Strona główna Wakacje z psemNa górskim szlaku Czerwcowy długi weekend gdzieś w Beskidach

Czerwcowy długi weekend gdzieś w Beskidach

autor Amelia Bartoń - zamerdani.pl

Po roku bez gór powracamy na czerwcowy weekend w moje ukochane Beskidy, jednak nieco bardziej na zachód niż zwykle zdarzało nam się jeździć. Dotychczas włóczyliśmy się po Beskidzie Niskim w okolicach Dukli i Iwonicza, tym razem odwiedzamy naszych przyjaciół niedaleko Nowego Sącza, włócząc się na pograniczu Beskidu Sądeckiego, Beskidu Niskiego i Pogórza Ciężkowickiego. [ Beskidy 1 ; Beskidy 2 ; Beskidy 3]

To był nasz pierwszy wypad w góry z samą Elą, właściwie nie licząc jednego wyjazdu na żagle, były to pierwsze wakacje bez Dosia. Dla nas zupełnie inne, bo mimo że kochaliśmy tego Nicponia, dopiero w tym roku poczuliśmy, jak wiele kosztowało nas podróżowanie z nim. Nieustanna czujność, czy ktoś za blisko nie podchodzi, niemal bezwiedne skracanie smyczy za każdym razem, kiedy w knajpie przychodzi kelner, unikanie rozmów z obcymi, żeby tylko Donner się nie zdenerwował. Podporządkowywanie wyjazdu jemu, jego humorom i otoczeniu, które mogłoby ewentualnie zepsuć jego humor. Wyjazd z samą Elzą był zupełnie inny, po pierwsze: pierwszy raz pies był z nami, a my nie odczuwaliśmy jego obecności. Chodziła z nami wszędzie, ale miała na wszystko wywalone, nie potrzebowała atencji, zajmowania się – tylko była z nami.

Pani kelnerka zbiera zamówienie, Ela leży sobie pod stołem nawet nie podnosząc głowy, pomimo dłuższej wymiany zdań. Poranek – nie ma umierającego z głodu Donnera, który od 4 rano dopomina się śniadania i wycieczki tupiąc po pokoju, bo jest na wakacjach i trzeba wstawać wakacjować go.

Swoją drogą wiecie, że raz prawie zapomniałam Elzę nakarmić, bo zaraz miałam to zrobić, a że nie umierała teatralnie z głodu, to ciągle to odkładałam na „za chwilę” i niemal zapomniałam dać jej śniadanie! Nie wspomnę już o tym, że w końcu zaczęliśmy, po bezpiecznych terenach, spacerować z psem bez smyczy, ale tak spacerować – spacerować, nie monitorować otoczenie, czy już trzeba zacząć psa odwoływać. Ostatecznie, Elza jak pełnoprawny członek rodziny jeździła z nami wszędzie i nie było dylematu – może pies zostanie, bo będziemy jechać w samochodzie z obcą osobą (albo będzie dużo ludzi), to nie ma sensu go ciągnąć, żeby się nie zdenerwował.

I oczywiście nie mogę narzekać na wakacje z Donnerem, bo pomimo jego ograniczeń naprawdę zwiedziliśmy kawał Polski, ale dopiero teraz czuję, jak bardzo obciążające dla nas były to wakacje, ile kosztowały nas wyrzeczeń i jaki luz i niemal beztroskę mogliśmy mieć przy samej Eli. No ale dobra, koniec tego psiarskiego bełkotu, bo zapewne interesują Was szlaki i atrakcje!

Sądecki Bartnik

To zdecydowanie główna atrakcja naszego wypadu. Tu mieszkaliśmy, w uroczej agroturystyce, korzystając z dobrodziejstw pszczelego świata. W agroturystyce bowiem znajduje się wielkie muzeum pszczelarstwa, w którym zebrane są ule niemal z całego świata i można się dowiedzieć, nie tylko o tym, jak produkuje się miód, ale również o zwyczajach pszczół, ich hodowli czy rodzajach miodów. W karczmie dostaniemy sezonowe potrawy (jak zupa pokrzywowa, czy pierogi razowe z serem kozim i szpinakiem lub cząbrem) nie wspominając o miodzie pitnym, piwie miodowym, czy genialnym Bzyku. Sam teren agroturystyki, muzeum i karczmy graniczy ze sporym parkiem, gdzie wychodziliśmy na spacery (po ścieżce dydaktycznej opowiadającej oczywiście o miodach i pszczołach) oraz po drugiej stronie z zakładem przetwórczym, gdzie produkują miody, które potem możemy kupić w sklepach niemal w całej Polsce.

