i kotwicę. Nie muszę nic mówić, ona siedzi i patrzy. Wyskakuję z łódki, by ją złapać i przycumować (Donner już od pięciu minut byłby na brzegu) Ela siedzi, mimo że mogłaby śmiało wyjść. Kończymy manewry, w międzyczasie Ela przesiadła się popatrzeć co robi M. na rufie. Pada komenda „tak stoimy”. M. schodzi na ląd, wołamy Elę i ta jak księżniczka dopiero wyskakuje – sama, no nie potrzebuje pomocy. Nie ma pielgrzymek w tą i z powrotem. Elza siedzi sobie na brzegu i zajmuje się swoimi sprawami, kiedy my pod pokładem szykujemy rzeczy na ognisko. Nie musimy jej przywiązywać, ona po prostu jest. Zwiedzi sobie plażę, załatwi potrzeby w pobliskich krzakach, ale nie oddala się. Czeka. Ładuje się na pokład dopiero po zaproszeniu jej, po czym robi obchód obowiązkowo sprawdzając co słychać na dziobie.

Bardzo ładnie sobie radzi. Nie wymaga uwagi, nie przeszkadza, nie marudzi. Po prostu jest i korzysta z wyjazdu. Oczywiście podczas całego żeglowania i manewrów ubrana jest w kapok. Jak również podczas zabaw w wodzie. Bezpieczeństwo to podstawa!

Rano i po południu wychodzimy na spacery wzdłuż brzegu, ale i tak przez niemal cały czas, w którym nie pływamy, Ela ma nieograniczony dostęp do lądu, który sobie eksploruje nie spuszczając nas z oczu.

Przeczytaj więcej o tym jak przygotować psa na żagle.

Pies w porcie

Kiedy jest piękna pogoda, żeglowanie i wypad z psem to czysta przyjemność. Niezależnie od tego, czy nocujemy na dziko, czy w porcie. Problem pojawia się, kiedy zaczyna lać. Nas dopadły prawie dwa ni regularnej zlewy i burzy. My możemy siedzieć pod pokładem i czytać książki, wieczorem pójść do knajpy… ale co z psem? Akurat na czas deszczów, dobiliśmy do Polańczyka uzupełnić zapasy wody i naładować akumulatory. Aby zapewnić Suni odpowiednie atrakcje, pomimo ulewy wybraliśmy się na punkt widokowy, a później kilka razy na miasto i do knajpy. Tak by zapewnić jej aktywność zarówno fizyczną, jak i umysłową. W knajpkach, w których bywaliśmy, pies problemem nie był, pomimo że cali byliśmy ociekający wodą. Po powrocie na pokład trochę „kisiliśmy” się w zapachu mokrego, dosychającego psa i mokrych ubrań, które nie miały gdzie wyschnąć, ale już na drugi dzień przywitało nas piękne słońce, a my wróciliśmy do żeglowania.

Uroki Soliny

Przyzwyczajona jestem do żeglowania po Mazurach, M. do Soliny i powiem Wam, że nigdy nie traktowałam Soliny jako zbiornika wartego żeglarstwa. Ot rekreacyjne bujanie się, po większym zalewie. Ale Solina jest nieprzewidywalna. Tylko tu trzy łódki płynące niedaleko siebie, w tą samą stronę mogą płynąć trzema różnymi wiatrami i różnymi halsami… Tylko tu możesz wypłynąć otoczony flautą, by nagle znaleźć się w sytuacji podbramkowej, kiedy wiatr zmienia Ci się o 180oC, przybiera na sile i odbity od wysokich brzegów zatrzymuje Ci łódź w miejscu, po czym ją kładzie na boku nadając niesamowitej prędkości. Mieliśmy taką nieciekawą sytuację i powiem Wam, że chyba tylko dzięki łaskawości Neptuna, z którym zawsze piję przed rozpoczęciem każdego rejsu, jakoś się wybroniliśmy, bo było blisko. Tak blisko, że wszystko pod pokładem pospadało i powypadało nam z jaskółek. Łącznie z Sukinką, która dzięki Bogu, była wtedy pod pokładem, ale przekoziołkowała tam widowiskowo, staczając się z jednej burty na drugą.

Ale Solina to nie tylko żeglarstwo. To też niesamowite widoki. Zapierające dech w piersiach krajobrazy zmieniające kolory w zależności od pory dnia. Czasem ulotnie przyjmujące tak nienaturalne barwy, że aż ciężko w to uwierzyć. Czasem są to krajobrazy rodem z Chorwacji, a czasem takie jak na Mazurach. Ale Solina to też księżyc i gwiazdy odbijające się w wodzie. To zew przyrody zaśpiewany przez wilki na kilka głosów. Tak… w tym roku pierwszy raz w życiu słyszałam na żywo pieśń wilków (i to dwukrotnie), kiedy w środku nocy wyły na drugim brzegu. Niesamowite, magiczne doświadczenie dopełniające całości naszej wyprawy. Które porządnie wystraszyło Elę, do tego stopnia, że chciała spać ze mną w śpiworze, a kolejnego nie bała się iść brzegiem jeziora na spacer.

Żagle z psem

Pies na żaglach to niesamowite doświadczenie i wielka frajda. Ale musimy pamiętać, że to musi być też fajne doświadczenie dla psa. Nie ma sensu ciągnąć go za wszelką cenę, gdy pies nie radzi sobie na pokładzie, nie lubi wody, małych przestrzeni i kołysania. Nie ma sensu ciągnąć psa, nad którym potocznie mówiąc „nie panujemy” i który będzie problemem na pokładzie, czy to przez swoje stresy i paniki, czy nadpobudliwość i brak umiejętności wyciszenia się i odpoczywania. Ostatecznie nie ma sensu ciągnąć psa, kiedy sami nie czujemy się na jachcie pewnie. Żeglarstwo to super zabawa, ale może być bardzo niebezpieczne, więc podstawą do decyzji o wzięciu psa powinna być świadomość swoich umiejętności żeglarskich i pewność swojego psa i jego zachowania. Dlatego też zdecydowaliśmy się wziąć na żagle tylko jednego psa. Raz dlatego, że M. jest świeżo upieczonym żeglarzem, a płynęliśmy pierwszy raz sami (tylko we dwójkę), więc nie mogliśmy pozwolić sobie na to, by jedna osoba była wyłączona, niemal stale, z żeglarstwa, z powodu nadzorowania psów, a nie wiedzieliśmy, jak Ela będzie się zachowywała, za to wiedzieliśmy, że pierdołę Donnera trzeba będzie mieć non-stop na oku, bo on potrafi się zaplątać we własny ogon. Swoją drogą chcieliśmy też spędzić wakacje z samą Elą, by poznać ją tak naprawdę – jak zachowuje się będąc sama, nie mając za plecami Donnera. I ten wyjazd pokazał nam prawdzie oblicze Elzy. Ale o tym następnym razem.

Czytaj więcej – Żeglowanie z owczarkami – wspomienia rejsów po Mazurach z Budzikiem i po Solinie z Donnerem.

AHOJ!

Ogółem: 85, dzisiaj: 1

Leave reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *