O tym jak wiatr wieje na nieposłuszeństwo

W sobotę zaplanowałyśmy z Karoliną rocznicowy wyjazd na Roztocze, aby zapoczątkować piękną tradycję jesiennych wypraw w to urocze miejsce na Lubelszczyźnie. Niestety nasze plany mocno zweryfikowała pogoda. W tak zwanym międzyczasie, zmieniłyśmy trasę na lasy kozłowieckie, by ostatecznie skończyć w Starym Gaju, bo krążyły nad nami niebezpiecznie wyglądające ołowiane chmury, które ciążyły nad naszymi głowami jak złe przeczucie, w ciemnym korytarzu. Złe przeczucie, które jak się później okazało nie było tylko przeczuciem…

Nie zepsuło nam to w żadnym wypadku dobrych humorów. Ciepło ubrane, bowiem z samych bluzach (w końcu jest dopiero wrzesień!) wyruszyłyśmy na wyprawę wokół Starego Gaju. Droga wiodła nas dobrze znanymi, malowniczymi terenami lasu i rezerwatu Stasin, a psy szalały jak nigdy. Donner jak to Donner, na dzień dobry przywitał Wiarusa z iście morderczą radością – standard. Natomiast Elka przy bliższym kontakcie z Wiarusem wpadła w panikę uznając, ze ten wielki berneńczyk chce ją zagryźć. Taaa… Wiarus… dogoterapeuta, osobisty psychoterapeuta Donnera, pies, którego nie rusza nic (lub niewiele rzeczy) chce zagryźć Elkę… Ta to ma dopiero wyobraźnię. Wiarus popatrzył na nas z niezrozumieniem, czemu to małe coś histeryzuje. Donner zaczął rozglądać się w poszukiwaniu tego złego berneńczyka, który stanowi takie zagrożenie, bo w końcu nie może chodzić o Wiarusa, a Elka dalej wrzeszczała, tylko dlatego, że Wiarus stał obok. Na szczęście musiała wziąć oddech, bo na jednym wdechu ciężko długo histeryzować i chyba wtedy dopiero tlen dopłynął do małego szczenięcego mózgu, na tyle by pomyśleć. Przywitała się z Wiarusem i problem się skończył.

14449875_1113106352109925_2257548808228658910_n

Więc wyruszyłyśmy, ale to był dopiero początek dziwnych historii tego dnia. Kolejną z nich był Wiarus, który najwyraźniej poczuł się odrzucony z powodu pojawienia się Elzy w drużynie, a przynajmniej obawiał się, że idealny team z Donnerem może się rozpaść. Postanowił więc zachowywać się jak Donner i Elza, by nie zostać odrzuconym, to znaczy: zaczął ciągnąć na smyczy, szczekać na psy, pić wodę z kałuży i być ogólnie illegal.

Sam Donner załamał mnie swoim posłuchem, co możecie zobaczyć na filmie. Do tej pory z dnia na dzień przywołanie było coraz lepsze, bo Donner nie chciał być gorszy od Elzy. Aż do sobotniego spaceru. Tu chciałabym dodać, że Donner zawsze perfekcyjnie reagował na przywołanie Karoliny (jeszcze za czasów wspólnego szkolenia), ale nie tej tragicznej soboty. Otóż na komendę „do mnie” Wiarus i Elza ścigali się, które z nich pierwsze przybiegnie do nas, a Donner rzadko kiedy zaszczycił nas nawet podniesieniem głowy. Przychodził (ociągając się) dopiero wtedy, kiedy zobaczył, że koledzy dostają jedzenie. No pięknie po prostu… pięknie…

Jak to Karolina stwierdziła: „Dziś wieje na nieposłuszeństwo”. Dawno temu na zajęciach nasza trenerka Ula opowiadała nam o tym, że psy są homeopatami i w zależności od różnych czynników środowiskowych i warunków pogodowych mogą zachowywać się lepiej lub gorzej. Żałuję, że nie zapamiętałam tego bardziej szczegółowo, ale pamiętam, że kierunek wiatru miał spory wpływ na zachowanie psa. Chyba wiatr północny sprzyjał ucieczkom psów typu beagle i husky, (naprawdę nie pamiętam, które wiatry na co wpływały) a zachodni na większą chęć psów do zabawy, co za tym idzie cwaniactwo i wydurnianie się podczas ćwiczeń.

Ale w sobotę ewidentnie wiało na nieposłuszeństwo i robienie głupot przez naszych futrzanych przyjaciół.

sunp0011

Ale nie zepsuło nam to spaceru, aż do czasu kiedy powoli zamierzałyśmy wracać, bo z powodu wygłupów psów było po prostu zabawniej. Nagle pomiędzy drzewami na ułamek sekundy oślepił nas piorun, a potem huknęło… strasznie huknęło. Odruchowo złapałyśmy Elzę i Wiarusa, by nim dotrze do nich co się stało, nie pouciekały. Zapięłyśmy psy na smycz i zadecydowałyśmy – wychodzimy szybko z lasu, wyłączając telefony.