Niewątpliwą atrakcją Sądeckiego Bartnika jest mini zoo dla najmłodszych (i Eli), gdzie można pogłaskać zwierzęta gospodarskie między innymi kucyki, osiołki czy kozy. Dla starszych (i nie psów) największą atrakcją niewątpliwe będzie api-terapia. Na terenie ośrodka znajdują się domki wybudowane bezpośrednio na ulach (pokazywałam je Wam w relacji na Instagramie). A właściwie ule wbudowane są w nie, stanowiąc łóżka na których leżą materace. Pszczoły pracując zapewniają w domku ciepło, obłędny miodowo-pyłkowy zapach, a swoimi skrzydełkami wprawiają w drżenie cały domek, przez co śpiąc tam mamy wrażenie, że za oknem non stop pada.

Muzeum pszczelarstwa

Także wybierając się w te okolice na pewno jeden dzień spokojnie możecie poświęcić na atrakcje miejsca w którym spaliśmy, no ale my pojechaliśmy połazić po górach!

Jaworzyna Krynicka

Pierwszego dnia pojechaliśmy dość daleko, bo aż do Krynicy, by wyjść na Jaworzynę Krynicką.

Pierwszego dnia pojechaliśmy dość daleko, bo aż do Krynicy, by wyjść na Jaworzynę Krynicką. Zaparkowaliśmy na parkingu przy ulicy Zielonej skąd zaczynał się zielony szlak Wincentego Pola, który prowadzi nas na nieco ponad 800m górkę przez Przełęcz Krzyżową, następnie sprowadza do ulicy Czarny Potok do stóp Jaworzyny, na którą można było wyjechać gondolką. I choć w planach mieliśmy wejście na górę (jak na mapie), to kiedy okazało się, że do gondolki można wziąć psa, to musiałam zorganizować Eli taką przygodę.

Na Jaworzynie

A więc po zakupieniu biletów, gdzie dopłata za psa wynosi 5zł, nie bez Elzowego sceptycyzmu zapakowałyśmy się do gondolki. Nie, żeby była to atrakcja życia, ale zawsze nowe doświadczenie dla psa, o które postanowiłam poszerzyć życiorys Elzy. Na szczycie poszliśmy jeszcze na piwo, by wrócić na około, czerwono-zielono-niebieskim szlakiem (a następnie odbić na zielony) zejść do stacji, z której wyruszyłyśmy. Z atrakcji po drodze minęłyśmy schronisko PTTK na Jaworzynie i Diabelski Kamień. Według mapy nieopodal szlaku miała być jeszcze Jaskinia Zbójnicka, ale pomimo dość dobrej nawigacji nie znalazłam we wskazanym miejscu nic poza kilkoma głazami i ludzką kupą oznaczoną z połową rolki papieru toaletowego, a to psom zabrania się wchodzenia na część szlaków, bo robią kupy…

Szlakiem wilczej kupy

Po zejściu na dół z powrotem udaliśmy się szlakiem zielonym na parking skąd wyruszyliśmy.

Beskidzkie Morskie Oko

Na drugi dzień zaplanowaliśmy wycieczkę nad Beskidzkie Morskie Oko trasą przez Górę Zieloną i Górę Maślaną. Podjechaliśmy samochodem do Wyskitnej, gdzie rozpoczynał się szlak zielony – ten sam szlak, który prowadził na Jaworzynę. Na trasie odbiliśmy z niego zaliczając źródełko Świętego Jana. Samą wyprawę powinnam nazwać ‘śladem wilczej kupy’, bo takiej ilości wilczych kup jak tam nie spotkałam nigdy – przez całe swoje życie. Elza była nieco zdygana, ale pokazała mi każdą napotkaną kupę, nie wspominając o wilczej sierści w krzakach, którą z paskudnie złośliwym uśmiechem, jaki tylko zadowolony ze zrobienia nielegalnej rzeczy terier potrafi przyjąć, zasikała.

