Strona główna Nasz punkt widzenia Jak jest? Jest dobrze – tfu!

Jak jest? Jest dobrze – tfu!

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Spróbuj choć raz wyolbrzymić szczęście, zamiast problemu.

Bardzo bałam się napisać ten tekst, żeby nie zapeszyć, żeby zbyt głośno się nie ucieszyć, aby los nie odebrał mi tego szczęścia. Ale z drugiej strony obiecałam sobie i Donnerowi żyć chwilą, żyć tu i teraz, a nie przyszłością. A teraz jest – dobrze!

A więc tfu, tfu! – spluwając przez lewe ramię i trzy razy pukając w niemalowane, mówię Wam, że jest dobrze!

Leczenie Donnera

Tuż po wynikach histopatologii śledziony musiałam podjąć decyzję na temat dalszego leczenia Donnera. I słuchajcie, tu nie chodzi o decyzję czy leczyć, czy nie leczyć, bo bezsprzecznie, jeśli się da pomóc zwierzęciu, a zwierzę nie cierpi to trzeba pomóc – zawsze, niezależnie od kosztów, bo skoro się wzięło zwierzaka pod swój dach, trzeba się liczyć z tym, że koszty mogą się pojawić i to często niemałe (zresztą zajrzyjcie sobie do Maybe Chart, ona ostatnio o tym pisze, a ja ja Wam powiem, że zeszłoroczna babeszjoza Dosia kosztowała nas kilkanaście tysięcy, tegoroczna choroba kolejne naście), więc zawsze warto zastanowić się, czy będzie nas stać na utrzymanie zwierzęcia – nie tylko, kiedy jest ok, ale przede wszystkim, wtedy kiedy zachoruje. Więc u nas nie było w ogóle mowy o tym, by o Donnera nie walczyć. Pytanie brzmiało natomiast:

Jak walczyć?

Walcz Donner, nie bądź mięczak! Bądź jak terrier!

Jak pisałam Wam w tekście tuż po badaniach wycinka, statystycznie pies z tym nowotworem przeżywa trzy do dziewięciu miesięcy przy podawaniu chemii. Ale wiadomo chemia ma swoje skutki uboczne (tak jak wszystko) i jednemu może pomóc innym zaszkodzić. I proszę nie odbierajcie tego w sposób, że neguję chemię, czy chcę kogoś do niej zniechęcić. Decyzja o tym, jak leczyć psa z nowotworem (czy właściwie kogokolwiek) jest bardzo indywidualna i osobista. Nie można negować żadnej z metod, bo każda jest lepsza niż nierobienie niczego.

Zapewne jak się już domyśliliście, po dogłębnym przeczytaniu najczarniejszych odmętów Internetu zdecydowałam się na leczenie Donnera alternatywne. Uznałam, że wolę spędzić z nim trzy miesiące w pełnym zdrowiu, szczęściu i radości niż kolejne sześć patrząc, jak się męczy i nie może cieszyć życiem.

Przyznam szczerze, że duży udział w tej decyzji miał też mój Kot Kłopot, którego musiałam w międzyczasie uśpić, bo pomimo leczenia nerki praktycznie już nie pracowały i kot się męczył. Przestał pić, jeść, a z prawie 9kg kocura w ciągu roku stał się 3kg szkielecikiem. Zdecydowałam się ulżyć mu w cierpieniu, niż pozwolić by żył jeszcze tydzień na lekach, kroplówkach i wielodniowych pobytach w szpitalu, tylko po to by był ze mną kilka dni (dosłownie) dłużej.

Przeczytałam na którejś grupie bardzo mądrą rzecz, że:

Lepiej uśpić zwierzę dzień za wcześnie, niż pozwolić mu cierpieć o dzień za długo.

Tak więc zdecydowałam, że będę wspierała maksymalnie organizm Donnera w walce z chorobą, by walczył sam tak długo, jak ma siłę. By cieszył się życiem, tak długo, jak ma siłę, jeśli się da będę go wspierała, później farmakologicznie, ale jeśli będzie musiał cierpieć lub się męczyć, by mrugać oczami tylko ku mojej próżności dla kilku wspólnych dni dłużej, to tego nie chcę.

Tak więc walczymy, leczymy i stosujemy:

  •  20% CBD i Doś co wieczór przyjmuje 3 krople;
  •  Premium NTS Immunactiv z VetFood;
  •  Zioła z Dog Natural: Anti-Cancer Dog i Anti-Inflammatory Dog;
  •  Zioła chińskie, specjalnie dobrane dla Dośka z których gotuję herbatki, które dolewam do posiłków;
  •  Zylexis z Zoetis;
  •  krople homeopatyczne.

Proszę nie piszcie mi, czy coś działa, czy nie działa, czy to ściema itp. Nikt nie musi wybierać tej drogi leczenia, którą ja wybrałam, ja też nikogo do niej nie zachęcam, ani nie neguję typowo medycznych rozwiązań – to jest sprawa indywidualna każdego, a ja tylko opowiadam Wam co u nas słychać i jak żyjemy, a niech każdy wybiera sam drogę walki o zwierzę.

Zmieniliśmy też dietę z suchej karmy na gotowane jedzenie i sporadycznie puszki, a ja zrobiłam mini doktorat z gotowanego BARFu, jego dawkowania, urozmaicania i suplementacji. Tak więc mój wieloletni entuzjazm wynikający z odkrycia suchej karmy i postanowienie, że już nigdy nie będę gotowała psom, bardzo szybko został zgaszony, a ja grzecznie załadowałam zamrażalnik mięsem i co drugi dzień gotuję rosołki, jak Pani Doktor przykazała. Doś jest zachwycony, a ja poważnie zastanawiam się, jak Budzik przeżył ponad dziesięć lat na gotowanych zupach, które zupełnie nie były zbilansowane i suplementowane. I wiecie, do jakiego wniosku doszłam? Że mimo wszystkich swoich chorób, przeżył tyle lat właśnie dzięki tym zupkom, a ja po raz kolejny wzięłam w życiu głęboki wdech i odrzuciłam BARFowy doktorat, wyciągając z niego to, co najlepsze i najistotniejsze, zderzając te rzeczy z rzeczywistością, moimi poglądami, kobiecą intuicją i obserwacją Dosia.

Badania – nie bagatelizujemy, kontrolujemy!

Nie tak dawno, bo nieco ponad tydzień temu zrobiliśmy Dośkowi badania, bo za chwilę będą dwa miesiące od operacji, a jak wiadomo rokowania bez podania chemii to około trzy miesiące.

Zrobiliśmy USG wszystkiego, dodatkowo RTG klatki piersiowej (płuc i serca). I wiecie co? NIE MA ZMIAN! NIE MA PRZERZUTÓW. Wszystko wygląda dobrze! Wprawdzie są lekkie zniekształcenia serca, ale hej! Donner z sercem ma problem od zawsze! Dlatego po świętach idziemy na jego dokładniejsze badania, ale na razie wychodzi na to, że chłopak od środka wygląda całkiem nieźle. Badania krwi to potwierdziły, a upewnił nas w tym ogólny stan Donnera, który jest chętny do zabawy, wycieczek i głupienia. Jest w super formie i kondycji, wiecznie (jak zawsze) głodny i zupełnie nie widać po nim by był chory.

Oczywiście, nie zamierzam spocząć na laurach i odpuścić. To, że teraz jest ok, nie znaczy, że zawsze tak będzie, więc za pół roku kontrolnie będziemy robić ponowny przegląd całościowy, a badania krwi pewnie przy okazji badań serca, bo wychodzę z założenia, że lepiej krew zbadać ciut za często niż zbyt rzadko.

Historia lubi się powtarzać.

Przeglądając dokumentację medyczną kotów i odkładając książeczkę już po śmierci Kłopota, do szuflady z pamiątkami po zwierzakach, natknęłam się na książeczkę Budzika. Z sentymentem otworzyłam pożółkłe, powyrywane kartki i wiecie co? Wmurowało mnie w krzesło, na którym siedziałam. Na wyblakłym tuszu ze starych drukarek odczytałam, że guz, który Budzik miał za młodu operowany na łapie, to był naczynio-mięsak. Rozumiecie? To, co Doś miał w śledzionie (może jakaś inna odmiana, może coś podobnego w łacińskich nazwach, bo opis był wyjątkowo szczątkowy, ale jakiś naczynio-mięsak). Kiedy Budzik zachorował miał dwa lata, a ja miałam jakieś czternaści lat. Bardzo emocjonalnie podchodziłam do nowotworu mojego psa, więc też na pewno rodzice nie mówili mi wszystkiego, jak jest, a nawet jeśli mówili, to pamiętam z tamtych czasów tylko urywki. A mniej więcej tylko, że źle nie jest, mimo że nowotwór jest złośliwy. Wytłumaczono mi to tak, że jego złośliwość polega na tym, że ten guz może się pojawiać w innych miejscach. Jako dziecko szybko sobie przekalkulowałam, że zapewne chodzi o zewnętrzne części psa, więc się wytnie tak jak na łapie i będzie ok. Do głowy mi nie przyszło, że on może również rosnąć na narządach wewnętrznych, ale w sumie dobrze się stało, że sobie to wytłumaczyłam w dość optymistycznej wersji, bo przeżyliśmy wspólnie 10 lat, zupełnie nie myśląc o tym nowotworze, który ostatecznie dał znać o sobie w dziesiątym roku życia Budzika, odrastając na sercu. Nikt nam wtedy nie doradzał chemii, nikt nie myślał o jakimś leczeniu – po prostu Budzik miał żyć. I żył.