Niemal biegiem opuściłyśmy las, weszłyśmy na drogę, a przed nami, kilkaset metrów dalej nie widać nic… nic poza szarą ścianą deszczu. Nogi się pod nami ugięły, widząc że żywioł zbliża się w naszą stronę. Naciągnęłyśmy kaptury i ruszyłyśmy na spotkanie przeznaczenia…

Kilkadziesiąt sekund. Tyle było potrzeba byśmy przemokły jak to się mówi do suchej nitki i nie ma w tym zbędnej przesady, bowiem miałyśmy mokre wszystko, łącznie z bielizną. Ale nie mokre – mokre, tylko przemoczone, jakbyśmy kąpały się w ubrania w jeziorze. Ulicą i chodnikiem płyną potok, w którym brodziłyśmy po kostki. Starsze psy pozatykały uszy, ściśle składając je wzdłuż tułowia i dzielnie szły z nami, choć Wiarus potrzebował chwili by się odważyć ruszyć w to istne oberwanie chmury. Elza wpadła w panikę, żądając niesienia, ale nie było jak, trzeba było iść pod deszcz i wiatr, modląc się by nie pojawił się grad…

Pojawił się… na szczęście tylko jeden opad i to drobniutki, szybko zastąpiony deszczem.

Kilka minut, tyle padało. Kilka minut, które kosztowało nas wiele. O przemoczonych ubraniach i psach mówiła nie będę, o lekkim przeziębieniu również. Najgorzej, że w ulewie ucierpiała kamerka. Ucierpiała bardzo mocno, że najprawdopodobniej zakończyła swój żywot, na szczęście karta pamięci cudem ocalała.

sunp0016

Przemarznięte i przemoczone wróciłyśmy do domu marząc tylko o ciepłej kąpieli i czymś do jedzenia.

Ale to nie był koniec przygody, przynajmniej nie dla moich psów. Kiedy się ogrzałyśmy i najadłyśmy moje psy czekała kąpiel, bowiem były tak upierniczone, jakby były co najmniej bezpańskie i włóczyły się kilka miesięcy po wsiach. Poza tym, Elka trzęsła się z zimna, nie mogąc rozgrzać się po spacerze. Ciepła kąpiel, naleśniczek z koca i „tacierzyństwo miłości” czyli zapakowany w kocyk szczeniak na kolanach i Panna Elza od razu poczuła się lepiej. Donner natomiast nie wiedział, za co go tak pokarało, że musiał się kąpać, co dał głośno do zrozumienia udając, że warczy podczas kąpieli, by ostatecznie przy pierwszej nadarzającej się okazji czmychnąć ociekającym wodą z wanny. Po doprowadzeniu psów do ładu i względnej suchości nie pozostało już nic innego jak zapakować się do łóżka z gorącą herbatą. Psy bardzo chętnie postanowiły mi towarzyszyć i tak im się to spodobało, że trzecią noc już śpimy razem, na nowo, bo już chwilowo udało mi się spać bez kłaków, ale cóż siła wyższa… Ale co by nie mówić, nie ma nic lepszego niż dwa kudłate psy grzejące w nocy, pod warunkiem, że nie maja gazów i niestrawności….

I tak oto zakończyła się nasza wspaniała sobotnia przygoda. Nawet nie wiecie jak cieszę się z tego, że nigdzie nie pojechałyśmy! Nie wyobrażam sobie jak miałybyśmy wracać takie ociekające wodą 120km… z brudnymi, przemoczonymi psami… Musiałybyśmy chyba wracać w bieliźnie, porzucając w lesie przemoczone ubrania, by nie zatopić auta… a nasze psy mogły by w bagażniku z powodzeniem bawić się w Titanica, a raczej pewną scenę w zaparowanym aucie. Naprawdę nasze ubrania kiedy je zdjęłyśmy ciekły… jakby ktoś wyjął je wody nie zadając sobie trudu, by choć minimalnie je wykręcić…

Na szczęście byłyśmy blisko domu i wszystko skończyło się względnie dobrze, nie licząc kamerki. Ale nie ma tego złego. Teraz mam pretekst by M. kupił mi nową… lepszą! Ah niezapomniane wrażenia i przygotowanie do październikowego dogtrekkingu. Szkoda tylko, ze Elza jest jeszcze za mała, ale wierzę, że Donner&Wiarus Team pokażą na co ich stać w tych zawodach!

(Visited 463 times, 1 visits today)
  • PSIOLUBNI

    W tym wietrze to chyba musi coś być. Niko też często jest nieogarnięty życiowo, właśnie wtedy, gdy wieje mocno na północ. :p
    Szkoda kamerki, ale przynajmniej masz pretekst, aby kupić nową. Spacer z przygodami! 🙂

    • na wiatr zawsze można wszystko zrzucić 😀 Mam nadzieję, że uda nam się kupić kamerkę do dogtrekkingu ostatecznie do wyjazdu w góry, bo inaczej będzie bardzo smutno…