Strona główna Zdrowie i choroby Guz na śledzionie u owczarka niemieckiego

Guz na śledzionie u owczarka niemieckiego

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Chorób “typowych” dla owczarka niemieckiego myślę, że każdy opiekun tej rasy, wymienił by z pamięci co najmniej ze trzy bez dłuższego zastanowienia: dysplazja, skręt żołądka, niewydolność trzustki i problemy trawienne, łuszczka. Nas tym razem dotknęła przypadłość również zaliczana dla typowych u owczarków, a mianowicie guz śledziony. Jak to się stało, jak się objawiał guz na śledzionie u owczarka niemieckiego, jak przebiegała diagnoza i leczenie, oraz jak to się skończyło – przeczytacie w kolejnych akapitach.

Minął kolejny tydzień odkąd życie Donnera znów zawisło na włosku. Już myślałam, że nic nie ma prawa się wydarzyć, bo przecież ten pies jest chyba jednym z najlepiej przebadanych psów na świecie, a jednak… w poniedziałek podczas wizyty „z drobnostką” usłyszałam, że pies musi być operowany w trybie pilnym, żeby ratować mu życie…. Ale po kolei.

Guz śledziony u psa długo nie daje żadnych objawów!

W czwartek dwa tygodnie przed dniem wizyty, dziewczyny dostały do ogryzienia mięsne chrząstki. Trochę do zjedzenia mięsa, trochę do pomemłania i zabawy. Donner po ostatniej akcji z surowym mięsem, które było początkiem diagnoz i leczenia go na babeszjozę, która nie chciała się poddać, dając wszelkie możliwe objawy, ale nie babeszji, miał absolutny zakaz surowizny. Jak się nie trudno domyśleć, skoro o tym wspominam, Donner dorwał się do przekąsek suczek i je pochłonął. No cóż, postanowiliśmy obserwować. Niestety w nocy Dosiek zaczął nam wybuchać wymiotując mięsem, nie obeszło się również od zafajdania całego domu biegunką.

Czytaj więcej o naszych doświadczeniach z babeszjozą:

Wiadome, mięso mu nie służy, ale dobrze że się go pozbył z organizmu. Na drugi dzień dostał Nospę, węgiel i głodówkę. W piątek miałam jechać do weterynarza, ale znacznie mu się poprawiło więc wyszłam z założenia, że będzie ok. Przez kolejne dni, to jest sobotę i niedzielę, Donner nie czuł się źle poza tym, że miał wzdęty i lekko obolały brzuch. Dołożyłam mu Espumisan i obserwowałam. Raz było lepiej, raz gorzej, ale nie można powiedzieć, że z psem coś się działo. No miał problem z kładzeniem się i niechętnie chodził, ale to już obserwowałam od miesiąca i zrzuciłam na pogodę i posuwającą się spondylozę, no bo co innego?

Czytaj więcej o spondylozie:

W poniedziałek pojechałam jednak do weterynarza, bo nie podobało mi się to, jak jest wzdęty i obawiałam się, czy kawałek mięsa nie leży mu gdzieś na żołądku. Poprosiłam standardowo o morfologię i biochemię (może się czymś zatruł?) i o USG. Dodatkowo zrobiliśmy prześwietlenie brzucha upewniając się, czy jakaś cześć tych chrząstek nie utknęła w brzuchu. Nie spodziewałam się niczego strasznego, bo przecież ten pies jeszcze w czwartek rano zasuwał jak mały samochodzik za piłką, a kilka dni temu bawił się w psi kulig i jest okazem zdrowia!

Czytaj więcej o zatruciach psów:

Spacer przed operacją

Operacja ratująca życie

A wtedy przyszły wyniki krwi. Tragiczne wyniki krwi to mało powiedziane. Masakryczne… to bardzo delikatne określenie… Po prostu tragedia… gdzieś w pomysłach diagnozy pojawiła się babeszjoza, a mnie się nogi ugięły, bo jak… Na tabletce? Przy -20oC?! Ale przyszła pora na USG i wszystko się wyjaśniło… krew w brzuchu… brzuch pełen krwi… wzdęcie i obrzmienie brzucha nie wynikało z gazów, a z krwi, która wypływała z najprawdopodobniej pękniętego na śledzionie guza.

Diagnoza: pies do natychmiastowej operacji… rokowania złe. Najprawdopodobniej krwawią pęknięte na śledzionie guzy.

Jest wieczór, cały Lublin sparaliżowany od śniegu, nasz Pan Radiolog i Anestezjolog na urlopie, a ja się czuję w jak najgorszym koszmarze. Wtem gdzieś w tunelu mroku, który zaczyna mnie pochłaniać przytłaczając najczarniejszymi wizjami zapala się światełko. Przyjadą z urlopu! Nasi lekarze przyjadą i jutro rano będą operować Dośka!

Pędzę tym swoim tunelem ciemności w stronę światła niczym pendolino łapiąc się tej myśli, że ONI go uratują! Czuję się niemal jak pies, który otrząsa się po wyjściu z wody. Działamy!

Z Panią Doktor „od królików” – ale to nie znaczy, że na pieskach się nie zna! Nadałam jej taki pieszczotliwy przydomek dla męża, któremu nie szło wytłumaczyć, kto nas prowadzi, w tej nierównej walce z niesprawiedliwością wszechświata, a na stronie kliniki miała zdjęcie z króliczkiem. A że u nas nasi weterynarze mają domowe przydomki, Pani-Doktor-Od-Królików, dołączyła do grona Pani-Doktor-Co-Też-Ma-Owczrka, Doktora-Młodego, Pani-Doktor-Z-Miłym-Głosem i Doktora-Muchy (jedynego bez przydomku) i kilku innych.
Więc pakujemy Dosia do klatki. Pies dostaje kroplówki, a ja ściągam dziewczyny, żeby oddały krew do transfuzji.

Oddaj krew – uratuj życie

I dygresja o oddawaniu krwi: jeśli macie zdrowe psy naprawdę niech one oddają krew – jeśli mogą. Krwi u zwierząt, tak jak u ludzi brakuje. Nie da się jej długo magazynować, nie zawsze da się jej na szybko ściągnąć (i jest bardzo droga), a oddając krew możecie realnie uratować życie innego zwierzaka. I może to okrutne, ale ratujecie w ten sposób bardziej realnie psie życie niż wpłacając na niejedną niezweryfikowaną zbiórkę.

W myślach dziękuję, że moje dziewczyny są zdrowe i silne i że są. Pewnikiem ma być Tunia, wprawdzie nie oddawała jeszcze krwi, ale jest większa od Eli, więc może więcej oddać. Ale… Tunia się tak zestresowała, że nie idzie ściągnąć z niej krwi. Więc do akcji wkracza Elka. Jak ją tylko zobaczyłam wiedziała, że nie mogło być innego wyboru czasem w tych jej oczach widać wszystko – pełne zrozumienie, determinację i niesamowitą mądrość – niemal jak na najtrudniejszych etapach HDR’u, kiedy patrzy tak na mnie, jakby mówiła: “Matka nie poddawaj się damy radę!” Położona na stole wywaliła te swoje wielkie, terierze żyły na wierzch, niemal mówiąc „Bierzcie i ratujcie mi brata”. Oddała krew. Mimo że oddała trochę więcej krwi niż zwykle, nie było widać po niej absolutnie nic niepokojącego. Wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że jest z siebie cholernie zadowolona, tak jak tylko terier potrafi być z siebie dumny, kiedy zrobi coś nie do końca legalnego.

Czytaj więcej o tym, jak moje psy zostały dawcami krwi:

Zostawiłam na noc Dosia w szpitalu i wróciłam do domu, czekając na drugi dzień na wieści po operacji.

Co przeżywałam czekając cały wtorek na informację z kliniki, to możecie sobie tylko wyobrazić. Histeria przerywana czarnymi myślami, ścisk w żołądku, ból głowy niemal jak przy kacu… Miałam ochotę leżeć pod kocem i wyć na całe gardło. Ale miałam dziewczyny, które chyba żeby mnie pocieszyć postanowiły być bardzo atencyjne.

W końcu zadzwonił wyczekany telefon. Operacja się udała, choć jak zwykle dało o sobie znać serce, o którym nie raz Wam wspominałam mówiąc, ze usypianie do zabiegów Donnera jest możliwe praktycznie tylko w sytuacji zagrożenia życia. Doś się wybudził, za dwie godziny skończy kroplówkę i mogę przyjechać go wyprowadzić. No właśnie, bo Wam nie napisałam. Doś nie czuł się na tyle źle przed operacją, by oddać się w ręce techników, nawet wydawać by się mogło jego Przyjaciela-od-Babeszjozy (tak to kolejny przydomek). Był tak niedobry, że nie można było nic z nim zrobić. Na szczęście po operacji trochę się zmieniło i przynajmniej dwa kolejne dni był obsługiwalny na szpitalu bez mojej pomocy.

Czytaj więcej o problemach z sercem:

Kiedy do niego przyjechałam, wierzcie mi nie było widać po nim tego, że kilka godzin temu miał operację i usunięto mu śledzionę. Jak się okazało, miała sporo guzów i trzeba było wyciąć ją całości. Z powodu słabych wyników krwi, krew została w brzuchu do wchłonięcia się, a śledziona pojechała na histopatologię.

Za to Doś w najlepszym humorze kazał się wyprowadzić na spacer i wierzcie mi, nie tuptał, jak ktoś, kto walczy o życie, tylko wyciągnął mnie z kliniki i zażyczył sobie szybkiego marszu. Ja cała spanikowana po siku i kupie odstawiłam go do kliniki, bojąc się, że coś sobie zrobi.

Kilka godzin po operacji

Wychodzimy na prostą

Przez kolejne dni brał leki, kroplówki, ja przyjeżdżałam na spacery, a Doś wracał sobie do zdrowia, choć w jego skali choroby „nic mu nie było” przynajmniej tak się zachowywał. Kolejne dni przyjeżdżaliśmy do lecznicy, a Doś był nie do okiełznania, bo przecież jest zdrowy i musi natychmiast coś robić, a unieruchomienie psa w domu z ograniczonym spacerem dosłownie fizjologicznym do kilkudziesięciu metrów, było dla niego gorsze niż całe to zamieszanie z jego Bogu Ducha winną śledzioną, którą mu zabrali.

Więc ja stawałam na głowie, by urozmaicić mu życie. Jedzenie w Kongach, kulach węchowych, LickiMatach. I wszystko było okej, tylko po wyjściu z kliniki z dnia na dzień narastał problem z oddawaniem moczu. Po ostatnim szpitalu było to samo… ma niestety piasek w pęcherzu i jak się nie rusza, to potem ma problem. No ale pomimo upływu dni problem nie znikał, a wręcz narastał. W poniedziałek (czyli tydzień po pierwszej wizycie w sprawie naszej śledziony) zrobiliśmy kontrolne badania krwi, które wyszły niemal idealnie! W tydzień była taka poprawa, że nie uwierzycie! Śmieję się, że terrierza krew, niczym smocza krew go uleczyła, ale na pewno miały też w tym swój udział Wasze dobre myśli i słowa.

Także krew wyszła super, ja profilaktycznie przywiozłam ze sobą mocz do badania, w którym nie wyszło nic niepokojącego, poza lekko podniesioną bilirubiną – efektem pozostawionej w brzuchu krwi. Dostał Nospę, a my przeszliśmy z antybiotyków w zastrzykach na tabletkowe.

Jak coś się wali to zawsze na raz…

Skoro pies tak pięknie wracał do zdrowia, a ja mogłam przestać pojawiać się codziennie w klinice (wizytę kontrolną mieliśmy za trzy dni), kolejnego dnia zawiozłam do weterynarzy Kłopota, tak jakoś wyszłam z założenia, że dzień bez wizyty w klinice należy uznać za stracony. Kłopot miał już być na wizycie tydzień wcześniej, ale Donner wbił mu się w kolejkę. Z kotem stanęło na tym, że musimy usunąć najprawdopodobniej ząb, bo jest zepsuty, no i od ostatniej wizyty pogorszyły się wyniki nerek. Operacja w kolejny poniedziałek. Wróciłam trochę podłamana do domu, że znowu coś… Ważne, że z Donnerem lepiej, ale radość z super powrotu do zdrowia i rewelacyjnych wyników nie trwała długo. Dałam Dosiowi leki, kolację i nie minęło 40min, jak Donner wszystko zwymiotował.

No więc piszę do Doktora-Muchy z tą jakże wspaniałą wieczorną informacją; swoją drogą to cud, że mnie jeszcze nie poblokowali, bo tylko tak nawiedzony człowiek jak ja potrafi o 22 nękać ludzi, bo coś z psem jest nie tak… Dostaję wytyczne: jeśli rano się powtórzy mam stawić się w klinice.

A na dobicie tego dnia podczas wieczornego miziania Eli zobaczyłam, że złamała gdzieś przed-kła. Dzięki Bogu, że nie było bolesności i nie widać nerwów, ale powiedzie szczerze… ile złych informacji w ciągu jednego dnia jest w stanie znieść człowiek… a przede mną była jeszcze noc… noc wyrabiania normy w dziennej ilości kroków…

Już o trzeciej w nocy decyduję się, że poranek w towarzystwie weterynarzy to jest idealny plan na rozpoczęcie dnia. Ja nie wiem w ogóle, dlaczego do tej pory nie wstawili tam kawiarki i automatu z croissantami, przecież ja bym im w ostatnim czasie dotrzymywała codziennie towarzystwa w porannej kawie, z własnej niemal nieprzymuszonej stanem zwierząt woli.

Czytaj więcej o problemach Donnera z sikaniem:

W nocy wstawałam z Dosiem co dwie godziny na siku. Na szczęście wymiotów nie było, ale ten jego problem z sikaniem stał się nie do zniesienia ani dla niego, ani dla mnie. Rano dałam mu śniadanie znowu z antybiotykiem i nie minęło 20min, jak wszystko było zwrócone. Cóż… ewidentnie Donner nie lubi tego antybiotyku. Także skoro świt, tuż po minięciu magicznej godziny „dyżur nocny” dzielna Amelka wraz ze swoim małym Porshe w najbardziej wyposażonej, limitowanej wersji zameldowała się w poczekalni. Porshe nie wyglądał na chorego, głośno oznajmiając to wszystkim swoim szczekaniem, które w jego mniemaniu ma być groźnie, ale brzmiało to bardziej jak wyhaukiwanie wulgaryzmów pod adresem wszystkich naokoło niż realne groźby.

Doktora jeszcze nie ma, ale naszym oczom ukazuje się Pani Doktor-Od-Królików, która przez ostatni tydzień wpisała się na listę naszych „lekarzy rodzinny” z adnotacją – tak proszę śmiało zapisać mnie na wizytę do tej Pani, a z którą wcześniej jakoś nigdy się nie spotkaliśmy. I to znowu nie tak, że inni lekarze są na nie, absolutnie, bo właściwie każdemu lekarzowi z Kliniki Szmaragdowa powierzyłabym moje zwierzaki z czystym sercem pod opiekę, ale jak ktoś Ci ściąga psa za ogon z Tęczowego Mostu, który tak nagle zaczął go interesować i oddaje Ci go całego i zdrowego grożąc mu jeszcze palcem, że ma się nie zbliżać w tamte rejony, a on najwyraźniej postanawia posłuchać tej rady, no to nie da się nie zapałać do takiej osoby szczególną sympatią.

No więc dalej działamy. Zaczynamy od USG pęcherza i cewnikowania, a z Dosia lekarze ściągają prawie litr moczu. No brawo piesku… zbierałeś to chyba od dnia operacji. W międzyczasie Doktor zleca badanie mocznika i kreatyniny (wychodzą wzorcowo, choć przez chwilę zaczynam panikować czy nie będzie to co z kotem). Donner zostaje na dwie godziny na kroplówki. Dostaje zastrzyki, a ja zapisuję się do końca tygodnia i do czasu zdjęcia szwów na codzienne wizyty. Raz ze względu na to, żeby podano mu zastrzyki, bo antybiotyk do pyska jest fuj, a ja zastrzyku przecież nie zrobię. Dwa, żeby mi ktoś obmacał psa, osłuchał, obejrzał i powiedział „jest ok”. Żebym już nie musiała go ciągle obserwować, zastanawiać się, czy coś się dzieje, czy nie. Żeby zacząć normalnie spać, a nie budzić się na każde psie wierzgnięcie nogami przez sen czy westchnienie, z najczarniejszymi myślami. By nie palić w nocy światła, by spojrzeć czy Donner oddycha… . Wiecie to był wyjątkowo ciężki tydzień.

Doś po lekach poczuł się dobrze. Na kolację zjadł puszkę, nie było wymiotów. Sik też się pobawił, już nie leciał po kropelce, tylko ładnym strumieniem, jeszcze ciśnienie było słabsze, niemal takie jak u nas w Lesznowoli w kranie w lecie, ale sik leciał.

Czekamy na wyniki histopatologii śledziony i wierzymy, że będzie dobrze

I znowu z dnia na dzień wszystko się poprawiało, a my czekaliśmy do kolejnego poniedziałku, by równo dwa tygodnie od diagnozy zdjąć szwy i zacząć się cieszyć życiem i kolejnym ocaleniem Dosia. Zostało nam tylko czekać na wyniki z histopatologii, ale niezależnie od nich postanowiliśmy, że Doś do końca życia będzie radosnym i szczęśliwym pieskiem niezależnie od rokowań i czasu, który nam został.

Na zakończenie podsumowanie objawów (chronologiczne), które świadczyły o tym, że coś się dzieje (od dłuższego czasu), a my to zbagatelizowaliśmy zrzucając na choroby współistniejące:

  • niechęć do ruchu, problem z bieganiem (charakterystycznie kicanie tylnymi nogami na raz) – mniej więcej od końca listopada – zrzuciliśmy na postępującą spondylozę;
  • inochodowanie – naszym psom często zdarza się inochodować, ale od kilku tygodni obserwowałam u Dosia tylko ten chód w formie „przelewania się”, a zapewne dobierał go ze względu na ból brzucha, o którym nie wiedziałam, a co oczywiście zrzuciłam na problem z kręgosłupem;
  • problemy z siadaniem i podnoszeniem się wynikające z bólu brzucha, który zakwalifikowałam jako ból nóg i kręgosłupa – ze względu na spondylozę;
  • widoczne „utycie” – zrzucone na pobyt od półtora miesiąca w Lublinie i dokarmianie przez rodzinę, w rzeczywistości zbieranie się krwi w brzuchu;
  • matowe, pozbawione koloru oczy – zrzucone na łuszczkę z powodu przebywania więcej na działce w ciągu dnia i chwilowy brak dostępu do kropli (nawet byliśmy w tej sprawie umówieni do profesora Balickiego na kontrolę oczu w dniu operacji);
  • wymioty i biegunka – powiązane ze zjedzeniem mięsa i chrząstek;
  • niechęć do jedzenia – powiązane ze zjedzeniem mięsa i chrząstek;
  • ból brzucha i osowiałość – powiązane ze zjedzeniem mięsa i chrząstek.

Po usunięciu śledziony niemal z dnia na dzień u psa poprawiło się:

  • zniknęła osowiałość, ociąganie się i niechęć do ruchu;
  • pies przestał inochodować – wiecie jak się ucieszyłam, kiedy zaczął naprzemiennie stawiać łapy!
  • pies nie był „spuchnięty”;
  • zaczął chętnie jeść;
  • w oczy wróciły kolory i blask.
Pozostałe teksty, które mogą Cię zainteresować:

 

Ogółem: 1 395, dzisiaj: 1
10 komentarzy
0

You may also like

10 komentarzy

Adrianna 8 lutego 2021 - 20:22

U nas podobna sytuacja miała miejsce w listopadzie zeszłego roku. Wieczorem pies zachowywał się tak, jak zawsze – a następnego dnia wcześnie rano obudziło mnie głośne dyszenie. Brzuch ogromny, słychać, że coś się tam przelewa, brak siły by chociażby stać. Szybka jazda do weta no i koszmar: guz o średnicy prawie 10 centymetrów, krew się leje. Rokowania praktycznie żadne. No ale postawiłam jednak na zabieg. Nerwy, strach, 2.5 litra krwi stracone na stole… Ale po 7 godzinach pies był w domu, żywy. Do tego obyło się bez transfuzji, szpik błyskawicznie zareagował. Cud, w opinii wszystkich zaangażowanych.
Niestety u nas po otrzymaniu wyników wyszedł nowotwór złośliwy z przerzutami. Ale dajemy radę, i każdego dnia cieszymy się, że to “jeszcze nie teraz”, choć wiadomo, że do tego dnia już bliżej niż dalej.

Zdrowia dla D.!

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 8 lutego 2021 - 20:50

Dzięki! Życzenia zdrowia zawsze się przydadzą! Póki nie ma wyników staram się być optymistką i wierzyć, że to nie to. Ale nie zależnie od wszystkiego, będzie szczęśliwym psem. 😉

opublikuj
Magdalena 9 lutego 2021 - 18:52

Dużo zdrowia dla piesków co do kleszczy to ostatnio ze swojej psiny wyciągałam jednego. Środek zimy, mrozy i sypie śniegiem, a ta skądś przywoła zarazę. Muszę w obroże foresto zainwestować, chciałam na wiosnę dopiero założyć, ale chyba jak tylko śnieg się stopi, to warto jej założyć. Choć problem u nnke jest taki, że mój pies ma 4 miesiące i cały czas rośnie, a obroże kupuje się na wagę psa.

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 10 lutego 2021 - 06:46

Ja nauczona już chorobami, zabezpieczam cały rok psy. Ja tak przez pierwsze pół roku – 8miesiecy stosowałam krople i dodatkowo obroże z olejkami dla szczeniąt. 😉

opublikuj
Weronika 15 lutego 2021 - 13:05

Trzeba regularnie badać oraz sprawdzać stan swojego zwierzęcia.

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 15 lutego 2021 - 14:34

Akurat moje psy są profilaktycznie badane bardzo często pod różnymi kątami (kilka razy w roku morfologia+biochemia), wizyty kontrolne nanogledziny 2-3razy w roku, USG, RTG, EKG rotacyjnie co rok-dwa lata + inne badania jak tylko coś mnie niepokoi (tarczyca, testy odkleszczowe, mocz, kał). Tak jak pisałam, moje psy są wyjątkowo dobrze przebadane, no ale nie wszystko da się wyłapać na czas.

opublikuj
Jadwiga Mrówska 16 lutego 2021 - 12:29

Bardzo wartościowa treść wpisy, cieszę się, że trafiłam na niego. Mam owczarka niemieckiego i kocham, go ponad wszystko, pozdrawiam cieplutko 🙂

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 16 lutego 2021 - 15:58

Dziękuję! Również pozdrawiamy!

opublikuj
Bartosz Kownacki 16 lutego 2021 - 12:42

Jeju dzielny biedulek… mimo wszystko jaki szczęśliwy na zdjęciach <3

opublikuj
Amelia Bartoń - zamerdani.pl 16 lutego 2021 - 15:58

Bo on nie czuł się na chorego

opublikuj

Zostaw komentarz