Beskidzkie Morskie Oko

I tu dygresja – pamiętajcie – psy w lesie na smyczy. Psy na szlaku na smyczy. Psy w miejscach, gdzie są wilki zawsze na smyczy!

Tak więc taką uroczą ścieżką weszliśmy najpierw na Górę Zieloną, potem na Maślaną, by zejść z jej drugiej strony kierując się na Szymbark i do Beskidzkiego Morskiego Oka. Tam robimy chwilę przerwy, mocząc nogi w potoku i wracamy trasą rowerową na Górę Maślaną, by zejść szlakiem zielonym do samochodu.

Po powrocie do domu i chwili odpoczynku wieczorem udajemy się na wieżę widokową w Bruśniku oraz jeden z okolicznych cmentarzy z przepięknym drewnianym kościołem. A na kolejny dzień planujemy wizytę w Skamieniałym Mieście.

Skamieniałe Miasto i Jezioro Klimkowskie

Niestety ostatniego dnia dopada nas załamanie pogody i niemal cały dzień leje, wieczorem udaje nam się trafić w okienko pogodowe, by zrobić szybki trekking po Skamieniałym Mieście. Tu przyznam się szczerze, nie zweryfikowałam przed spacerem, czy można z psem. Podjechawszy kupić bilety,  niemal byłam pewna, że na tablicy nie było piktogramów z zakazem psów, ale czytałam tablicę z daleka nad tłumem ludzi, więc pewności teraz już nie mam, kupiliśmy bilety i też nikt nie zakwestionował psa, a widząc innych turystów idących z psami na pewniak weszliśmy. Kiedy zaczęłam pisać ten artykuł i weszłam na stronę ‘skałek’ okazało się, że w teorii nie można wchodzić z psami. W praktyce na trasie było mnóstwo psów (na samej trasie minęliśmy trzy, a stojąc w kolejce po bilety dwa inne schodziły ze szlaku), ale na samej stronie poświęconej rezerwatowi jest informacja, że w sumie nie można, ale jeśli ktoś wejdzie z psem na smyczy, to nie powinien dostać mandatu, jak będzie na smyczy. Biorąc to pod uwagę, jak również fakt zakupienia biletów (bo na same skały można dojść jeszcze co najmniej trzema innymi szlakami i pominąć płatny wstęp), choć na wpół legalnie, ale zgodnie z zaleceniami – to chyba nie zrobiliśmy, aż tak wielkiego przestępstwa. Aczkolwiek, biorąc pod uwagę regulamin (pomimo jego luźnej interpretacji) i bardzo dużą ilość turystów – możecie sobie odpuścić zwiedzanie Skamieniałego Miasta z psami które, choć fajne dalece odbiega od Czeskiego Adršpach czy Błędnych Skał, chociażby tym, że niemal każdy kamień był posprejowany graffiti, co mnie osobiście bardzo zdenerwowało, biorąc pod uwagę płatny wstęp. Bo jak wiecie nie mam nic do płacenia za wstęp na szlaki (za ludzi, psy i wszystko). Nawet uważam, że tych opłat powinno być więcej, jeśli dzięki temu można zadbać o jakieś miejsce – co widać np. w Poleskim PN i przygotowanej infrastrukturze. Tym bardziej wkurza mnie płatny wstęp, po to by główne atrakcje były zasprejowane. Ale to tyle, jeśli chodzi o Skamieniałe Miasto.

Jeszcze wieczorem udaliśmy się nad jezioro Klimkowskie na spacer, a M. zrobił pierwsze wodowanie swojego nowego kajaka (beze mnie i Eli), bo jednak ryzyko przebicia dmuchanego kajaka przez psie pazury (w szczególności „szpon sprawiedliwości”) było dość realne.

Na pożegnanie ostatnią noc spędziliśmy w api-domku i w niedzielę z rana wyruszyliśmy w drogę powrotną. Zmęczeni jak to po górach, ale bardzo zadowoleni.

Ogółem: 267, dzisiaj: 1
0 komentarz
0

You may also like

Zostaw komentarz