Dlatego też decydując się na leczenie Dośka postanowiłam przede wszystkim nie obciążać dodatkowo organizmu, bo w sumie, jeśli będzie bardzo źle, mimo chemii, mimo wszystkich przedsięwziętych środków może się okazać, że Donner szybko odejdzie. A może jakimś zbiegiem przypadków tak jak Budzik praktycznie bez leczenia zapomni na długo o nowotworze.

A co z resztą chorób?

Skoro więc Donner postanowił nie umierać w trybie natychmiastowym, nie mogłam pozwolić by pozostałe dolegliwości uprzykrzyły mu życie. Tak więc nie zapomnieliśmy o spondylozie, którą w dalszym stopniu suplementujemy Flexadinem, rotacyjnie dorzucając, a to dwa tygodnie terapii czarcim pazurem, a to różą, a to innymi substancjami. Ma dużo ruchu, różnego ruchu – od długich spacerów, po bieganie z Pullerem i dogfitnessy. Liczę, że już niedługo wrócimy do treningów w rzece i pływania. Ja staram się robić dalej nieudolne masaże Dośkowi, przed którymi ucieka, bo uważa, że to za dużo miłości i bliskości, a także ganiam za psem z legowiskiem magnetycznym lub ortopedycznym, by nie leżał na twardym.

Dodatkowo wykorzystując remont i wielkie wymiany mebli, przekształciłam materace z sof i kanap na nadworne legowiska, także nasz uroczy dom z każdej strony obłożony jest materacami dla psów.

Ale naszym największym odkryciem ostatnich tygodni jest akupunktura. Niepozorny bezbolesny zabieg, który momentalnie rozluźnia pospinane mięśnie, a Doś bryka po nim jak konik w zawodach z ujeżdżania podnosząc widowiskowo łapy, jakby chciał zademonstrować, jak dobrze się czuje.

Po operacji bardzo szybko wróciliśmy do aktywności i już teraz bez problemu pokonujemy kilkunastokilometrowe szlaki, a Donner wcale nie odstaje tempem i kondycją od Eli. A wszystkie te moje zabiegi od ponad pół roku skutecznie wpływają na jego chód i kondycję i nie widać by mu się pogarszało, a wręcz przeciwnie, naprawdę od zeszłego roku (właściwie półtora) jest lepiej.

No cóż. To chyba wszystko, co u nas słychać. Znaczy u Dosia.

Mały akapit o dziewczynach.

Elza i Tuśka mają się świetnie (przy okazji badań Dośka, Ela też załapała się na USG). Są niedobre względem siebie i ostatnio coraz częściej (znowu) się kłócą, co zapewne jest spowodowane hormonami u jednej i drugiej, ale jak nikt nie patrzy, to są jak papużki nierozłączki, które nie umieją żyć bez siebie.

Jako że w ostatnim roku zdecydowanie miałam za mało psich szkoleń i treningów, zdecydowałam się w tym roku zrobić z Elką kurs zerówki w obi. <ironiczny ton> Tak ja, tak ja i mój pies – w posłuszeństwie sportowym. <koniec> Będzie dużo śmiechu i nieogarnięcia, ale kurczę, kiedy jak nie teraz! Doś na szkoleniowej emeryturze, Tunga ogarnia życie i siebie na ile ogarnia, ale większych planów i oczekiwań względem niej nie mamy, a Elka niech się w końcu dokształci, bo oficjalnie na żadnym szkoleniu nie była.

Będę obi-dogiem!

Ogółem: 367, dzisiaj: 1
4 komentarze
1

You may also like

4 komentarze

Justyna 29 marca 2021 - 08:48

Oby tak dalej nadal mocno trzymamy za Was kciuki

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 29 marca 2021 - 11:34

Dziękuję! <3

opublikuj
Wiki 6 kwietnia 2021 - 13:42

Ale wesoła zgraja. Mój labrador z pewnością dobrze by się dogadał i pobiegał, aż do utraty tchu. Jest bardzo towarzyski.

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 6 kwietnia 2021 - 17:57

Oj, wesoła, wesoła. 😉 Myślę, że i moje chętnie pohasałyby z nowym kumpem. 😉

opublikuj

Zostaw komentarz